<<< Dane tekstu >>>
Autor B. Bolesławita
Tytuł Szpieg
Data wydania 1864
Wydawnictwo Księgarnia Jana Konstantego Żupańskiego
Drukarz M. Zoern
Miejsce wyd. Poznań
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

Presler idąc tak oszalony i nieprzytomny wprost tylko ciągle przed siebie, znajdował się naprzeciw Dominikańskiego kościoła i machinalnie zwrócić się miał ku Długiéj ulicy, gdy za sobą głos jakiś wołający go po nazwisku usłyszał. Odwrócił się i ujrzał Muszyńca srodze pijanego, który nań kiwał, zarazem grożąc mu na nosie. — Szanowny ten kolega był w tak dobrym humorze, że się na nogach utrzymać nie mógł, twarz jego zwykle bladą okrywał rumieniec téj barwy jaką ma zwykle mięso świeżo zabitego zwierzęcia. Usta uśmiechały się tą wesołością wódczaną, która się ze wszystkiego na świecie śmiać gotowa, oczki błyszczały złośliwym sprytem, który spotęgowała siła pochłoniętego trunku. Presler stanął, i czekał na spieszącego ku niemu człowieka.
— A! niegodziwcze ty jakiś! zakrzyczał nań Muszyniec, otoś mi figla wypłatał, ha! wziąłeś mi z przed nosa, na co ja tak długo polowałem! I klapnął go po ramieniu.
— No, niech cię djabli wezmą, nie gniewam się. Ja się sobie zrewanżuję. Ale powiedz mi, tak sumiennie jak między ludźmi honorowemi przystało, co téż oni ci zapłacili?
Na wspomnienie samo wypadku, który tak gorzkie za sobą pociągnął następstwa, Presler aż się wzdrygnął. Spojrzenie na wyraz jego twarzy przestraszyło nawet pijanego towarzysza, który dodał szybko. —
— Coż ci to? chory? czy cię pobili? twarz cała w sińcach! czy cię już ta hałastra uliczna wyszpiegowała i napadła?
— A! nieszczęście, odparł głuchym głosem porucznik. Przeklęty ten dzień i godzina kiedym gębę otworzył; wszystkie klęski spadły na mnie! Stała się najokropniejsza rzecz, najstraszniejsza zbrodnia jaką kiedy człowiek popełnił — ja im wydałem własnego syna, a te katy, ci ciemiężcy, nie chcą mi go uwolnić! zabity jestem! zabity!
Muszyniec spuścił głowę, zrobił minę kwaśną i machnął ręką w powietrzu.
— Toś ty miał syna, rzekł, i takiego co już spiskował! A to historya! jeszcze podobnéj jak żyję nie słyszałem. Cóż myślisz począć?
— Padałem im do nóg, pełzałem po ziemi, płakałem, nic nie pomogło! Żona leży jak martwa pod cytadelą, sam nie wiem co począć; jak nic nie poradzę, to w łeb sobie strzelę.
— Eh! to znowu głupstwo, rzekł z rezygnacyą pijaka Muszyniec. Powiedz mi, na co się to komu kiedy zdało, mózg sobie w powietrze wysadzić? operacya niewygodna a skutek żaden! Poczekajno, pogadamy o tem, ale w ulicy rozprawiać nie do rzeczy; wiesz co, chodźmy gdzie do szynku?
Presler głową tylko kiwnął, i zawrócili się milczący na ulicę Freta gdzie Muszyniec miał dobrego znajomego w gospodarzu małego billardku nie opodal od Dominikańskiego kościoła. Mając wzgląd na smutne położenie Preslera, Muszyniec wziął traktament na swój rachunek, kazał podać chleba, soli, wódki, a widząc jak zgłodzony towarzysz ze zwierzęcą bezprzytomnością rzucił się na jadło, mrugnął aby przyniesiono serdelków i gdy usiedli za stołem począł wypytywać.
