Otwórz menu główne

Strona:Upominek. Książka zbiorowa na cześć Elizy Orzeszkowej (1866-1891).pdf/568

Ta strona została przepisana.


wie chorego, jako blizki znajomy, przyniósł mu butelkę wina starego, dał kieliszek wypić, a resztę zostawił p. Maciejowej, żeby mu potem dawała. Nadto dał mu do wypicia 20 kropel laudanum.
Po wyjściu doktora chory coraz więcej cierpiał, nieustannie dopominał się o kawałek lodu do połknięcia, niekiedy jęk stłumiony wydawał, prosił p. Maciejową, żeby go podsunęła w górę, to znowu rozpytywał ją o nabożeństwa w kościołach rozmaitych, albo o spowiedź wielkanocną, naówczas odbywaną. Głos jego stawał się coraz słabszym i znać było, że mówienie go męczy.
O godzinie 11 wieczorem powiedział:
— Uważam, że jutra już nie dożyję: trzeba z Panem Bogiem się pojednać. Nie można z tem zwlekać. Proszę mi zaraz sprowadzić księdza dla wyspowiadania.
— Ej! ksiądz dobrodziej jeszcze długo żyć będzie. To tak zawsze wszystkim po operacji się wydaje, że już zaraz umrą. A potem ni stąd ni zowąd wyzdrowieją.
— To nic nie znaczy. A ja jednak proszę o sprowadzenie księdza.
— A dobrze. Jeżeli ksiądz dobrodziej życzy, to jutro rano i księdza sprowadzimy.
— O, nie! Jutro już nie dla mnie. Ja proszę o sprowadzenie zaraz.
— Ij! Teraz już śpią wszyscy: po co ludzi ze snu turbować? Za kilka godzin dzień się pokaże, to i sprowadzimy.
— Nie, ja proszę zaraz mi księdza sprowadzić! — rzekł chory głosem stanowczym.
— A, kiedy tak już koniecznie, to i zaraz można sprowadzić.
To powiedziawszy, mrugnęła na mnie znacząco i wyszła na korytarz. Zrozumiałem to mrugnięcie. Dla uspokojenia chorego wyszła niby w celu posłania po księdza, ale w istocie uczynić tego wcale nie myślała.
— A co, posłaliście? — zapytał chory wracającą p. Maciejową.
— Już posłałam Pawła. Jeno patrzeć jak ksiądz nadejdzie.
— Niechaj Pan Jezus wam za to zapłaci.
Czas upływał powoli; p. Maciejowa siedząc na krześle drzemała, a chory jęki swoje przeplatał to westchnieniami, to wzywaniem imienia bożego.
— A która to już godzina?
— Dopiero co pierwsza wybiła, proszę księdza dobrodzieja.
— A czemuż księdza jeszcze niema? Dokądże to posłaliście?
— Do św. Mikołaja.
— Jak to być może? Toż w przeciągu dwóch godzin i ze Skałki dotychczas-by przyszedł.
— O, proszę księdza dobrodzieja, po nocy to nie tak łatwo. Póki to się dostuka, póki rozbudzi...
— A co mi tam prawicie? Toż do św. Mikołaja kilkadziesiąt kroków. I kwadransa dosyć na przyprowadzenie.
Taka sprzeczka kilkakrotnie się powtarzała. Nareszcie kiedy trzecia już wybiła, a księdza jeszcze nie było, chory zmiarkował, że go p. Maciejowa oszukuje, że wcale po księdza nie posyłała. Wtenczas z wielkim smutkiem i przygnębieniem zaczął narzekać, że poradzić sobie w tem nie może. Pomyślałem wtedy sobie, że może to i naprawdę koniec jego blizki, i umrze tak bez wiatyku. Przywołałem więc do siebie p. Maciejową i powiedziałem po cichu, żeby zaraz po księdza posłała. Próbowała mi się sprzeciwiać, ale wkońcu uległa i wyszła, żeby to spełnić.