Otwórz menu główne

Strona:Upominek. Książka zbiorowa na cześć Elizy Orzeszkowej (1866-1891).pdf/402

Ta strona została przepisana.


głowę, wdział płótniankę, zapiął się, szczypkę wrzucił w popiół i wyszedł, zapierając cicho drzwi.
— Co tam „Jacek“ i „Kaśka“ robią? cnie im się o głodzie stać. Biegł w górę. Zatrzymał się przed lasem. Czarny był i ciemny.
Gdyby mu nie chodziło o „Jacka“ nie wszedłby w niego za nic na świecie. Miłość do „Jacka“ przemogła, przeżegnał się, oczy zmróżył, żeby ino drogę dojrzeć i pomknął.
— Byleby go przelecieć, reszta fracha!
Leciał bez wytchnienia; las się przerzedzał, gwiazdy świeciły, oczy szeroko otworzył, przed nim kładło się wielkie pole. Dopadł do zabudowań dworskich, otworzył b ram ę, zawołał na psy, a dobrze się z niemi znał, wszedł do stajni. „Jacek“ zarżał, „Kaśka“ mu zawtórowała.
— Jak ci mnie to witają! Jak się macie moje koniki? Głodneście pewno? — Pomacał za drabiną. — Koniczyna wyjedzona do kszty. Chodźcie, kiejjeście pod moją ręką, biedy nie zaznacie.
Wyprowadził je ze stajni, wdrapał się na Jacka i pojechał.
Na świtaniu zerwał się karbowy, ludzi budził, wszedł do stajni... Stanął jak wryty. Zatrząsł Jaśkiem.
— Koni cugowych niema.
Jasiek usiadł, popatrzał, pomyślał...
— Antek je pasie — zawołał i zwalił się na posłanie.
— Okrutnie ci chłopak do koni ciekawy. — Takie wypowiedział zdanie karbowy, Marcin, o Antku.
Gdy słonko wynurzyło się za lasem, pijąc zimną rosę, ptaszki witały jasność niebieską, a wszelaki twór radował się bożemu dniowi, Antek wjechał w bramę.
Karbowy wydał mu dwa garnce owsa. Oczy się chłopcu zaśmiały, jakby go sam miał jeść.
— Pani pono nie zezwala, aby taki głupiec miał pana wieść.
— Mój Marcinie, — pocałował go w rękę, — dajcie pokój, nic się nam nie stanie. „Jacek“ mnie lubi. Pani spi, nie budźcie jej.
— No, no, ale pamiętaj sobie!
Wyciągnęli wózek z wozowni, Antek go czyścił, trzepał.
Poleciał do kuchni.
— Panienko, bat! — odezwał się stanowczo do Heleny.
— Bat? ty głupcze, chcesz go brać, bat, co go pani z Krakowa przywiozła? Jeszczem nie oszalała!
— Bez bata przecie nie pojadę.
— Jest w stajni stary. Tobie się na piękne w głowie przewróciło. Bata mu się zachciewa ze srebrnemi skówkami!
Chłopak wyszedł, postał, za chwilę wrócił.
— Panienko! karbowa woła panienkę co tchu, bardzo jej pilno! Ciekawa Helena wybiegła, Antek wsunął się do jej pokoju. Za szalą stał bat, owinięty w papier. Pochwycił go, papier zdarł, z batem uciekł do stajni i schował go do żłobu.
Za chwilę wpadła Helena.
— Ty łajdaku! oddasz bat? ja ci dam ze starszych żartować! Oddasz bat, bo obudzę panią i powiem, że ty jedziesz „Jackiem“ z panem! Niech tylko pani wstanie, to zobaczysz, czy na takie głupstwa pozwoli.
Za Heleną wpadł Adam.