Otwórz menu główne

Strona:Upominek. Książka zbiorowa na cześć Elizy Orzeszkowej (1866-1891).pdf/473

Ta strona została przepisana.


nicza pozował! Kupiła mu raz perfum i parę rękawiczek na imieniny, uszczęśliwiony przysiągł, że jej nigdy tego nie zapomni! No i nie zapomniał! Jakie ten chłopak listy pisze! Tak umie treść ułożyć, że nawet te kilka rubli, które do listu wkłada, wyglądają, jak jedno więcej słówko serdeczne, nie zaś, jako datek, albo spłacanie starego długu! Po każdym liście panna Karolina jest prawie gotową do podróży, i gdyby jej nagle skrzydła urosły, poleciałaby na północ — prawdopodobnie ten mól książkowy więcej jej do serca przypadał. Ale ona nigdy z miasta nie wyjedzie. Przeżyła tu już lat pięćdziesiąt. Chciałaby im tylko żony miejscowego wyrobu: boi się, żeby tam z nudów głupstwa nie zrobili. Zimno jej się robi, gdy o tem pomyśli. O nie, ona zna swoich chłopców! Dla jednego ma już prawie żonę, tę swoją Antosię... to też sierota; chowa ją od piątego roku. Śliczne to, ale wątłe i niedołężne — księżniczka! Uboga, byłaby tylko ciężarem dla męża, ale na szczęście może mieć fortunę znaczną nawet. Panna Karolina myślą tą żyje od dwóch lat, t. j. od czasu, kiedy zmarł jakiś daleki dziadek Antosi. Po przeczytaniu dzisiejszej kartki adwokata jest prawie pewną, że proces wygrany!
Ten trzpiot Ławicki, to też jej uczeń dawniejszy! Zdolny był hultaj; gamy porządnie zagrać nie umiał:, ale mazurki i walce na jej cześć układał... Sześć lat go uczyła po to tylko, żeby jej teraz dokuczał.
— Oddaj mi pani moich sześćset sześćdziesiąt sześć godzin, panno Karolino! — woła, ile razy ją na ulicy spotka.
Poczciwy chłopak! Kolega jej Jasia i Stasia, sam ofiarował się prowadzić proces Antosi; wprawdzie z początku drwił sobie z całej tej sprawy:
— Dudkę na kościele wygramy, panno Karolino! Rudawicki, to bodaj krewny Antosi po Adamie i Ewie, a że, jak pani wiadomo, potop powszechny przerwał wszelkie koligacje z tej oddalonej epoki, więc nie wiem, czy się uda węzeł pokrewieństwa nawiązać. Spróbuję, od tego jest prawo, żeby istniało bezprawie. Wszak i pani najprawniej w świecie okradłaś mię z sześciuset sześćdziesięciu sześciu najlepszych godzin mego życia!
Ławicki drwi sobie z całego świata, ale jest uczciwy i rozumny, ma przy tem swoje dziwactwa. Kiedy pierwszy raz przyszedł do niej po dokumenta niezbędne do procesu, oglądał izdebkę jak lichwiarz albo komornik.
— I w tej ciupie znalazłaś pani miejsce dla sieroty! — rzekł w końcu. Doprawdy, panno Karolino, chęć mię bierze darować pani moje sześćset sześćdziesiąt sześć godzin. Niech już będzie między nami kwita!
Pannie Karolinie spadł kamień z serca, gdy sprawę w jego ręce oddała; wiedziała bowiem, że będzie jej bronił jak swojej własnej. Sprawa była zawikłaną, proces mógł potrwać lat kilka.
Żebym przynajmniej mogła umrzeć spokojnie — powtarzała w duchu panna Karolina.
Rozpieściła tę dziewczynkę, zmarnowała ją prawie dobrowolnie, pielęgnowała, jak cieplarną roślinę. W przeciągu pięciu lat dla niej pięć razy zmieniała mieszkanie, aż w końcu znalazła suchą, ciepłą izbę na przedmieściu z oknami na ogrody i p o la; stąd trochę nieba, drzew i słońca widać było. Dziewczyna rosła, wyładniała, miała lat czternaście i dotąd zaledwo nauczyła się czytać i pisać; do roboty i do nauki sił brakło...
Warto ją było od śmierci ratować! — powtarzała w duszy panna Karolina. Miała żal do siebie, że nic więcej nad to, co robiła, zrobić nie mogła.
— Żeby jeszcze chociaż lat kilka przetrwać... ale tej sztuki bodaj już nie dokażę.