Otwórz menu główne

Strona:Stefan Żeromski - Wczoraj i dziś. Serya pierwsza.djvu/95

Ta strona została przepisana.
89
SIŁACZKA

przechodzącym od czasu do czasu w głuche largo; śnieg zacinał z boku.
— Strzeżcie drogi, gospodarzu, bo może być źle, — zauważył doktór, kryjąc nos w futro.
— A no, maluśkie! — wrzasnął chłop na konie, zamiast odpowiedzi.
Głos ten ledwo już można było dosłyszeć w wichrze. Kogie biegły w cwał.
Zamieć rozszalała się nagle. Bałwanami miotać się począł wicher, uderzał w sanie, skowyczał między sanicami, tłumił oddech. Słychać było parskanie koni, lecz ani ich, ani furmana doktór nie mógł dostrzedz. Kłęby śniegu, zdzierane z ziemi przez wiatr, leciały jak stado koni i słychać było niby tętent ich tytanicznych skoków; chwilami wywierało się z ziemi piekło huku i szła ta melodya uderzać wszystką potęgę tonów w chmury, łamać je i upadać nagle z łoskotem. Wtedy rozpryskało się w puch posłanie śniegowe i otaczało podróżnych naszych wirującymi słupami. Wydało się, że jakieś potwory zataczają w szalonym tańcu olbrzymie koła, że doganiają z tyłu, zabiegają z przodu, z boku i sypią po szczypcie śniegu na sanie. Gdzieś, najwyżej, w zenicie uderzał niby wielki, rozkołysany dzwon przeciągle, głucho, jednostajnie.
Doktór poczuł, że nie jadą już po drodze; sanie posuwały się zwolna, uderzając końcami sanie o grzbiety zagonów.
— Gospodarzu! — zawołał z trwogą, — a gdzie my jesteśmy?
— Jadę polem do lasu, — odpowiedział chłop — w lesie ciszej będzie... pod samą wieś lasem zajedziemy...