Presler był w tem usposobieniu potrzebującem wywnętrzenia które otwiera usta i serce.
Mówił, skarżył się, płakał, nie mogąc uspokoić.
— Paskudny interes, rzekł wysłuchawszy go długo Muszyniec; ale jak ty sobie w łeb strzelisz, czego wcale nie aprobuję, jak twoja żona zwaryjuje, co to synowi pomoże? Widzisz moje kochanie jak na człowieka taki kamień spadnie, potrzeba się zimnéj wody napić i pójść do głowy po rozum a do serca po chytrość. Mówiąc między nami, z temi durniami moskalami byle kto umiał zawsze sobie można poradzić, bywają oni sprytni, ale parę razy zawsze ich oszukać można, byle coraz inaczéj; zresztą mało którego nie przekupisz to tem to owem. Tu trzeba coś radzić. Z naszym naczelnikiem niema co i gadać, bo to tak jakbyś mnie prosił żebym tobie syna uwolnił. Z jenerałem jużeście się kułakami w twarz całowali, nie ma tam po co drugi raz zaglądać, ale są jeszcze protekcye, sposoby, drogi, a naostatku choćby też twój syn powędrował do Moskwy? to jeżeli ładny chłopiec, gotów się tam jeszcze z jaką kniahinią ożenić i nie ma czego karku kręcić!!
— Nie mów mi tego, odparł Presler, ja go uwolnić muszę, choćby mi przyszło własnem życiem przypłacić, bez niego mi ono nie miłe.
Muszyniec głową pokręcił, i obejrzał się w około.
— Masz ty jaki grosz? spytał.
Presler ruszył tylko ramionami, próżne pokazując ręce.
— Koszulę na grzbiecie i buty dziurawe na nogach, ot całe moje mienie.
— To źle, rzekł Muszyniec, u nich darmo nic!
Piekielna myśl jak błyskawica przeszła po głowie Preslera, tam gdzie ani on, ani biedna jego żona nic wymodlić nie mogli, któż wie, czyby ładna młoda Rózia wyprosić co dla brata nie potrafiła? Los tego dziecięcia mało obchodził Preslera, spoglądał on na nie dawno z rezygnacyą człowieka, który wie że takiéj pięknéj twarzyczce za kilka chwil uśmiechu latami łez i upokorzenia płacić potrzeba. Ani wychowanie, ani położenie nie mogły obronić tego dziewczęcia od prawie pewnéj zaguby. Niestety! tak rozumował własny jéj ojciec.
Szatański pomysł narażenia córki dla wyratowania syna wytrysnął z tych słów Muszyńca: U nich nic darmo.
Po głębokiem zamyśleniu Preslera domyślny jego towarzysz poznał zaraz że mu przez głowę coś przelecieć musiało.
— Co ty tam sumujesz? rzekł. Gadaj no, gadaj, wierz mi, ty sam teraz nic dobrego nie wymyślisz, trzeba się radzić.
Ale Preslerowi wstyd się było przyznać do tego rozpaczliwego projektu. Muszyniec z milczenia odgadł o co chodziło.
— Macie więcéj dzieci! zapytał z uśmiechem, może ładną córeczkę? hę? Gdyby tak było, jabym ci dobrą drogę wskazał, przez Namiestnikowskiego adjutanta kniazia Szkurina. Te bałwany moskale, u których, wyjąwszy wielkich panów, lud pospolity ma twarze małpie a nogi wielbłądzie, bardzo są łasi na piękne twarzyczki. Nasza prosta dziewczyna mogłaby u nich siedzieć w najpierwszym salonie. Ja wiem że to takiemu sercu ojcowskiemu trudno o podobnéj rzeczy pomyślić, ale co się jéj ma złego stać? jak syna uwolnią, córkę zachowasz i figę pokażesz. Cóż oni ci zrobią?
Po chwilce namysłu, Presler spytał.
