Otwórz menu główne

Strona:Upominek. Książka zbiorowa na cześć Elizy Orzeszkowej (1866-1891).pdf/569

Ta strona została przepisana.


Niespełna w pół godziny po tem, kiedy chory jęczał coraz słabszym głosem, drzwi gwałtownie się otworzyły i do separatki wbiegł zadyszany wikary od św. Mikołaja, ksiądz Ludwik Choróbski. Na szczupłej i chociaż dość jeszcze młodej, ale zwiędłej i ascetycznej twarzy znać było troskliwość i niepokój o duszę go wzywającą. Na widok jego twarz chorego się rozjaśniła i nabrała wyrazu ufności i otuchy.
Już ksiądz zabierał się do ostatniego pomazania, kiedy chory przemówił:
— Mam coś do powiedzenia na osobności.
Ksiądz skinął na obecnych i Reśka z p. Maciejową wyszły na korytarz. Ja tylko, leżąc w łóżku, pozostać musiałem. Odwróciłem się więc twarzą ku ścianie, żeby nie podsłuchiwać spowiedzi. Ale chory głośno mówił w te słowa:
— Zgrzeszyłem mocno, podejrzewając tę siostrę, która mię tu pilnowała, że nie posłała po księdza. Widzę teraz, żem niesłusznie ją posądzał, więc proszę za to o przebaczenie, bo wiem jaki to wielki grzech posądzać kogoś.
Ksiądz dał mu rozgrzeszenie, wezwał Reśkę i p. Maciejową i przystąpił do ostatniego namaszczenia, po czem ukląkłszy, rozpoczął modlitwy za konających.
Nigdym w życiu nie widział matki tak pieszczotliwie i z taką miłością dziecię swe pielęgnującej, jak ten ksiądz troskliwie wyprawiał w drogę duszę chorego. Rozczulony tak rzewnym widokiem, przy litanji i modlitwach odpowiadałem mu z pobożnym zapałem.
Po skończonych modlitwach ksiądz powiedział choremu, że pójdzie po Przenajświętszy Sakrament.
— Dobrze — odrzekł chory — tylko śpiesz, bo mi bardzo pilno.
Po wyjściu księdza chory był znacznie spokojniejszy, tylko nieustannie na drzwi poglądał.
Niespełna w pół godziny ksiądz z wijatykiem powrócił.
Oblicze chorego zajaśniało niewypowiedzianą radością i weselem. Jęczeć przestał i wytężonym wzrokiem śledził każdy ruch księdza. A kiedy wreszcie przyjął Przenajświętszy Sakrament, wtedy niespodzianie przemówił głosem donośnym, potężnym.
— No, chwała Bogu! Teraz wychodźże duszo, bo już pora!
Wszyscyśmy struchleli z przerażenia. Zdawało nam się, że natychmiast ujrzym w jakimś kształcie widzialnym duszę jego ulatującą. Żaden najmisterniej obmyślony efekt w najkunsztowniejszej scenie Szekspira nigdy nie wstrząsnął tak silnie istotą moją, jak tych słów kilka zbolałego starca.
Ksiądz wikary rzucił się ku choremu i pochylony nad nim mówił:
— A toż co? tego nie wolno. Nie masz prawa wzywać śmierci; nie wolno ci końca życia przyśpieszać! Czyż ci znane Stwórcy wyroki? A może On jeszcze długo przeznacza ci żyć na świecie...
— Prawda, zbłądziłem. Mea culpa. Powiedziałem to w zapomnieniu. Żałuję tego. Będę już czekał cierpliwie. Niech się dzieje wola boska! — szeptał z wysiłkiem chory. Nie chciało się wierzyć, że to on sam przed chwilą grzmiał tak piorunującym głosem.
Po odejściu księdza chory oddychał znacznie słabiej. Spostrzegłszy to, kazałem p. Maciejowej donieść o tem asystentowi, doktorowi Gabryszewskiemu. Doktor kazał dać choremu 25 kropel laudanum i pół kieliszka wina. Pomimo to, osłabienie widocznie się wzmagało. Wtedy kazałem znowu wezwać doktora Gabryszewskiego.
Zapytałem go: czy nie jest to już konanie?