Otwórz menu główne

Strona:Upominek. Książka zbiorowa na cześć Elizy Orzeszkowej (1866-1891).pdf/348

Ta strona została przepisana.


Z rozmów z takiego gatunku znawcami książek niewiele dowiedzieć się można; a jednak zdarzyło się, że gawęda przygodna z jednym z takich antykwarjuszów obudziła we mnie wiele wspomnień z lat ubiegłych i nasunęła uwagi o znikomości owych prądów upodobań umysłowych ludzkich, które żywiąc daną karmią pewne pokolenie, giną w otchłani niepamięci, aby ustąpić miejsca innym, również jak i poprzednie, znikomym.
— Widzi tu pan przed sobą stosy książek, — mówił do mnie ów antykwarjusz — mózg ludzki wysilał się na ich utworzenie. Dawały one przez czas jakiś utrzymanie księgarzom, a może i autorom... a dziś nikt się o nie nie pyta... Idą koleją czasu na masło, o ile ich papier nie jest sztywny, lub na makulaturę, o ile szczęśliwym wypadkiem można z nich tworzyć arkusze formatu większego.
Przewinęło się przez moje ręce dużo, dużo książek. Zapełniają one wszystkie kąty mego sklepu, a wszystko to próżny ciężar, którego pozbyć się trudno.
Spójrz pan na te górne półki. Stoją tam defekta rozmaitych tomów Tysiąca i jednej nocy. Świetne to były czasy dla księgarzy, gdy mali studenci łapczywie domagali się tych bajek. Brało się po kilkanaście groszy od przeczytania tomu jednego, a taki obrót nieustanny dawał na życie całej rodzinie, przez długie lata. Nastały potem czasy Dumasa i Eugeniusza Sue. Prawdziwe to było żniwo dla księgarzy! Zaczytywano się owemi romansami. Nikt innej książki nie brał do ręki, tylko Monte Christo i Muszkieterów. Sam płaciłem po kilkanaście złotych za tłómaczenie tych dzieł, a wszystko mi się opłacało. I trwało to przez parę lat dziesiątków, aż tu naraz nazwiska: Kraszewskiego, Korzeniowskiego, Kaczkowskiego, Rzewuskiego i Chodźki i wielu innych zaczęły wypierać romanse francuskie i długie lata nie słyszało się nic innego w księgarni, tylko: Masz pan Dziwadła? Poetę i świat? Powieść bez tytułu? Murdeliona? Listopad?
Musiałem wszystkich Żydów wiecznych tułaczy i Muszkieterów zapakować na górne półki i postawić w ich miejsce ulubionych autorów polskich. Za nimi poszli nudni bardzo, ale bardzo poszukiwani, pisarze dziejów krajowych i rozmaite zbiory wypisów ze starych książek, których może ludzie nie czytali, ale które kupowali do swoich bibljotek.
Taki np. Bartoszewicz, Maciejowski i Wójcicki stosy całe zapisali, zanim ich Szajnocha wyparł ze stanowiska.
Ale młodzież ma zmienne gusta. Ni stąd, ni zowąd zaczęła się bawić w poezje i natarczywie domagać gawęd wierszowanych. Co kilka miesięcy ukazywały się gawędy Syrokomli, a szło to wszystko na wagę złota. Kto u nas dostał przypadkiem Margiera, albo Dęboroga, albo Improwizacje Deotymy, ten uważał się za bogacza między antykwarjuszami. A kiedy pojawił się Wincenty Pol z Przygodami Winnickiego, Mohortem i Stryjanką trzeba było znowu Syrokomlę na wyższe przetransportować półki. Trwało to czas jakiś, gdy znowu młodzież zaczęła tęsknić za Mickiewiczem i Słowackim, zaczęła domagać się Przedświtu i wzbogacać lipskich księgarzy, którzy bez pytania drukowali dzieła polskich pisarzy.
Nagle, ni stąd ni zow ąd, rozwielmożniło się na bruku warszawskim gazeciarstwo i tygodniki, a te ostatnie zaczęły wymyślać od idjotów na tych, co się czytaniem rymów zajmowali... W kąt poszli wszyscy bajarze, co się w przeszłości grzebali. Nazywano ich niedołęgami i watowanemi mózgownicami... Trzeba było na strych wypędzić wszystkich staruszków i prosić natomiast w gościnę naturalistów, pozytywistów, Darwinistów w towarzystwie jakiegoś Hucklea, który najbardziej między umysłami młodzieży hałasował.