Strona:Upominek. Książka zbiorowa na cześć Elizy Orzeszkowej (1866-1891).pdf/168

Ta strona została przepisana.


— Miłość odciąga od przepaści, — rzekł ojciec z pewnym naciskiem, odchodząc od zakochanych.
— A gdzie jej niema?... spytałam ze zniechęceniem, spuszczając ręce.
— Tam jest obowiązek odparł sucho, ja k gdyby pragnąc przerwać niemiłą rozmowę.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Obraz na Moście Djabelskim i ostatnie aforyzmy wypowiedziane z tego powodu przez ojca ścigały mnie do samego domu. Im bliżej czułam się tych progów, które się mojemi nazywały, tem duszniej mi było w piersiach, tem widoczniej niknęły jeden po drugim wszystkie zbawienne skutki dwumiesięcznej fizycznej i moralnej kuracji. Stan gorączkowy powracał, silniejszy może, niż przedtem. Sny, straszne jakieś, nużące, dręczyły mię po całych nocach. Jeden, najdziwniejszy, do dziś dnia pamiętam. Zdawało mi się, że stoję na Moście Djabelskim. Koło mnie zjawił się nagle Alfred i przemocą usiłował mnie uściskać. Wyrywałam się z jego objęć, i biegłam na drugi koniec mostu, słysząc za sobą ciągłą pogoń. Oparłam się nareszcie o poręcz dla obronienia się od napaści, ale uczułam nagle, ja k dwie silne ręce popchnęły mię w przepaść przez parapet. W tem szybkiem spadaniu z góry na dół było coś przerażającego. Ale jakież było moje zdziwienie, gdy, lecąc z tej zawrotnej wysokości, na połowie drogi spostrzegłam stojącego mężczyznę, który jedną ręką sam trzym ał się wątłego krzaku, chroniąc się przed upadkiem z gładkiego prawie cypla skały, drugą wyciągnął dla ratowania mnie od śmierci. Gdy tak całym ciężarem coraz szybciej ku przepaści leciałam, opasało mię nagle to zbawcze ramię i wtedy spostrzegłam, że tym, który mię wyratował, był nieznajomy z monachijskiej galerji obrazów. Jeszczem nie zdołała ochłonąć z wrażenia po tym niespodziewanym widoku, kiedy nieznajomy puścił z jękiem gałązkę, której trzymał się dotąd konwulsyjnie i oboje runęliśmy w spienione nurty.
Zamknęłam oczy, pewna będąc, że nadeszła moja ostatnia godzina. Płynęliśmy oboje przeciwko prądowi, nieznajomy, pracując rozpaczliwie jedną ręką, ja, czując, że krępuję jego ruchy, i że przyczynię się do prędszego zatonięcia... Otworzyłam oczy i spojrzałam w górę... nad krawędzią mostu, na niesłychanej wysokości spostrzegłam twarz Alfreda, który ze strasznym uśmiechem przypatrywał się naszemu pasowaniu się ze śmiercią. Nieznajomy słabł coraz bardziej i już widziałam otwierającą się przed nami otchłań wodną, kiedy dostrzegłam pływający przed nami koniec jakiegoś sznura, ginącego gdzieś we mgłach wysoko.
— To może od dzwonu na trwogę — powiedziałam na wpół do siebie na wpół do mego towarzysza.
Ożywiona tą nadzieją targnęłam za sznur z całej siły i w istocie usłyszałam odgłos dzwonu. Ale nie były to zwykłe spiżowe dźwięki wzywające na pomoc. Do moich uszów, dręczonych już szumem dostającej się potrosze wody, dolatały jakby wydzwaniane wyrazy, które systematycznie na trzy tempa się powtarzały:
— Mężatka, mężatka, mężatka...
A tam na górze tem u szyderczemu dzwonieniu wtórował głośny śmiech Alfreda.
Straszna, śmiertelna trwoga owładnęła mię, jakby w tej chwili rozpoczęło się moje konanie.
Żelazny uścisk mego towarzysza wolniał widocznie... ja coraz szybciej za sznur dzwonu pociągałam, który coraz głośniej niepokoił okoliczne echa, wołając: