Strona:Upominek. Książka zbiorowa na cześć Elizy Orzeszkowej (1866-1891).pdf/594

Ta strona została przepisana.


Teraz już nie rozumiał co to znaczy. Stanął z boku i patrzył i widział, że dwóch jego najstarszych towarzyszy taż sama spotkała dola, gorzej nawet, bo w poczuciu słuszności swoich praw stawiali się hardo i... zostali kijem obici.
Pani stała, dopóki młode psy wszystkiego nie zjadły, poczem zadowolona z wprowadzonej oszczędności w gospodarstwie, wróciła do eleganckiego gabinetu, zasiadła wygodnie na miękkiej, ponsowym utrechtem krytej kozetce, i, czekając na obiad, czytała w dalszym ciągu rozrzewniający romans francuski.
Chłopiec zabrał próżne, starannie wylizane miski, i pogwizdując, ustawił je pod płotem; psy się rozbiegły; pozostały tylko dwie żywe istoty: stary Zagraj, który wciąż jeszcze stał na tem samem miejscu i wzrokiem przeprowadzał chłopca i za płotem dziecko w podartej koszulinie, przepasanej wązką i krótką z sinego płótna, dobrze już wyblakłą spódniczką.
— O jaj, biedne psiska! — myślała dziewczynka — jeść nie dostaną! A to tak cości boli i ściska, jak się człowiekowi jeść bardzo chce. Jaka to niedobra ta jaśnie Pani! Co oni jej zawinili?
— Com ja im zawinił? — myśłał również Zagraj, wracając powoli ze spuszczoną głową i zwieszonym ogonem na legowisko swoje przed stajnią. — Aha! już wiem, przeszłej nocy usnąłem trochę, nie tak często obiegałem dom, jak się należy: trzeba się będzie poprawić i pilniej spełniać swój obowiązek.
I nocy tej, a noc była długa jesienna, Zagraj stróżował aż nadto sumiennie. Zgłodniały, zziębnięty, drżący na całem ciele, nie kładł się prawie wcale na spoczynek, oczy mu się kleiły gwałtem, nogi się pod nim uginały, a on biegł dokoła obejścia, zaglądał w każdy kąt, żeby, broń Boże, chlebodawcom krzywda się jaka nie stała. Ile razy, zmęczony, przysiadł na chwilę i zdrzemnął się, śniło mu się zaraz, że złodzieje zakradają się do stajni, i szczekał przeraźliwym głosem. Zaalarmował cały dom.
Pan wyszedł na ganek, stróż nocny obszedł dwór i zabudowania dokoła, i nic nigdzie nie dojrzał.
— A nie pójdzież ty psia wiaro! — krzyknął na Zagraja. — Drze się bestja, sam nie wie czego!
I kopnął go nogą.
Zagraj zaskowyczał z bólu i skrył się za ścianę. Pocieszał się myślą, że jutro dostanie śniadanie i obiad. Wszakże wszyscy widzieli, że nie jest leniwy, że dobrze domu pilnuje.
Ale nazajutrz powtórzyło się toż samo, co dnia poprzedniego. Jego i dwóch jego towarzyszy odpędzono od misy.
Głodne psy zbiły się w gromadkę i naradzały się: co dalej robić? Niebawem wybiegły z dziedzińca i skierowały się drogą do poblizkiego miasteczka. Zagraj, ubiegłszy kilkanaście kroków, zaczął zwalniać, stanął. Towarzysze oglądali się za nim, czas jakiś przystawali również, wreszcie puścili się znów naprzód. Zagraj stał długo, patrzył za nimi, i powoli jakby z pewnem ociąganiem się, wrócił do domu. Nie mógł przypuścić, żeby go wypędzono nieodwołalnie z tego podwórza, na którem igrał szczenięciem, po którem gonił się swawolnie z paniątkami tego domu, którego wiernie pilnował lat tyle. Położył się na zwykłem miejscu, pod stajnią, i spał do południa. O południu zbudziło go świśnięcie zwołujące psy na obiad. Podniósł się, chciał biedz, i... zatrzymał się. Patrzył zdaleka, jak towarzysze jego pożerali lichą strawę, ale zbliżyć się już nie śmiał.
— Może co zostawią — myślał — resztek przecie zjeść mi nie zabronią.

Psy się rozeszły, Zagraj rozejrzał się bojaźliwie; chłopiec stał oparty o okno izby czeladnej żywą zajęty rozmową. Zagraj szybko dopadł do misy...

582