Otwórz menu główne

Strona:Upominek. Książka zbiorowa na cześć Elizy Orzeszkowej (1866-1891).pdf/374

Ta strona została przepisana.


— Słyszysz, Roman, uznają w nas starych Lutyków i Wilków i jak na wilków wrzeszczą, a czy tylko nie ścigają na oko i czy przypadkiem jadowite bestje, czyli psy nie podążą za nami.
— Daj mi pokój, bożę leśne Gonidło z nami... — na co ja:
— Pędź, wiatronoga zmoro, a schowanek mazowiecki nie ustąpi w niczem koledze złej doli, ale, jeśli popadniesz w łapy Königliche-e-e... milczenie! pędź, pędź, chmury z drogi, lasy z drogi, nie czas na refleksje.
Przepyszny las, zdawało nam się, że się już płachtą ognia cały okrywa, że nam dymy pożaru drogę zastępują, że chłopy czeskie (sedlaki) tuż, tuż do ganiają nas, uzbrojeni, jak za czasu Taborytów, w cepy żelazne... Nic z tego, las się przerzedza, cisza... młode krzewy wietrzyk, poruszony naszemi sukmany, potrąca, niebo takie ojcowskie i jesteśmy zdala od niebezpieczeństwa, spojrzymy za siebie: nic niema. Ugasili, czy samo zgasło?...
Twój Biały Bóg zwyciężył, — prawi Roman — sława ci, Światowidzie, i tobie, Jesse, i tobie przyjacielu Sielan, Gonidło! Ku czci waszej gotowi byliśmy zarznąć kura i kurzycę i upiekłszy schrupać w pokorze.
Co to wielkość... Mahometanie liczą lata od podobnej fugi, uczeni podziwiają odwrót Greków z Babilonu; o nas nikt nie wspomniał i choćbyśmy karki połamali, głuche milczenie pokryłoby naszą słowiańską wyprawę. Tak to zawsze dzieje się na tej biednej ziemi: ileż to mrówek stacza boje, zdobywa, kopie, znosi z pola bitwy swoich czarnych, czy czerwonych poległych bohaterów, i sza, cicho... a co się dzieje w państwie skrzydłaczy, w walkach żórawi z orłami, jakie mądre parlamenta odbywają się co wieczór w narodzie szpaków i wróbli! Uczeni świata kiedyś zajrzą w te sfery i już nawet głosy w Niemczech dają się słyszeć w tej materji.
Przyznam się, że nie lubię smętnych ludzi, bądź co bądź, w każdym czasie za świętość niedostępną albo djabelstwo uchodzić chcących i dlatego najwyższe uwielbienia mam dla poetów jak Goethe, Mickiewicz, Szekspir, Cerwantes, w których łza miesza się z uśmiechem, pustota a często i słabość z powagą, bólem, wytrwałością, hymn religijny i rycerska duma z piosenką, wiara zwyciężająca z przelotnemi chmurami zwątpienia; tacy są, jakimi są: ludźmi, z którymi, daj Boże, spotykać się, od djabłów zaś i doskonałych (we własnem o sobie rozumieniu) zachowaj, Panie! Co my wiemy, czytelnicy tysiąca ksiąg, dzieci złośliwe albo łagodne? Wiemy, że się rodzimy dziećmi do kolebki życia 1 w starości dziecinniejemy do kolebki śmierci.
Czytelniku mój, nie posądzaj mnie o wygodną filozofję optymistyczną: To inna rzecz. Cierpliwie znoszę optymistów, kwietystów, pesymistów i wszystkich „istów” w jednem zamkniętych zaczarowanem kole, ale szanuję każdego, którego przewodnią ideą w życiu była jedna z tych; niech się to z prac twoich wyświeca, nie kryj się, nie udawaj, jednego tylko strzeż się: złośliwości reptilitów bo ta do zwycięstwa idei twojej nie dopomoże, a człowieka zniża do bestji drapieżnej. Najwyższa idea górą, a kto jej wiecznie służy, ten wiele przebacza, wiele znosi i dla wielu rzeczy spokojne ma wyrozumienie. Ale na co ja to wszystko piszę? a to chyba na to: żeby coś wspomnieć, iż dwaj wędrowcy do Kletki Czartowskiej, obok zabawnych wydarzeń, przebyli w życiu bogdaj cięższe od włoskiego poety i od niejednego polskiego może, udręczenia, nie posiadając za przewodnika ani Wirgilego, ani Śgo Bernarda, ani Beatrycy.
Było to w 25 roku ich życia, a więc w młodości jeszcze, niech więc nam wybaczą smętni, równie jak straszliwe zuchy.
Z powrotem do domu Farara zachowaliśmy najgłębszą tajemnicę tego,