Strona:Zofia Urbanowska - Róża bez kolców.pdf/144

Ta strona została przepisana.


to raz kobieta dokuczyła mu do żywego. Ale ciekawa rzecz, w jakiem też położeniu do doliny znajduje się ta komora? Strumień siłą spadku dąży do strumienia płynącego środkiem doliny, a po kierunku płomienia i po ruchu powietrza wnosił, że w górze są kominy, któremi można wydostać się na świat, gdyby było po czem – choć jeżeli one wiodły na inną stronę góry, możnaby zejść do innej doliny, zamiast do Kościeliskiej i byłby kłopot z odszukaniem towarzyszy.
Usiadł na kamieniu i wyjąwszy notatnik, usiłował nakreślić plan groty, tak jak go sobie wyobrażał, a rysując, zastanawiał się dla czego nie trafił nigdzie na wapień półkrystaliczny, ani na pokłady piaskowca.
Odpocząwszy, schował notatnik i zabrał się do odwrotu, ale zaledwie postąpił kilka kroków, nierówność zniżającego się nagle gruntu, czego poprzednio nie zauważył, spowodowała poślizgnięcie; upadł, upuszczając stoczek, który zetknąwszy się z mokrym gruntem, zgasł. Ogarnęła go zupełna ciemność. Podniósł się i zaczął po omacku szukać stoczka, a znalazłszy nie bez trudności między odłamami kamieni, sięgnął do kieszeni kamizelki po zapałki, ale zapałek nie było. Obszukał wszystkie kieszenie nadaremnie i przypomniał sobie dopiero, że ich nie wziął z sobą, a stoczek zapalił woskowemi zapałkami Warburtona i pudełko napowrót przy nim położył.
Pot wystąpił mu na czoło: będzie musiał wracać po omacku, z wyciągniętemi naprzód rękami, i kto wie, czy nie natrafi na jaką dziurę. Żeby choć ciupagę miał z sobą! ale cóż, wiecznie roztargniony profesor Strand zgubił ją w podziemiach; nawet nie mógł sobie przypomnieć gdzie – najpewniej tam, gdzie był zmuszony czołgać się na czworakach.
— Ha, cóż robić! — szepnął zrezygnowany — może ją jeszcze znajdę.
Wyciągniętą ręką poszukał ściany, i trzymając się jej stąpał ostrożnie, ale musiał wkrótce schylić głowę. Zabłądził znowu: zamiast szerokiego korytarza, którym wszedł do tej odnogi, wstąpił w wązką jakąś, ciasną szparę. Powrócił więc do komory i namacawszy inny otwór znowu się weń zapuścił. Ale i tu spostrzegł wkrótce, że to nie jest korytarz, którego szukał: przejście było wązkie i ciasne, a nizkość sklepienia wymagała trzymania się ciągle w pochylonej postawie. Profesor zawrócił po raz trzeci, a różne niepokojące myśli zaczęły mu się snuć po głowie — między innemi, co będzie jeżeli nie wydostanie się z tego labiryntu, ale natychmiast uspokoiła go myśl, że towarzysze go odnajdą. Pocieszał się jednak nadzieją, że sam do nich trafi. Nagle spostrzegł, że nie słyszy już głosu strumienia, że przeto musiał oddalić się od komory, z której rozchodziły się trzy boczne korytarze i mniemając — że do niej idzie, wszedł w jakąś inną odnogę, z której już sam nie wiedział