Otwórz menu główne

Strona:Upominek. Książka zbiorowa na cześć Elizy Orzeszkowej (1866-1891).pdf/269

Ta strona została przepisana.


się światem daleko godniejszym miłości. Można go czcić i miłować: nie zdradzi i nie zelży.
W łonie były niegdyś pożary, wzniecone źrenicą kobiety. Dziś przygasły i tleją już tylko niedojrzaną iskrą, którą przywala stosem popiołu myśl przetrawiona, otrzeźwiała i dobru ogólnemu oddana. Stanęła ona pod sztandarem bojowym wieku i stłumiła porywy, zdławiła pragnienia. Jeśli pierś kobiety nanowo tchem gorącym iskrę tę rozdmucha w płomyk, wówczas, gdy na głowę padać zaczną szrony starości, i duch uspokojony na nowo jęknie tęsknotą niewczesną, ucieknę od pokusy i błądzić będę śród kraterów przygasłego wulkanu; uczuję pod stopami, jak się bezsilnie miota i drży wnętrze tytana, i zamiast dawnych płomieni ujrzę, jak osłabiony wyrzuca jeno od czasu do czasu kłęby gryzącego dymu na śmiech i zabawkę ludzi, co niegdyś przed ogniowym jego oddechem drżeli. On będzie obrazem własnej mojej istoty i sprawi, że pojmę siebie samego lepiej, że zrozumiem nicość i komizm spóźnionych wybuchów i zamiast rozweselać ludzi westchnieniami, zgniotę w sobie, zduszę, zuchwałą iskrę na zawsze, wystudzę uczucia swe na zgliszcza, które podmuch rozsądku rozwieje potem na cztery wiatry. Bracie przygasły! — zawołam — jednaki nasz los, zawrzyjmy przymierze! Nikt do czeluści twej nie zajrzy i nie obaczy kipiącego w niej jeszcze żaru, lecz powie, spojrzawszy na twój krater, że — kopcisz. I w głąb mojej piersi żadne oko ciekawe nie zajrzy i rozsadzających ją płomieni nie obaczy, lecz powie, żem stary. Jednakośmy samotni: ty gniewną swą paszczą, bo przez obłoki ku niebu ziejesz, ja myślą posępną nad szare tło ludzi uciekam. Ty wielki, ja robak niedojrzały, lecz czyż dwojga stworzeń, przez ludzi wzgardzonych nie łączy naturalne przymierze? Zawrzyjmy je, a będę cię odwiedzał i przynosił echa z ziemi, co pojmuje głos tłumów, a na głos jednostek jest głucha...
Widziałem raz olbrzymią połać granitu, polerownego jak stal. Tworzyła taras nad doliną i uderzała oko przedziwnemi deseniami żył, w których nie brakło żadnej z siedmiu barw tęczy. Wiły się one i plątały, jak gdyby ludzką, swawolną wymalowane ręką. Często wpatrywałem się w nie, jak dziecko, zdumione i ucieszone cackiem, które ogląda po raz pierwszy... Kiedym w lat kilka potem wstąpił na tę samą ślizką powierzchnię, nie poznałem jej. Granit czernił się zdała krętą, jak rzeka na mapie, linią, która ciągnęła się przez całą jego długość. Zaciekawiony przybiegłem: to była rozpadlina, wązka, ale bezdenna przepaść. Snadź opoka pod naporem tajemnych sił pękła. Zajrzałem w głąb i gwałtownie rzuciłem się wstecz całym tułowiem. Ostrożniej raz jeszcze zajrzałem i posłyszałem cichy plusk. Uporczywy wzrok mój przebił mroki otchłani i dostrzegłem daleko pod sobą strugę szarawą, która, kotłując się, waliła wściekle w kamieniste boki swego łożyska; później wyśledziłem, że to odpływ wielkiego lodowca, świeżo utorowany... Zaś bliżej powierzchni i światła, tuż prawie podemną, wyrastały ze szczelin wątłe gałązki buczyny; dwie na wprost siebie, równej prawie wielkości, zdały się wyciągać ku sobie wielkie łodygi, by je spleść w jeden miłosny uścisk. I już wyobraźnia moja widziała je złączonemi w niedalekiej przyszłości... Niestety! w rok potem bezdeń była szersza, a młode wyrostki, choć większe, jeszcze większą, niż dawniej, przedzielone próżnią... Więc żałość i rozczarowanie ogarnęły mnie i pomyślałem o przyjaźni, najcenniejszym ze wszystkich klejnotów uczucia, najbardziej szczerym i rozumnym. Nieraz już przedtem w dumaniach samotnych zdejmowała mię złowroga obawa, czy mi losy i ludzie nie wydrą tego skarbu. Nie! to niemożebne! wołałem w duchu. Duch ma swoje opoki, których żadna siła nie zdru-