Strona:Selma Lagerlöf - Opowiadania.djvu/35

Ta strona została przepisana.

Sędzia siedzi, wsparłszy obie ręce na stole, i długo, długo nie odrywa od niej wzroku. Podczas gdy sędzia ją tak obserwuje, zachodzi w nim wielka zmiana. Zmęczenie i niezadowolenie, widoczne pierwej na jego twarzy, ginie, a ta gruba twarz wskutek wzruszenia staje się prawie piękną.
Patrz, myśli sędzia, patrz, taki jest mój lud. Nie chcę się nań skarżyć, jeśli jedna z ostatnich posiada tyle miłości i bojaźni bożej.
Nagle jednak sędzia czuje, że oczy napełniają mu się łzami, i wtedy prawie że zawstydzony otrząsa się i rzuca prędkie spojrzenie dokoła. I widzi, że pisarze i woźni sądowi i cały długi szereg przysięgłych pochylili się naprzód, aby przyjrzeć się dziewczynie, która stoi przed stołem sędziowskim i ściska w rękach biblię. I widzi blask na ich twarzach, tak, jakby ujrzeli coś rzeczywiście pięknego, co ich do głębi wzruszyło.
Potem spogląda sędzia po zgromadzonych tu ludziach i zdaje mu się, jakby wszyscy ci ludzie siedzieli tu milcząco i bez tchu, tak, jakby usłyszeli tu właśnie coś, za czem najwięcej tęsknili.
W końcu spogląda sędzia na obwinionego. Teraz on jest tym, który stoi z głową spuszczoną ku ziemi.
Sędzia zwraca się raz jeszcze do dziewczyny.