Strona:Upominek. Książka zbiorowa na cześć Elizy Orzeszkowej (1866-1891).pdf/572

Ta strona została przepisana.


Lecz w głosach nie było wtedy smutku. Byli pewni dobrych zbiorów; śpiewając tę pieśń dla zwyczaju, raczej wyrażali wdzięczność Bogu za urodzaje. Pamiętam, prowadził pochód organista, kudłaty, zagniewany; przypominał zupełnie psa owczarskiego; pasterz zaś o błyszczących policzkach i zaciśniętych wargach jechał na bryczce dziedzica przez wieś traktem. Widać było jego komżę, słomiany kapelusz i jasny parasol, jak migały między drzewami na tle szarych chałup. Sama natura dodawała wtedy ludziom otuchy swoim przyjacielskim uśmiechem. Słońce zlewało się ciepłem, igrało barwami chorągwi i ubrań, kwiecista łąka tchnęła aromatem ziół i kwiatów. Zdawało się, że sam Bóg przystroił naturę na tę uroczystość w odświętne szaty i z wysokości niebios słuchał pieśni, którą ci ludzie całą piersią ku niemu słali. Pozłacany posążek Chrystusa, unoszony na drążkach, kołysał się nad głowami ludzi, błogosławiąc ich wyciągniętemi rękami.
Minęło zaledwie kilka dni od czasu procesji. Chłopi zabierali się do żniw, odraczając je jak zwykle do dnia Sobotnicy, tymczasem najmowali się do żniwa dziedzicowi, który je wcześniej zaczynał, korzystając z taniości robotnika. Wielu z obecnych tutaj w kościele widziałem w piątek na polach dworskich, jak pod komendą ekonoma składali w mendle żyto. Znojne, duszne powietrze napełniało wszystkich niepokojem: przeczuwano burzę. Oblani potem pracowali na wyścigi. Dla zachęty przygrywała im muzyka: skrzypce i bęben; nikt jednak nie miał humoru, chociaż nie widziano jeszcze chmury, która za lasem w ugodę z wiatrem wchodziła. Obwieścił ją daleki odgłos grzmotu, zanim ukazała się nad lasem ciemna, ciężka, jakby przeciążona pociskami na ziemię. Zrazu zdawało się że wioskę ominie, lecz ona, jak jastrząb, zatoczyła koło, i zmieniwszy kierunek, ciągnęła ku wiosce, wreszcie kiedy skrzydłem zasłoniła słońce, świat pokrył się mrokiem, martwiały złociste pola, liście zadrżały ze strachu. Niebawem, zaledwie ludzie zdążyli się ukryć pod dachem, przeraźliwy trzask piorunów połączył się z szumem gradu. Grad! Tylko człowiek, który żywi się roślinami, z nich żyje, a tyle ich ma, wiele sam wychował, tylko taki człowiek wie, co znaczy ten złowieszczy okrzyk. Zboże, w którego każdem źdźble tkwi kropla jego potu, które mu miało rok życia przydłużyć, w ciągu minuty znika wbite w ziemię, jakby nigdy nie istniało. Po kilku minutach szalonego zgiełku i pustoszenia burza ucichła, a wtedy oczom przedstawił się smutny obraz. Ziemia, niedawno tak uśmiechnięta, teraz pod grubą warstwą lodu, sprawiała widok trupa, nakrytego białym całunem. Na białych polach czerniły się ogołocone z liści drzewa. Z raptownie ochłodzonej ziemi wzbijały się w górę białe mgły: z sadzawki w postaci słupa, z pól obłokami. Mgły te rozpłynęły się niebawem w jedną białą masę, która, niby muślinem, zasłoniła pola i lasy od oka ludzkiego. Między ludem panowało milczenie; nie słyszałem skarg, ani słów rozpaczy. Staruszek jakiś, mówiąc o wyrokach boskich, zdjął czapkę z głowy. Na polach, widziałem nazajutrz, nie pozostało całego kłosa, nawet śladu pracy ludzkiej. Wiele rodzin stało na swoich działkach w zamyśleniu i smutku. Przygnieceni cierpieniem zebrali się dzisiaj w przybytku Boga, który losami ich kieruje, zapewne szukając pocieszenia. Ksiądz miał do nich przed nabożeństwem gorzką przemowę, w której dowodził, że Bóg jest sprawiedliwy i nie bez racji klęską ich nawiedził. On, jako ksiądz wie, za jakie grzechy zostali ukarani, i wzywa ich do pokuty, do postów, do ofiar na kościół... Przerażeni byli bezmiarem grzechów, obciążających ich dusze. Zgnębieni, starci na proch w poczuciu swego sieroctwa i bezsilności, tarzają się teraz u stóp ołtarza, błagając litości:
My grzeszni, Ciebie Boga prosimy, wysłuchaj nas Panie!