Strona:Selma Lagerlöf - Opowiadania.djvu/52

Ta strona została przepisana.

lonej materyi. Jan Oester był to człowiek wysoki i piękny i byłby pokaźnie wyglądał na czele orszaku weselnego, gdyby nie jego nędzna odzież a na twarzy nie tyle bruzd wskutek trosk i walki z nieszczęściem.
Kiedy Lars Larson spostrzegł Jana Oestera, zdawał się być nieco zakłopotany.
— Tak, więc zaprosiliście także Jana Oestera — rzekł do Nilsa Olofsona. — No, szkodzić nie będzie, jeśli nas będzie dwóch muzykantów. Na takiem weselu!
— Nie wzywałem go — tłómaczył się Nils Olofson. — Nie rozumiem, dlaczego przyszedł; zaraz mu dam znać, że tu nie jest potrzebny.
— W takim razie sprowadził go tu ktoś na przekór — rzekł Lars Larson. — Ale jeśli chcecie posłuchać mej rady, nie uczynicie tego, lecz podejdźcie do niego i przywitajcie go. Słyszałem, że to człowiek prędko się gniewem unoszący i nie można wiedzieć, czy nie wywoła kłótni i bójki, jeśli mu powiecie, że nie jest zaproszony.
Kmieć uznał słuszność tej uwagi. Teraz, kiedy orszak szykował się właśnie na wzgórku kościelnym, nie powinno być sprzeczki. Nils podszedł więc do Jana Oestera i pozdrowił go. Państwo młodzi stanęli pod baldachimem, dziewice honorowe i drużbowie panny młodej za nimi, para za parą, potem szli rodzice i krewni. Długi, pokaźny korowód. Kiedy wszystko było