Strona:Stefan Żeromski - Wczoraj i dziś. Serya druga.djvu/60

Ta strona została przepisana.


nurem milczeniu zwrócili się twarzami do lodowca i, gdy przewodnik wstępować nań zaczął, ruszyli za jego śladem. Lód tam leżał niezmiernie grubą warstwą, wygięty ku skałom, jak rynna. W pewnem miejscu spadzistość była już niemożliwą do przebycia. Wówczas przewodnik zaczął swą siekierą rąbać w lodzie otwory. Wybijał po trzy w rzędzie dla trzech żołnierzy. Bryły odcinał tak zgrabnie, że mógł je podawać do rąk żołnierzom, a ci rzucali je w szparę między skałą a pokładem lodu, aby zlatując, nie zraniły kogo w ostatnich szeregach. Fahner stawał obiema nogami w stopai, a wtedy prawą nogą wstępował w dopiero co opuszczoną przez niego żołnierz, tuż za nim idący.
Godziny, długie jak stulecia, minęły zanim cała kolumna na lód wpełzła. Gdy to się stało, — w tym potrójnym rzędzie zapanowało śmiertelne milczenie. Każdy grenadyer miał ręce wsparte na karabinie, którego kolbę umieszczał obok nogi towarzysza, idącego przed nim. Każdy miał nos przy pięcie swego poprzednika. Wszyscy obserwowali, jak to śmiałym żołnierzom, a nawet buńczucznym oficerom drżą łydki, ile każdy ma łat na kamaszach i przyszczypków na trzewiku. Każdemu ciężył niewielki tornister i przejmował bolesną obawą, niby wielki tłumok, który może człowieka w tył przegiąć i zwalić z góry. Nikt nic wiedział, gdzie jest generał Gudin. Wodzem i panem wyprawy stał się chłop niezgrabny. Jego wielka siekiera dźwięczała w lodzie, jak gdyby cięła sztuki żelaza. Schyleni żołnierze słyszeli w głębinach lodu przedziwne odgłosy jej uderzeń, stukające to tu, to tam, to wgórze, to nizko. Niekiedy wycięta bryła lodu odlatywała z pod siekiery i piorunem