Strona:Stanisław Karwowski - Historya Wielkiego Księstwa Poznańskiego T2.pdf/398

Ta strona została przepisana.

pomniał pan Graeve księciu Bismarckowi, że ten, któremu co dopiero cała Europa zaimponować nie mogła, zląkł się naraz garstki Polaków. Trafnie powiedział, że urząd kanclerski nie zwalnia nikogo od obowiązku przytoczenia dowodów na swe twierdzenie. Słusznie stanął w obronie oczernionego przez kanclerza duchowieństwa polskiego, któremu zarzucono nadużywanie ambony do politycznych agitacyi. Słusznie powiedział wśród potakiwania Centrum, że spekulacya, dążąca do rozbicia sojuszu Polaków z Centrum w sprawach religijnych nie powiedzie się, bo Centrum Polaków na jatki kulturne nie wyda.”
Następnie zbijał zarzuty Bismarcka Teofil Magdziński, prezes Koła polskiego. Zaznaczywszy, że Polacy są kozłem ofiarnym wszystkich ustaw kulturnych, a więc i ustawy banicyjnej, dalej, że Bismarck nie złożył na swe twierdzenia żadnego dowodu, zapytał się, ponieważ kanclerz przytoczył na uzasadnienie swych poglądów powstanie z r. 1863 — co wywołuje powstanie, kto jest sprawcą rewolucyi? „Oto — mówił — zawsze tylko ci, przeciw którym te powstania są wymierzone.”
Bismarck wyraził się, że Polacy w parlamencie są „obcym żywiołem.” Na to odpowiedział Magdziński: „Jeżeli tutaj uchodzimy za obcy żywioł, czem też rzeczywiście jesteśmy, to musimy zapytać, któż to właściwie wcielił ziemie polskie do cesarstwa niemieckiego? Protestowaliśmy przeciwko temu wcieleniu, żądaliśmy słusznie uznania naszego osobnego, wyjątkowego stanowiska w Prusach na mocy prawnopaństwowych i poręczonych nam traktatów.”
„Nie tworzymy tutaj — mówił Magdziński — stronnictwa politycznego, lecz frakcyą narodową. Obok obrony interesów materyalnych, bez względu jak długo i w jakiej liczbie tutaj będziemy, polega głównie zadanie nasze na tem, abyśmy bronili naszych narodowych, uroczyście przyrzeczonych nam praw, abyśmy występowali w obronie naszego poniewieranego języka, gnębionego Kościoła — słowem w obronie najświętszych dóbr, jakieśmy po przodkach odziedziczyli.”
„Powiedział kanclerz, że tylko pewne sfery polskiej ludności podniecają niezadowolenie — a głównie tak zwana in-