Strona:Upominek. Książka zbiorowa na cześć Elizy Orzeszkowej (1866-1891).pdf/449

Ta strona została przepisana.


zabawkę, niby, niechcący, upuściłem ją na ziemię. Spirytus z rezerwuaru się wylał, woda popłynęła strugą po szklistej posadzce, a Janka rozkrzyczała się na dobre.
— Jakiś ty niezdara, Władziu — zawołała z gniewem mama — takiego niezgrabjasza niema chyba na całym świecie...
To było ostatnią kroplą. Wybuchnąłem... Czegom ja nie nagadał wtedy! Wszystko, com dotąd tłumił, całą żółć, którą było przepełnione biedne moje serce dziecinne, wyrzuciłem ze siebie odrazu... Powiedziałem, co ja czuję dla wszystkich, jak mną wszyscy poniewierają... a mama chyba najbardziej, aby się przypodobać wujciowi, który mnie, jak zły duch, nienawidzi i z pewnością własną ręką zabije...
Nagle potok moich gorzkich zarzutów przerwano. Silna, a od gniewu drżąca ręka za kark mnie chwyciła i jak kocię małe przerzuciła o kilka kroków. To pan Henryk postawił mnie przed matką, skamieniałą z gniewu, czy też zadziwienia...
— Przeproś matkę! — zabrzmiał mi nad głową groźnie głos nienawistny.
Jam się zaciął.
— Nie mam za co, bo com mówił, to prawda! Niech przed ciocią mama w oczy zaprzeczy!
— Przeproś matkę! — zabrzmiał głos groźniej jeszcze.
— Nie przeproszę, bo nie mam za co!
Ciężka ręka podniosła się nadem ną... Mimowoli zamknąłem oczy... Wtem rozległo się gwałtowne warknięcie i czarna masa przeleciała przez salon.
To Miro, mój jedyny przyjaciel, skoczył do gardła wrogowi, mnie broniąc...
Krzyk przestrachu zdławiony, chrapliwy wydarł się z ust wujcia, który zwalił się na ziemię, jak długi. Czy go Miro swym napadem nastraszył? Ale pies na mój głos odbiegł zaraz, i warcząc z podełba zaczął się o mnie ocierać...
Mama poskoczyła do wujcia, podniosła go i posadziła w fotelu. Nic mu się nie stało, a jednak był blady, jak płótno, i zęby mu szczękały, jak w febrze.
— To przeklęte zwierzę się wściekło! — zawołał, gdy tylko mógł przemówić.
— To nie prawda! — rzekła ciotka Mela; ono tylko ma więcej serca od was!
— Wolno, pani sądzić, jak się podoba, a ja wiem, co uczynię!
Zadzwonił i wydał rozkaz, aby dano znać do policji i psa uprzątnięto natychmiast...
Zdrętwiałem... Rzuciłem się do mamy... Ale ta była zmieszana i na wujcia patrzyła nieśmiało... Wtedy zacząłem go błagać, całując po rękach i nogach, ale on mnie odepchnął od siebie i wyszedł z pokoju, drzwi zamykając za sobą. Daremnie dobijałem się do niego... Mama weszła i coś z sobą mówili.. Wpadłem wtedy w rozpacz tak straszną, że straciłem przytomność... Daremnie ciotka Mela zaręczała mi uroczyście, że Mirowi włos jeden nie spadnie, że ona go zabierze do siebie i tam będę mógł go codzień odwiedzać; ja słów jej nie rozumiałem...
Wreszcie straszna chwila nadeszła... Przyszli oprawcy z policjantem... przyszli, wzięli mego Mira na powróz. Wyszedł do nich pan Henryk, przylgnąłem do rąk jego ustami, ale on mnie znowu odepchnął... Mama była bardzo blada, prosiła go: również — odmówił... Mego Mira pociągnęli na sznurze...

On zpoczątku dał się prowadzić, lecz gdy go z kuchni wywlekli, zaskomlał tak strasznie, tak ponuro, tak boleśnie, że ja całkiem głowę straciłem i na oślep pobiegłem w tę stronę, skąd mię dochodziły jęki psa wiernego, psa-przyjaciela, jęki, króre słyszeć będę pewno nawet w chwili skonania.

437