Otwórz menu główne

Strona:Upominek. Książka zbiorowa na cześć Elizy Orzeszkowej (1866-1891).pdf/401

Ta strona została przepisana.


— Jak Boga kocham! Maryna idzie, to powie. Pan kazał przyjść w krakusce i płótniance. Płótniankę trzeba gwałtem prać.
— Idź, idź głupi; nie będzie tygodnia, jakiem ci ją prała.
— Nie jest galanta jak się patrzy.
Kiejby ci wyschła?
— Nim dolecę do dworu, wyschnie na mnie. Moja Matusiu złocista!
Nadeszła Maryna.
— Niech go matka nie słucha, on już tym wyjazdem na piękne zgłupiał.
— Co ty wiesz! — odparł z butą chłopak.
Obydwie, matka z córką, oglądały Antkową płótniankę i uradziły, że czyściuśka.
Antek wyjął ze skrzynki czerwoną krakuskę, otrzepał ją i oczyścił, piórko przypiął, nasadził na głowę i przejrzał się w Maryny lusterku. Uśmiech łagodnej radości przesunął się po jego twarzy.
— Żeby tak wąsy! — pomyślał. Bał się Maryny powiedzieć głośno.
— A to cię wielgie szczęście, mój Anteczku, spotkało, — ozwała się matka, głaszcząc go po głowie.
— W kuchni już o tem mówili. Zobaczy mnie cała wieś, ludzie w mieście, wszyscy! — Pocałował matkę w rękę. — Pojadę tym żółtym wózkiem o dużych kołach, z latarniami. Będę siedział wysoko jak król.
— A co ty se biedaku poczniesz, jak „Jacek“ zacznie chimerować? Jasiek mówi, że wtedy bić nie można.
— Matusiu, „Jacek“ mnie strasznie lubi, to mi nie będzie chciał na despet robić.
Upalił garstkę słomy, matka mu dała odrobinę tłustości, umieszał, wytarł buty i postawił je na kominie.
Jakoś przy wieczerzy nie miał apetytu, chociaż były ziemniaki z kwaśnem mlekiem.
— Jemu się z wielgiej uciechy nawet jeść odechciało — zauważyła Maryna.
— Bo ma z czego — odezwała się matka, mrugając na córkę, aby chłopcu nie dokuczała.
Po wieczerzy Antek ledwo się przeżegnał, padł na słomę.
— A nie podziękujesz to Panu Bogu?
— Jak wrócę, odpowiedział. Może się jeszcze co stać... Usnął.
Zaraz po drugiem pianiu kogutów zerwał się, pomyślał, podszedł do matki, obudził ją.
— Matusiu! a jak Helina nie będzie mi chciała bata dać?
— Dajże mi się wyspać! — ofuknęła go matka.
— Antek, jak bedziesz po nocy zberezil, to cię tak lune, że popamiętasz! — zawołała Maryna.
Antek zamilkł, ale się już nie położył. Omackiem znalazł buty, ozuł się, poszedł do studni, nalał wody do koryta, głowę zmaczał, twarz i ręce umył, uczesał sobie włosy palcem, wrócił do izby, zapalił szczypkę.
— A ty gdzie? — zapytała go matka, budząc się.
— Konie paść.
— Głupi, — powiedziała Maryna, — odwróciła się do ściany i zachrapała. Matka zrobiła to samo.
Antek oblókł czystą koszulę, wyjął ze skrzynki czerwoną wstążeczkę Maryny i zawiązał ją sobie u kołnierza. Czapkę z pawiem piórkiem nasadzi! na