Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/394

Ta strona została przepisana.


Zaprzestań że nareszcie tych twoich śmiesznych obaw! Drouot zmieszał się i nie wiedział, jak wybrnąć z popełnionej oczywiście, a nieznanej mu niezręczności.
Sytuację utrudniała noc, która nie pozwoliła mu w lot chwytać odruchów twarzy Napoleona i miarkować odpowiedzi.
Tymczasem rozległ się cichy turkot wózka i niepewny tupot konia, a równocześnie prawie od strony pałacyku szmer pomieszanych głosów.
— Bertrand!
— Tak jest, sire!
— Uważnie, idźcie bokiem pod ścianami... do mnie... A ty tam zajeżdżaj!...
Zarządzenia cesarza nie łatwe snać były do spełnienia, bo jeno nawoływania woźnicy i tupotanie niespokojne konia zwiększyły, a z przeciwnej strony do bezładnej rozmowy dołączyły płacz rozespanego dziecka.
Napoleon zaczynał się niecierpliwić, gdy niespodziewanie światło błyskawicy nietylko wskazało drogę stangretowi, ale pozwoliło i Bertrandowi, prowadzącemu panią Walewskę, zbliżyć się do cesarza i oficerowi ordynansu, wspierającemu służebnę z dzieckiem na ręku, pójść za przykładem marszałka dworu.
— Jesteście nareszcie! Kto powozi!? Salustjano!?
— Sługa pokorny waszej cesarskiej mości!...
— Wybornie! Drogę znasz! Oho! Zna drogę — po omacku trafi. Patrzcie i deszcz przestaje... na dobrą wróżbę... Siadaj, siadaj, moje dziecko!... Albo nie, lepiej malca ulokuj! Pomóż, Drouot! Idź na drugą stronę!... Rzeczy masz, Salustjano!?
— Są na koźle!
— Czego ten mały grymasi!? Niech służebna wsiada z przeciwnej strony, chłopiec pójdzie w środek!
Około wózka wszczął się rozgwar.