— A gdzie ten adjutant mieszka?
Muszyniec z politowaniem spojrzał na niego i tak mu się jakoś gorzko zrobiło pomyślawszy o własnych dzieciach, że dopiwszy kieliszka wódki i powiedziawszy z niechęcią adres adjutanta zerwał nagle posiedzenie, które z taką bezwstydnością sam rozpoczął. Presler którego jadło i wódka rozogniły tylko jeszcze bardziéj, wprost pociągnął do domu.
Piękna postać młodéj dzieweczki przesunęła się nam tak żeśmy o niéj nic powiedzieć nie mogli, ni się jéj bliżéj przypatrzyć. Powiedzmy teraz słówko o niéj, nim biedna na scenę wystąpi.
Dom Preslerów jakimeśmy go widzieli nie był tem gniazdem spokojnem na którego miękim puchu wyrastają szczęśliwe istoty, wypieszczone z dzieciństwa do łatwego życia. Ojciec był w nim postacią najmniéj czynną, rzadko widzianą, rozsiewającą strach lub obrzydzenie. Matka charakteru gwałtownego, ale złamanego przeciwnościami troskała się o chleb powszedni i o chleb ducha dla dzieci. Serce jéj przywiązało się szczególniéj do syna, nie zaniedbało jednak zupełnie i córki. Nie mogła dać Rózi świetnego wychowania, ale jéj dała poczciwe, resztę Bóg rzucił w to serce które godne było bić obok braterskiéj piersi Juljana.
Juljan kochał ją bardzo i co w skromnéj pensyi klasztornéj pobożne rozpoczęły kobiety, tego on dokończył dając jéj książki, ucząc ją słowem i przykładem. Trochę opuszczona przez rodziców Rózia w ciszy, potajemnie uczyła się, pracowała, kształciła. Przy powierzchowności bardzo prostéj, przy fizjonomii dziecięcia była to już głową i sercem kobieta, mężna, zastanawiająca się i dojrzała pod skwarem ubóstwa i niedoli. Prócz Juljana mało kto ją znał i ocenić mógł w domu. Nikt się nie domyślał że to potulne dziewczątko po nocach czytało „Dziewicę Orleańską Libelta” i „Poezye Mickiewicza.”
Rózia z równą troskliwością taiła się z tem co umiała jak drudzy chwalą z tego czego nie umieją. Jak Juljan tak ona w towarzystwie rówienników i młodzieży zaczerpnęła tę gorącą miłość kraju, na wszelkie poświęcenia gotową, która jest szczęśliwą gdy się czynem okazać może.
Rodzina Preslerów taka jak ją malujemy nie jest wcale fantazyi naszéj wymysłem; wszyscy co przez te czasy żyli w Warszawie, co się społeczeństwu naszemu z bliska a uważnie przypatrzyli, przyznają że takich rodzin których ojcowie służyli gorliwie rządowi, a dzieci poświęcały się dla kraju, było i jest tysiące. Nawet w tych domach, w których ojcowie i matki najgorsze dawali przykłady, dzieci rosły wyciągając ręce ku męczeństwu jakby za grzechy ich odpokutować pragnęły. Widzieliśmy synów policyantów idących na Sybir w kajdanach, żony urzędników policyjnych więzione za spiski. Jak w atmosferze ciepłéj wszystko, nawet kamień, się rozgrzewa, tak w tym upale patryotyzmu ocieplały się serca i rozmiękczały najtwardsze dusze.
Przyszedłszy do domu Presler, jak pierwszą razą, zastał Rózię płaczącą w oknie, chciała ona biedz szukać matki, ale nie wiedziała dokąd poszła. Kazano jéj siedzieć i czekać, musiała więc w opustoszonym domu sama pozostać z myślami czarnemi. Gdy pierwszy raz przyszedł ojciec, nie odważyła się go spytać o nic. Presler bowiem rzadko bardzo z nią mówił i do niéj się przybliżał, można powiedzieć że obawiając się go bardzo, mało go znała.
