Strona:Wspomnienia z mego życia (Siemens, 1904).pdf/21

Ta strona została uwierzytelniona.


chową — musiałem torować sobie drogę. Ta walka, w której czasami chłopskie dzieci przychodziły mi na pomoc, trwała cały rok. Bezwątpienia ogromnie się to przyczyniło do wyrobienia mojej dzielności i energii, ale zato naukowe rezultaty były marne.
Na Wielkanoc roku 1828 nastąpił stanowczy zwrot w mojem życiu młodocianem: ojciec mój wziął do domu nauczyciela. Wybór jego był niesłychanie szczęśliwy. Kandydat teologii Sponholz był to człowiek jeszcze młody, wysoko wykształcony, ale źle notowany u swoich przełożonych duchownych, gdyż teologia jego była nadto racyonalna, mówiąc językiem dzisiejszym, zamało pozytywna. Już zaraz w pierwszych tygodniach potrafił sobie nadać nad nami, nawpół zdziczałymi chłopakami, niezrównaną powagę. Nigdy nas nie karał, zaledwie kilka słów nagany powiedział, ale zato często brał udział w naszych zabawach i potrafił rzeczywiście, bawiąc się, rozwijać nasze zalety, a wykorzeniać wady. Lekcye jego były w najwyższym stopniu interesujące i zachęcające do pracy. Umiał zawsze robocie naszej postawić cel możliwy do osiągnięcia, a ambicyę naszą i energię podniecał przez radość, którą nam sprawiało dojście do tego celu, a radość tę on szczerze z nami podzielał. W ten sposób, w przeciągu kilku tygodni z chłopców leniwych i rozpuszczonych zrobił pilnych i przykładnych uczniów, których do roboty nie trzeba było napędzać; przeciwnie, należało hamować ich zapał. We mnie zwłaszcza rozbudził uczucie, które nigdy potem nie wygasło: uczucie rozkoszy w pracy pożytecznej, ambicyę i pociąg do dobrego jej wykonania. Jednym z najskuteczniejszych środków, przez Sponholza używanych, były opowiadania. Gdy późno wieczorem oczy nam się kleiły nad lekcyami, wołał nas do siebie; siadaliśmy na staroświeckiej, skórą krytej kanapie i tuliliśmy się do niego; a on