Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Prokurator Alicja Horn tom II.pdf/16

Ta strona została skorygowana.

nem. Jaki djabeł kazałby mi dawniej zajmować się tymi bzdurami!
Właśnie przyniesiono kwiaty i Drucki przyglądał się delikatnym rękom Franki, wydobywającym je z pudeł. Przypomniał sobie, że nie widział jeszcze kuchni, no... i tej małej, Zośki.
Kuchnia lśniła czystością, a Zośka — jędrna, zdrowa dziewucha, boso i w zakasanej perkalikowej spódniczce — uwijała się przy półkach z naczyniami.
Ta była podobna do matki, jak dwie krople wody. Nie miała jeszcze szesnastu lat, a już była rozrośnięta i dojrzała. W jej ruchach, w rozwarciu piwnych, prawie okrągłych oczu i małych, mięsistych ust, w swobodzie uśmiechu, w linii każdego gestu, była ta sama żyzność, płodność i obfitość życia.
Nie można było tego nazwać kokieterją, nawet nie zalotnością, a przecież od chwili, gdy wszedł tu i gdy go powitała śmiałym skinięciem głowy i prostym „dzień dobry“ — odczuł jakby magnetyczny prąd, którym go pociągnęła.
Doskonale zdawał sobie sprawę, że dzieje się to poza jej świadomością i postanowił przy najbliższym widzeniu się z doktorem Kunoki zapytać, czym należy tłumaczyć istnienie tych fluidów? Czy jest to niezależny od nas poryw zamkniętej w nas siły natury, dążącej do wiecznej reprodukcji życia, czy tylko... autosugestia niepoprawnego kobieciarza?
— W mig będzie gotowe — wyszczerzyła doń równe, białe zęby dziewczyna i, rozejrzawszy się, wzięła się pod boki. — Aż się świeci!
— Prawda — przyznał — panna Zośka musiała się porządnie napracować.
— Ano, dla siebie, to i nie szkoda.
— Jak to, dla siebie? — nie zrozumiał.
— A no, matula mówiła, że to ja będę panu kucharzyć, jak co będzie trzeba. Że to niby mam się wprawić — zachichotała — do własnego gospodarstwa.