Opanowany tą myślą szatańską użycia Rózi za narzędzie do uwolnienia syna Presler spojrzawszy na nią, na tę twarzyczkę aniołka z zapłakanemi oczyma, poczuł jak mu się ścisnęło serce i zamknęły usta. Nie śmiał do niéj z razu przemówić, długo potrzebował chodzić, namyślać się, nabierać odwagi, nim do niéj potrafił się odezwać. —
— Słuchaj no, rzekł na ostatku, stając nagle przed dziewczęciem które strwożone wlepiło weń oczy, ty wiesz że twego brata wzięto... próżno ja, próżno matka chodziliśmy prosić za nim, nic nie pomaga — słuchaj — możebyś ty była szczęśliwsza?...
Tu mu głosu zabrakło, spuścił głowę. —
Rózia oblała się cała rumieńcem, zakryła sobie oczy, nie była już dziecięciem i strasznych tych kilku wyrazów pojęła groźne znaczenie. Oburzenie poruszyło jéj piersią, ale zarazem miłość serdeczna dla brata, wyexaltowała ją do heroizmu. Myśl szybka jak piorun w jéj młodéj główce osnuła cały plan strasznego dramatu.
Presler czekał odpowiedzi, ale się na nią nie rychło zdobyła, a głos którym mu odpowiedziała był tak śmiały, tak ognisty, że stary uląkł się go prawie.
— Dobrze ojcze, rzekła, pójdę, a jeśli Bóg dozwoli, uratujemy Juljana.
Ojciec który się spodziewał wahania, oporu, płaczu, nie pojął własnego dziecka. —
— Poszłabyś zaraz? zapytał. —
— Nie, odpowiedziała Rózia, jutro, — jutro, — pójdziemy. —
W istocie pora była za późna, słońce zachodziło, a Rózia która w jednéj chwili z dziecka przeistoczyła się na bohaterkę, miała jeszcze wiele do czynienia przed tym stanowczym krokiem.
Młodość tylko umie tak szybko bez długich rozmysłów znaleźć instynktem drogę którą jéj raczéj uczucie niż rozumowanie wskazuje. Wszystko się składało na to, aby projekt Rózi uczynić możliwym. Zrozumiała ona że ma się podobać, uwieść, zawrócić głowę. — Chciała być Judytą dla tego Holofernesa nieznanego, któremu miała być poświęconą; młode jéj serduszko biło już od dawna dla poczciwego chłopaka jednego z tych synów Warszawy, którego znała od dzieciństwa.
Młody chłopak nie mogąc na lekarza, usposobił się był na farmaceutę i zajmował miejsce drugiego subjekta w jednéj z aptek na Krakowskiem przedmieściu. Rózia nie zastanawiając się postanowiła wyprosić u niego — truciznę. Miała ona służyć dla niéj saméj lub dla tego któryby z jéj nieszczęśliwego położenia chciał korzystać...
Gdy Presler otrzymawszy od niéj obietnicę towarzyszenia mu nazajutrz wywlókł się znowu z domu nie mogąc w nim usiedzieć, Rózia natychmiast porwała skromny kapelusik i czarną mantylkę, przykazała Kachnie pozostać w domu, a sama jak strzała pobiegła do apteki.
Po drodze dopiero przyszło jéj na myśl że trucizna nie tak się łatwo daje temu kto ją mieć zechce, że przed Kaziem trzeba się będzie wytłómaczyć ze wszystkiego, że on może albo nie będzie mógł, albo się zlęknie, albo nie potrafi wypełnić jéj żądania. Ale raz postanowiwszy sobie uzbroić się tym orężem Rózia spuściła się na opatrzność że ją wesprzeć była powinna.
Otworzyła nieśmiało drzwi apteki, spojrzała w głąb — szczęściem Kaźmierz był sam jeden, ale jak tu począć rozmowę!
