Otwórz menu główne

Strona:Upominek. Książka zbiorowa na cześć Elizy Orzeszkowej (1866-1891).pdf/191

Ta strona została przepisana.


uciążliwą, ta biedna skrzywiona twarz nic nie straciła ze swej zwykłej pogody. Jasno i łagodnie patrzyły błękitne oczy i dobrotliwy uśmiech nie schodził z ust. Szeptał różaniec, ściskał w ręku szkaplerzyk i myślał sobie w duchu:
— Pomoże Najświętsza Matka, uratuję Anulkę — byleby tylko sił starczyło dotrwać w intencji. — I modlił się żarliwie.
Dopełzł tak jakoś do katedry. Ale tam trudniej już było, bo tłum zebrał się wielki; wszystko, co żyło, pobożni i ciekawi biegli popatrzeć na wielką uroczystość. Biedak przeląkł się na razie, zwątpił, czy potrafi docisnąć się do ołtarza, aby w obliczu świętych obrazów i w obecności pasterza votum swoje wykonać. Myślał, że gdy będzie się modlił gdzieś w kątku, jego ofiara straci na swej doniosłości.
— To tak, jakbym Anulkę w kąt przed Panem Bogiem schował — mówił do siebie, i wierzył, że gdy tam przed ołtarzem padnie na kolana, tak jakby Anulkę złożoną we własnem sercu przed oblicze Boga na rękach podniósł. Przeciskał się więc jak mógł przez tłumy, a ten i ów, widząc niedołężnego starca, usuwał się z drogi i pomagał iść dalej.
Dotarł zatem, jeśli nie do ołtarza, to do pierwszych rzędów ławek. Odwiązał chustkę z szyi, na posadzce rozesłał, bo lubił, aby czysto było koło niego, i z wielkim trudem próbując to jednej, to drugiej nogi, kląkł. Dostał z kieszeni książkę ze sczerniałemi od przewracania kartami i ledwo trzymającą się w zszarganej oprawie, różaniec o wytartych paciorkach i blaszanym krzyżyku zawiesił na ręku i modlić się zaczął. Chciał się przeżegnać, kilkakrotnie rękę do czoła podnosił, ale nie mógł dosięgnąć. Za to głośno i dobitnie powtórzył słowa przeżegnania.
Czy modlił się kto tak szczerze w tym kilkotysiącznym tłumie? Może niejedno serce łkało łzami, może niejeden duch leciał uniesiony zachwytem, ale pewno nie było tak pokornej, prostej, a ufnej modlitwy. Kornie pochylony, z rękami złożonemi lub przesuwającemi zwolna ziarnka różańca, jednę po drugiej, odmawiał modlitwy z rozłożonej na ławie książki. Odmawiał wszystkie: litanie i koronki, za zmarłych i za chorych, przed bierzmowaniem i po bierzmowaniu, o deszcz i o pogodę, lecz w sercu miał tylko jedno błaganie: Nędzarz jestem, aleś Ty ojciec, zostaw mnie moją Anulkę! Tak całą mszę przeklęczał; nawet i kazanie, bo wstawać i znów klękać, przechodziło jego siły.
Byli jednak tacy, którym ten nędzarz pokorny strasznie kłuł w oczy. Do ich rzędu należała pani Izabella. Nie mogła pogodzić się z myślą, aby podobne indywiduum zalegało przednie miejsce na tak doniosłej uroczystości. Uważała to poprostu za sprofanowanie nabożeństwa, irytowała się i, mimo daru modlitwy, jakim czuła się dziś obdarzoną, doświadczała dywersji.
— Szwajcar jest bez żadnej uwagi — mówiła w duchu, oglądając się za stróżem kościelnego porządku, i dalej szeptała — 0 doux Jsus, tes peines ont assiegé mon áme! — miała bowiem zwyczaj od wielkiego święta modlić się z francuskiej książki. Nieraz podczas mszy, w trakcie najwznioślejszych modłów, półgłośna modlitwa starca strącała ją z wyżyn ekstazy. Czuła jak przez tego wykoszlawionego prostaka — pijaka może — jej dusza utraca stopniowo całą woń wzniosłego nastroju i dar doskonałej modlitwy, leci w przepaść znicestwienia. A ona tak wiele rachowała na dzisiejsze nabożeństwo! Jeszcze z wieczora poleciła swej wychowance zbudzić siebie wcześnie i mieć już w pogotowiu wszystko, od bielidła, do rzymskiego różańca.
Adelinetto — mówiła — jutro będziemy pięć godzin w kościele! Od ósmej do pierwszej — pięć, precisamento... — Od powrotu z Rzymu miała zwyczaj używania włoskich końcówek.