Otwórz menu główne

Strona:Upominek. Książka zbiorowa na cześć Elizy Orzeszkowej (1866-1891).pdf/313

Ta strona została przepisana.


— Pódź tu — krzyczał teraz na nią Franek w swojej roli władcy — masz!
Oddawał jej całe śniadanie: poskubany chleb i kawałki sera.
Jej się ani śniło słuchać go. Nie chciała jego śniadania. Przytem uważała sobie za obowiązek udawać obrażoną za to, że ją obudził i dreptała po kuchni, uskarżając się i gderząc bez końca.
— Pódź tu, ty ślepa wrono — krzyczał Franek, śmiejąc się do rozpuku z tego przezwiska.
— Kua, kua, kua — odpowiadała kura, wchodząc nazad pod łóżko.
— Nie chcesz, nie chcesz? Poczekaj, ja ci tu dam — rzekł, włażąc pod łóżko z wielką miotłą.
A ona nerwowa histeryczka podniosła naraz taki gwałt, jak gdyby pułk huzarów czychał na jej cnotę. Zaperzona wleciała nie wiedzieć poco na łóżko, potem na stół, stamtąd na szafę.
— Ach! ty, ty... krowo holenderska — zawołał Franek, nie umiejąc dobrać przezwiska — ty, ty świnio!
Aż się zmarszczył, taki był rozgniewany na nią, iż do tego stopnia nie zna się na żartach.
— A sio, a sio! — bronił się już mniej śmiało.
Lecz ona, niezgrabna zrzuciła w zapale szklankę, która rozprysła się o ziemię ze stukiem na kawałki.
Drzwi się otwarły. Weszła z olbrzymim koszem matka. W kuchni zapanowała już cisza. Franek siedział z książką w kącie, kura, jak gdyby nic, siedziała pod łóżkiem.
— Mamo! — ośmielił się bąknąć po chwili — szklanka się zbiła.
— Kto ją zbił? — huknęła wybuchając.
— Nie ja, jak Boga kocham! Sama się zbiła.
Dostał kilka razy w łeb, lecz nie zdradził tajemnicy kury. To już była kwestja do załatwienia pomiędzy nimi obojgiem. Lecz skarżyć na nią nie chciał.
Tak mijały dnie, tygodnie. Matka codziennie wychodząc do miasta, powierzała opiece Franka kurę, i on ze znaną już gorliwością obowiązki swoje spełniał i wnet po wyjściu matki rządy swoje zaznaczał.
Lecz Łukasz już od kilku dni nie przychodził. Katarzyna chodziła jak bez głowy. Wszystko jej z rąk wypadało. Stukała drzwiami, talerze i stołki podczas mycia aż trzeszczały.
Teraz wychodząc do miasta, klnąc pod nosem, stłukła szybę u okna wielką szczotką do zamiatania.
— A pilnuj tam kury! — z przyzwyczajenia rzuciła Frankowi na odchodnem.
Trzasła drzwiami i wyszła. Dzień był pogodny, słoneczny. Franek był jakoś różowo usposobiony, nawet kura, przywołana już za pomocą miotły z pod łóżka, wyszła stamtąd jakby w lepszym humorze.
Franek, w wytartych spodeńkach, bosy, klęczał teraz na podłodze i bawił się z nią jak z małym pieskiem. Włożył do ust kawał bułki a ona, drepcąc, to zbliżała się do niego, to oddalała, nie ze strachu, lecz ot tak z figlów...
I Frankowi zdawało się, że widzi nawet uśmiech na jej fizjognomji. Naturalnie, był to tylko półuśmiech osoby, mającej sobie za obowiązek być wiecznie zadąsaną.

Taką już miała naturę. Trzeba jej było to wybaczyć ze względu na to, co w życiu przechodziła. Boże Wielki! Więziono ją w koszach, wożono w ciasnych kojcach na targi. Ba, nawet czyehano już nożem na jej życie!

301