Strona:Upominek. Książka zbiorowa na cześć Elizy Orzeszkowej (1866-1891).pdf/596

Ta strona została przepisana.


Piesiuniu — prosiła.
— Ależ to Zagraj! — zawołała po chwili, przyjrzawszy mu się lepiej. — Zagraj, nie poznałeś mnie?“
Zagraj popatrzył na nią bojaźliwie, nieufnie. Prawdaż to, że ktoś przemawia jeszcze do niego łagodnie?
Dziewczynka zbliżyła się, położyła mu rękę na głowę, pogłaskała.
— Zagraj — mówiła — Zagraj nie bój się, psisko!... Ale jak ty wyglądasz? Ty zawsze taki porządny pies, a dzisiaj taki najeżony, jakby napuchnięty, a boki zapadły się gdzie, het! Aj, a uszy jakie poszarpane! Psy cię pogryzły? Biedny Zagraj! A nie mówiłam ci to, nie wdawaj się z psami!
Zagraj łasił się dziewczęciu, tulił się do niej, ale nogi pod nim drżały, chwiał się, zataczał jak pijany, ustać dłużej nie mógł, położył się na ziemi i patrzył w oczy dziewczynki, a we wzroku jego tyle było skargi i bólu i rozpaczy...
Dziewczynka bezwiednie osunęła się przy nim na kolana. Zrozumiała go; to spojrzenie wytłómaczyło jej wszystko.
— Tyś taki głodny, biedaku! Tak, to prawda! Stałam przecie za płotem i słyszałam jak pani nie kazała wam jeść dawać! Ale to już tak dawno! Tożbyś ty od tego czasu nic nie jadł?... Poczekaj, polecę do domu, to może ci co przyniosę. Tylko nie odchodź stąd, pamiętaj!
— Hanka! Hanka! — rozległ się głos od czworaków, a gdzie ty tam leziesz, ty leniu zatracony!
— Idę, matulu, idę — odkrzyknęła dziewczynka, wybiegając z za węgła domu.
— Grdzie ty się włóczyła? Ruszajże jeść, bo zjedzą wszystko, i nic nie dostaniesz.
Hanka żywo poskoczyła do chałupy. Czworo dzieci uzbrojonych w łyżki drewniane, otaczało rydelek, na którym stały dwie miski: jedna z posolonemi kartoflami, druga z barszczem. Dla ojca, który był fornalem dworskim, i nie wrócił jeszcze z roboty, miała matka w rynce kartofle krzynkę okraszone. On pracuje, to musi lepiej zjeść, a dzieci — to odejdą się byle czem.
Hanka brała po dwa kartofle na raz, i dziwiły się dzieci, że je tak prędko zjadała, a nie spostrzegły, że nadgryzłszy zaledwie jednego, szybkim ruchem wrzucała je za pazuchę. Udało jej się tak schować pięć kartofli, sama zjadła zaledwie parę: wzruszona była, i nie chciała wreszcie krzywdzić braci i sióstr. Położyła łyżkę i czekała cierpliwie.
— Może nie zjedzą, to wezmę jeszcze — myślała.
Ale dzieci nie odstąpiły od misek, dopóki czyste dno się nie pokazało. Pyzata siedmioletnia Maryna skrobała nawet jeszcze łyżką, kiedy już nic nie było.
Hanka wyszła przed chałupę, a rozejrzawszy się, i upewniwszy, że nikt jej nie widzi, pędem pobiegła ku ogrodowi dworskiemu. Zagraj leżał na tem samem miejscu, gdzie go zostawiła. Z tryumfem położyła przed nim kartofle; Rzucił się do nich chciwie, połknął w jednej chwili, i patrzył, czy więcej nie dostanie.
— Więcej nie mam — powiedziała mu Hanka — dobrze, żem i to porwała. Ale możebyś ty wodą popił? Czekaj, ja ci przyniosę.
Pod płotem leżała skorupa z garnka: chwyciła ją, pobiegła do rzeki, i niebawem wróciła z wodą. Zagraj pił chciwie, paliło go pragnienie głodowe.
Zaledwie dzień jeden ukrywała się tajemnica Hanki, dzieci podpatrzyły ją i poskarżyły przed matką. Matka gniewała się i krzyczała.

— Będziesz ty mi tu psy obce karmić, kiedy ja was ledwie wyżywić

584