Otwórz menu główne

Strona:Upominek. Książka zbiorowa na cześć Elizy Orzeszkowej (1866-1891).pdf/548

Ta strona została przepisana.


Schwycił ją znów za ramię. Krzyknęła przeraźliwie. Chrząstnął palec, obrączka już była w ręku pijaka.
— A milczeć mi tam! — krzyknął, zatrzaskując drzwi.

∗                    ∗

W domu zastawnym, w Mont-de Pieté, stają długim szeregiem postacie różnego wieku i powierzchowności. Cienkie sukno tużurka i szare płótno bluzy, jedwabne i perkalowe staniki ocierają się tam o siebie nieustannie. A rząd pakietów, różnej wartości i miary, obojętny urzędnik odbiera z miną grabarza i składa, niby do wspólnego dołu, te szczęty ludzkiego dobytku.
Przy galeryjce drewnianej stoi Karol tryumfający, wesoły. Trzyma w ręku obrączkę żony i czeka kolei. Przed nim wcześniej przybyła kobieta, skromnie ale schludnie odziana, dość jeszcze młoda, dźwigająca zegar bronzowy — niespokojnemi oczyma patrzyła, rychło-li pojawi się urzędnik, odbierający zastawy.
Ukazał się nareszcie. Sięgnął po fanty, rozdał mosiężne numera.
Kobieta opuściła głowę, machinalnie numer obracając w ręku. Karol rozsiadł się na ławce, pogwizdując i spluwając na przemiany.
Po długiej chwili oczekiwania zabrzmiał nosowy głos z poza drewnianej przegrody:
— Numer 34. Dwadzieścia franków.
— Przyjmuję! — zawołała kobieta skwapliwie. Błysk zadowolenia rozja śnił jej oczy, odetchnęła z głębi piersi.
Ale w okienku przegrody urzędnik zawołał ponownie:
— Numer 34!
— Przyjmuję.
— Nie o to idzie, — odparł niecierpliwie. — Ma pani upoważnienie?
— Upoważnienie? — powtórzyła, nie rozumiejąc.
— No, tak. Ileż razy powtarzać wam trzeba! Upoważnienie, od męża.
— Od męża?... ależ... zająknęła się zmieszana. Mąż... ja nie wiem... Opuścił mię od kilku m iesięcy... Zostałam sama... z dzieciną... Ja... ja koniecznie (tu głos jej drżeć począł tłumionemi łzami) ja... koniecznie potrzebuję... Moi panowie...
— Od kobiet zamężnych bez upoważnienia zastawów nie przyjmujemy, wygłosił urzędnik uroczyście. — Proszę.
I pakiet jej zwracał.
Ale ona błagała dalej:
— Panie, to moje... moje własne... za mój zarobek kupione. Mąż mój, ach, gdzieby on tam kupował dla mnie zegary!... Uciekł z jakąś nędznicą. Jestem szwaczką; dotąd mi się dobrze powodziło, ale teraz dziecko chore...
— Dość, — przerwał ostro urzędnik. — Takie prawo. Trzeba upoważnienia męża.
— Numer 36. Pięć franków, — zabrzmiał nosowy organ taksatora.
Bon, przyjmuję, — zawołał Karol ucieszony.
I przechodzącej obok niego kobiecie z zegarem, po której młodem licu spływały teraz łzy rzęsiste, szepnął w ucho filuternie:
— Może na kieliszek pani pójdzie ze mną? ja funduję!...


Paryż.Maria Szeliga.



Upominek - ozdobnik str. 158.png