Strona:Upominek. Książka zbiorowa na cześć Elizy Orzeszkowej (1866-1891).pdf/403

Ta strona została przepisana.


— Panienko, samowar kipi, pan woła o kawę! — zwrócił się do Antka: — A ty zaprzęgaj i zajeżdżaj. Ale cię „Jacek“ nauczy rozumu.
Helena wybiegła ze stajni, Adam za nią. Antek z karbowym ubrali konie i założyli do wózka.
Antkowi serce biło, gdy miał siadać na kozioł. Przepowiednie Adama, groźby Heleny napełniały go strachem.
— Popieść się z Jackiem, nim siądziesz, radził mu Marcin, trzeba go udobruchać i rozradować.
Antek usłuchał, głaskał Jacka, całował, zaklinał i prosił, a Jacek ze swywoli chciał mu wargami ściągnąć czapkę z głowy.
Wybiegł z ganku Adam, ręką dał znać. Nie wolno było przy Jacku krzyczeć, aby go nie zestraszyć.
— Siadaj, rzekł karbowy i ruszaj w imię Boże! — Podał mu bat.
„Jacek“ galopkiem z prawej nogi pomknął, obok niego „Kaśka“. Antek, siedząc na wysokim koźle, blady, uroczysty, trzymał się prosto. Objechał gazon dokoła i stanął. Pan czekał na ganku.
— Antek, uciekajmy, bo jak się pani zbudzi, przepadło, nie pojedziesz.
Wskoczył na wózek. „Jacek“ zachrapał, dał dwa razy dęba, szarpnął i poszedł galopem.
Służba z Heleną i Adamem wybiegła patrzeć jak Antek powozi.
— Patrzajcie, smarkacz ten jedzie jak stary!
— „Jacek“, „Jacek“, jakiżeć głupi, że go słuchasz! odezwał się Adam. — Gdybym ja był na twojem miejscu, dałbym mu!...
— Byłbyś głupszy od „Jacka“, bo tu nie o Antka idzie, tylko o pana, rozumiesz?
Helena, zadowolona ze swego przemówienia, dumnie patrzała; kucharka ją poparła potokiem słów; Adam, zawstydzony, milczał.
Jechali przez wieś, „Jacek“ zmęczył się galopem i szedł wraz z Kaśką kłusa. Ludzie powybiegali z chat popatrzeć na młodego chłopaka, przywitać pana. Antek wyprostowany trzymał w jednej ręce odświętny bat, w drugiej lejce, patrzał to na Jacka, to na Kaśkę, duma i radość rozsadzała mu serce... Widzą go wszyscy.
— Antek! przez most wolno.
— Wiem — odpowiedział spokojnie, pewny siebie.
Zajechali przed samem południem do miasta.
Pan kazał dać karczmarzowi porcję siana dla koni i dwa garnce owsa.
— Jadłeś śniadanie? — spytał Antka.
— Jeszcze nic w ustach nie miałem. Wyleciałem z domu po północku konie paść.
— Nie mogłeś poprosić Heleny?
— Helena była na mnie zła, bom jej porwał odświętny bat. Nie chciała mi go dać.
Pan się uśmiechnął, wyjął z portmonetki dwie szóstki i dał je chłopcu.
— Każ sobie uwarzyć mleka, wdrób chleba i jedz. Pilnuj koni i odświętnego bata. Poszedł do sądu.
Antek raz tylko, na weselu starszej siostry pił piwo, ale już zapomniał jego smaku. A że wiedział od Jaśka, iż wszyscy fornale od cugowych koni piją piwo, kazał sobie podać kufelek i do tego bułkę.
Pokrzepił się należycie, piwo zaczęło mu igrać po głowie, czapkę nasunął na ucho, chodził po stajni, gwizdał, i odświętnym batem śmigał.