Zobaczywszy ją chłopak poskoczył żywo, bo wiedział o losie Juljana, a z zapłakanych oczów łatwo się było domyślić wielkiego nieszczęścia...
— Mój Boże, zawołał, czy kto w domu nie chory? Powiedz mi moja droga? Może ja wam być mogę pomocnym! mów, rozkazuj!
— Wiesz o Juljanie?
— A! wiem...
— Wiesz więc wszystko; ale ja mam wielką, wielką prośbę do ciebie. — I dziewczę podało mu rączkę wlepiając weń niebieskie swe błagające oczy. —
— Kaziu, mój drogi, jeśli ty mnie kochasz, zrób o co cię prosić będę, przysiąż!!
— Czyż możesz mnie prosić, czy potrzebujesz przysięgi? Zrobię co tylko mogę, choćby życie dać przyszło!
— A gdyby przyszło odebrać? spytała Rózia wpatrując się w niego — i powoli po jednym rzucając wyrazy.
— Żeby ciebie uratować?
— Tak...
Po chwilce milczenia Rózia przybliżyła się i szepnęła mu na ucho:
— Daj mi — mocnéj, mocnéj, okropnéj trucizny, koniecznie jéj potrzebuję.... Kaziu! nie odmów!
Kaziu osłupiał.
— Trucizny? spytał po chwili wpatrując się w nią, tobie? na co??
— Na co? Ja ci powiedzieć nie mogę, ale ci przysięgam, zaręczam, zaklinam się na miłość naszą, że ona dla mego wybawienia jest potrzebna!
— Dla twego wybawienia? cóż ci grozi?
— Ale ja ci nic mówić nie mogę! Czy znasz mnie? Czy mi wierzysz??
— Znam cię i wierzę ci, mój aniele drogi, ale i ty powinnaś mnie znać, powinnabyś mi wierzyć! Na cóż te między nami tajemnice?
Dziewcze mocno się zafrasowało, ale Kaźmierz skłopotany tak nalegał, że mu w końcu wyznać musiała wszystko.
— Ojciec prowadzi mnie z sobą do jakiegoś jenerała, ty znasz tych okrutników, cóż u nich może prośba takiéj biednéj jak ja dziewczyny? Ojciec ma słuszność że mnie chce dla ocalenia Julka poświęcić, oswobodzę go, ale tego niegodziwca którego mój uśmiech przekupi, struć muszę, aby ręka jego mojéj dłoni dotknąć nie śmiała.
Kaźmierz widząc zapał, z jakim to mówiła, zbladł ale ukląkł przed nią, tak go tym heroizmem uniosła. Korzystając z jego wzruszenia Rózia gwałtownie domagała się trucizny. Jakże ją było powierzyć w ręce tego piętnastoletniego dziecięcia, oszalałego bólem prawie do rozpaczy! Mogła jéj użyć w chwili jakiéjś obawy bezprzyczynnéj przeciwko sobie saméj, mogła zresztą wydać się niezręcznością i zgubić. Kaźmierz sam nie wiedział co robić, ale miękł i w miarę jak nalegała nań, uczuciem jéj dał się ogarnąć.
— Przysiążże mi, rzekł, że w żadnym razie nie użyjesz trucizny dla siebie! Ja będę na straży. Jeżeli przyjdzie do ostateczności a Juljan będzie już wolnym, rzucam aptekę, zabieram ciebie, mam księdza który nam ślub da i uciekniemy w Augustowskie... do mojéj rodziny...
Długo jeszcze szeptali z sobą i nikt im jakoś rozmowy nie przerwał. W końcu choć z wielką obawą Kaźmierz dobył Strichniny, zamknął jéj małą ilość w flaszeczce która z łatwością pod rękawiczką na dłoni ukryć się mogła; a Rózia z wielką radością wybiegła do domu z strasznym tym orężem.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.