Otwórz menu główne

Strona:Upominek. Książka zbiorowa na cześć Elizy Orzeszkowej (1866-1891).pdf/400

Ta strona została przepisana.


— Jest panie, latałem-ci po nie aż do samej Nagawczyny.
— Trzy mile!
— To i cóż... Ale piórko ma siwe oko... W skrzyni leży bielutka płótnianka.
— Jutro rano ubierz się i przychodź. Konie wyczyść, napaś, napój i zajeżdżaj. Niech ci Marcin pomoże zaprzęgać.
— Potrafię sam — zawołał takim głosem, jakby mu radość rozsadzała płuca, zawrócił i kłusował do wody.
Konie piły, „Jacek“ parskał, „Kaśka“ grymasowała, co się trochę napiła, patrzała głupia przed siebie i myślała. Antek mało się zajmował w tej chwili głupotą Kaśki. Odprowadził konie, uwiązał, zarzucił im koniczyny za drabinę, pieścił, klepał i radował się.
— Jutro ja wami pojadę, moje złociste. Tylo, Jacek, nie fanaberuj, bo jak cię batem zdzielę, będziesz wiedział! Jakżem ci zły, to nie żartuję. A ty Kaśka, ino się nie obzieraj na Jacka, żeby on za ciebie ciągnął, bo ja mu nie dam krzywdy zrobić, rozumiesz? Moje koniusie, nie zróbcie mi też wstydu przed ludźmi i panem! — „Wycałował „Jacka“ po szyi, „Kaśkę“ poklepał, Jaśka przykrył derką, popatrzał na niego... Spał.
— I on się srogo zdziwi, jak ujrzy, że koni niema, a powiedzą mu, że ja niemi pojechał...
— Żeby to jutro jaknajprędzej przyleciało.
Stanął we drzwiach stajni i czekał na ludzi, odbierających we dworze kwitki za robotę.
Wysypała się cała gromada, Antek przypadł do niej.
— Wiecie — zawołał — że jutro „Jackiem“ i „Kaśką“ jadę z panem do Ropczyc?
— Gadali o tem w kuchni i dziwowali się.
— Patrzcie! gadali? a ja myślałem, że sobie pan ino tak ze mnie kpinkuje.
— Głupi, z takiego durnia pan by sobie kpinkował!
— Maryna, — szepnął Antek do siostry — lećmy naprzód.
— Leć se sam.
— Boję się bez las, a dużo do gadania i do roboty.
— Patrzcie, Antek radby ze skóry wyskoczyć z wielkiej radości, że z panem pojedzie. Mało co się nie zagubi za temi końmi. Nic nie ma u niego na świecie, ino te konie. Czekaj, jeszcze ty od nich padniesz!
Chłopaki zazdrościli Antkowi i dokuczali mu.
— Zobaczysz — wołali za nim, — czy ci Helina wyda odświętny bat.
— Musi! a nie, to powiem panu.
— A cobyś ty głupi z takim wielgim batem robił? Ani go umisz w garści utrzymać, ani nim śmignąć.
— Trzymałem go już ze sto razy!
Nie chcąc słuchać więcej żartów, szarpiących mu serce, pomknął naprzód, a gdy tylko minęli las, pognał do domu jak strzała.
— Matusiu! jutro jadę z panem do miasta, będę powoził „Jackiem“ i „Kaśką“.
— A cóż się stało z Jaśkiem?
— Jaśka głowa boli jak zwykle; niech się Matusia nie boi, nic mu nie będzie.
— Ty „Jackiem“ i „Kaśką?“