Otwórz menu główne

Strona:Upominek. Książka zbiorowa na cześć Elizy Orzeszkowej (1866-1891).pdf/392

Ta strona została przepisana.


— Niech tu przychodzi.
Sam zaczął chodzić po pokoju.
— Co za wściekła robota... zabijatyka! — mruczał.
W tem wyrostek, jakich zawsze kilku w redakcjach do posyłek, wpadł do pokoju.
— Co pan każe?
— Dmuchaj i przynoś mi czarnej kawy!
Chłopak pobiegł, a młodzieniec upadł na fotel.
— Tak mi się nie chce, tak mi się nie chceee... zawołał, wyciągając się, jak długi.
Ale się przemógł i uchwycił dziennik „Le Temps“. Przerzucał go, gdzieniegdzie zatrzymując się oczami.
— Nic niema w tych bibułach! — mruknął z niezadowoleniem — i on mi z tego każe zrobić sto pięćdziesiąt rubli miesięcznie... osioł!.. niech spróbuje! Katorżna robota...
Czytał... Wtem chłopak wpadł z kawą i postawił ją przed zaczytanym. Młodzieniec z pośpiechem jednakże zaczął pisać w dalszym ciągu swych ośmnastu wierszy, zacząwszy a capite i od słów „Straszny skandal“, które dwa razy podkreślił. Napisał znów wierszy piętnaście i rzucił dziennik, a kartę papieru odsunął z przed siebie gestem pełnym utrudzenia. Wypił kawę dwoma haustami, oparł się o poręcz krzesła, zasłonił twarz dłonią i zaczął mruczeć:
— Czemu ja taki niewyspany? Wczoraj żegnaliśmy Julka; to węgierskie — to djabła warte... przedwczoraj... raut u Frania... niegdyś posiedzenie „Gwiazdy“, urżnął się też ten Oleś... hi hi hi...
Długo dumał, by nagle się zerwać i uchwycić nowy dziennik, noszący tytuł „Le journal des débats“.
— Aaa... ta dziennikarska robota... katorżna robota... siedzę tu trzy godziny i kilkanaście wierszy...
Zaczął rachować wiersze...
— Trzydzieści i trzy! po cztery kopiejki... jeden rubel i coś — ot zarobek! pióro! pracuj!! jak wół! u licha...
Wtem drzwi się otworzyły, wpadł do pokoju młody mężczyzna.
— Jesteś? — zawołał — to dobrze!..
Siedzący przy biurze podchwycił, podając gościowi rękę:
— Siadaj i nie przeszkadzaj mi... mam kupę roboty... za godzinę muszę oddać do drukarni... która tam?
— Wpół do piątej.
Gość usiadł, a młodzieniec zaczął wertować trzymany dziennik. Nagle ziewnął i zawołał:
— Wściekła praca! mówię ci — to dziennikarstwo... siedzę tu już pięć godzin.
— Pięć godzin? Przed chwilą widziałem cię na mieście.
— Aaa...
Ucichło. Jeden czyta, drugi notuje coś przy swem biurze. Naraz ten ostatni znów się zerwał i pobiegł do tuby, w którą dmuchnął:
— Przysłać mi tu chłopaka!
Odwrócił się do gościa.
— Zaprosił mnie na śniadanie ten Władzio... za dużo piłem... ja nie znoszę wina...

Zwrócił się do chłopaka.

380