Strona:Upominek. Książka zbiorowa na cześć Elizy Orzeszkowej (1866-1891).pdf/323

Ta strona została przepisana.


lecz on nie spotykał się z niemi nigdy, nigdzie, ani nawet na wązkich, a każdemu dostępnych ścieżkach, gdzie się zwycięstwo nad samym sobą odnosi, siła ducha brutalną siłę przemocy łamie, a zapał wszelkie rozwidnia mroki.
Teraz, gdy wkroczył na Erebu ciemne chodniki, oddechy ohydnych, niewidzialnych lecz wszędzie obecnych damji paliły mu czoło wspomnieniem chwil ubiegłych. Wycie psów sześcioramiennej Hekaty wskazywało drogi, kędy nie chadzał i tropiło czyny, których nie spełnił, a błyskawiczny błysk pochodni tych, których imienia żywe nie wymawiają usta, rozjaśniał mroki jego sumienia.
— Ha! niechże i tak będzie — myślał — niech mię Hadesu sądzą sędziowie! Wszak winy można zmazać skoro sami Alkmenidzi...
— Alkmenidzi! — zaszeleściały nad nim przelatujących Harpji skrzydła! — wielcy grzesznicy, lecz i wielkie położyli zasługi...
— Gdzie przez cię wzniesione świątynie i ołtarze? — syczały węże, opasujące strasznych czoła.
Proktus spuścił w ziemię wzrok zasępiony, a stanąwszy przed sądem, przekonał się, że świadczyć przeciw niemu będą wszystkie, piekielne, ziemskie i niebieskie moce, — wszystkie! przeciw jednem u wygasających eupatrydów potomkowi.
Otuchy mu dodało wnijście trzech najnadobniejszych Erebu mieszkanek. O! te spokojne! słodkie, jasne wstawią się za nim chyba? Wszak mogły zostać jego życia towarzyszkami? Czemuż mu teraz nie zwracają uśmiechu? Czyżby i one przyszły tu ściągać rachunek z ubiegłych godzin i pór jego wieku?
— Gdzie dni twych i nocy spokój — szeptały słodkie Ireny usta, a niewzruszona jej siostra pytała go: czy wrogom i przyjaciołom jak przystało sprawiedliwość mierzył?
— A mnie czy ją mierzono? — bronił się, a zwracając do Ireny, pytał nawzajem:
— Czemuż, słodka, nie liczysz trosk, co mi dni zatruwały, w nocy spocząć nie dając?
— Czemuś próby pracą nie skracał, i byłże ład w wieczorach i porankach twoich? — zarzuciła mu Eunomija, gdy Plutus napadł nań z wysokości piekielnego swego rydwanu:
— Nędzarzu! z próżnemi przychodzisz rękoma tam, gdzie i w Charonową łódź wkupić się trzeba!
— Amalthea! — ofuknął oskarżony — do warg mi nie chyliła obfitości rogu... wyzuto mię z dziedzictwa...
— Skarbem nad skarby młodość — zaśpiewała z pełną czarą śpiesząca gdzieś Hebe.
— I miłość! — zaszczebiotała Afrodite.
Niewdzięczna! Że się od niego odwracała Heste, twarz surową zasłaniając, to Proktus rozumiał. Ale ta, z piany morskiej, przez Zeusa wydmuchnięta boginka, Erosów płocha rodzicielka, Hefajtosa wiarołomna małżonka...
A właśnie Hefajtos młot podnosił, a Prometej krwią własnych rozdartych piersi rozżarzał bogom wykradzioną i na ziemię przeniesioną iskrę.
Nie! Młota takiego nie udźwigną zniewieściałe Proktusa dłonie. Nie! Iskry takiej nie rozdmuchiwało tchnienie jego piersi. Kurczyły się one i zamykały w samolubnym bólu.
— Hojnie-śmy go jednak obdarzyły, — uniewinniały się przed wielkim budowniczym Olimpu na świadectwo wezwane mary.
— Ażaliż nie byłem Grekiem? — z dumą pytał oskarżony.