Otwórz menu główne

Strona:Upominek. Książka zbiorowa na cześć Elizy Orzeszkowej (1866-1891).pdf/591

Ta strona została przepisana.


— Ale w te ubierają się tylko kobiety czci pozbawione!
— Gdzie tam! Staje się to powszechną modą!
Ałłah targnął za brodę. Na rozognionych obłokach przypłynęły teraz w purpurowych szatach inne; miały czoła uwieńczone liściem winnym, twarze zarumienione, oczy płonące. Były to istne bachnatki.
— Na krótki czas przybywamy — rzekły chórem — bo ludzie nas lubią, bo panowanie nasze trwa dłużej od tych... eterycznych cacek!
I z pogardą zmierzyły huryski miłości.
— Więc jedzą, piją i hulają dłużej, niżeli kochają? — zawołał ze smutkiem Ałłah.
Przychodziły jeszcze długo różne wysłanki i zdawały sprawę z tego, co na ziemi porabiają, i jak im się tam powodzi. Były wybielone i wyróżowane, w szatach podkasanych, były zwiędłe i zżółkłe, jak zwykle dzieci nienawiści, zemsty i brzydkich żądz wszelkich, były opalone od słońca i pomarszczone jakby od ciężkich trudów.
W reszcie były i odleciały wszelkie zastępy prócz jednego, i to najliczniejszego.
— Gdzie one są? — wołał gniewnie Ałłah, a gniew jego grzmiał od wschodu na zachód, — gdzie są moje najmilsze dziatki?
— Gdzie są! Gdzie się zapodziały? Zaświecić księżyc w pełni!
Zajaśniał księżyc w pełni, dziatki ulubione nie wracały!
Gniewem srogim zapłonęło oblicze Ałłaha.
— Wyostrzyć miecze sprawiedliwości, która karze nieposłusznych!
Zabrzęczały liczne miecze, a przed groźnem obliczem rozgniewanego Ałłaha ustawił się długi szereg niebieskich pachołków.
— Wyciąć wszystkie co do nogi, jak będą wracały! — grzmiał Ałłah — nieposłusznych nie cierpię!
Grobowe milczenie zaległo wszystkie obłoki nieba. Nikt nie poważył się zbliżyć z prośbą do zagniewanego.
I trwało milczenie, a nieposłuszne wysłanki nie wracały...
Już się dopalało światło księżyca, już ciemne chmury zasłaniały dalszy widok, gdy na szarym obłoku pojawiła się postać dziewicza. Miała szatę zieloną, włosy rozwiane i ręce jakby do modlitwy złożone. Płynęła cicho, z okiem do góry wzniesionem.
— Kto jesteś? — zawołał jeden z pachołków.
— Nadzieja — odpowiedziała zielona huryska.
— Zginiesz! — bo tak kazał Ałłah — ozwał się ponury głos pachołków.
— Niech stanie przedemną wprzódy!
Ona spokojnie zbliżyła się przed majestat.
— Powiedz wyrodna, skąd to wasze nieposłuszeństwo? — zagrzmiał Ałłah.
— Bardzo naturalne. Ludzie nas lubią, pieszczą nas i bez nas żyć nie mogą. Każdą z naszych sióstr porzucą, ale z nami chcą pozostać do śmierci!
— Jakiż mają z was pożytek?
— Byłam z kolei u różnych ludzi, a żaden nie chciał się ze mną rozstać. Młody, który kochał, bogaty, który nie wiedział co z majątkiem robić, potężny, któremu tłumy hołdowały, a nawet zbrodniarz skazany na śmierć — żaden nie chciał mnie porzucić... Raz tylko jeden opuściłam na chwilę bogacza, a zaraz popełnił samobójstwo.
— Miał przecież wszystkiego pod dostatkiem!

— Potrzebował jednak zawsze jeszcze czegoś się spodziewać!

579