Tajemnica zamku Rodriganda/Rozdział 47

<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Tajemnica zamku Rodriganda
Podtytuł Powieść
Rozdział Wrota śmierci
Wydawca Księgarnia Komisowa
Data wyd. 1938
Druk Drukarnia Artystyczna
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Waldröschen
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
WROTA ŚMIERCI

Wyszedłszy ze swego pokoju spotkał Juarez Zorskiego, który bawił przez krótką chwilę u Apaczów i wrócił, aby zobaczyć, co się dzieje z Czarnym Gerardem. Po wymianie kilku zdań okolicznościowych, prezydent zapragnął pomówić z hrabią. Weszli więc obydwaj do pokoju, w którym don Fernando przebywał. Potoczyła się rozmowa; prezydent dowiedział się szczegółów, dotyczących rodziny Rodriganda.
— Wszystko to brzmi jak koszmarna bajka — rzekł. — Człowiek pyta samego siebie z obrzydzeniem, czy doprawdy na świecie mogą istnieć ludzie tego pokroju, co Landola i Cortejowie. Sennor Mariano, czy jest pan przekonany, że hrabia Fernando to stryj pański?
— Nie ulega wątpliwości. Don Fernando jest tego samego zdania.
— Trzeba teraz wyjaśnić jeszcze pewne ciemne momenty tej sprawy. Uczynię wszystko, co w mojej mocy.
— Pomoc pańska będzie dla nas dobrodziejstwem — rzekł don Fernando.
— Ach! — odparł Juarez skromnie. — Jest przecież chwilowo równa zeru. Mam jednak nadzieję, że wkrótce przekonacie się panowie, jak bardzo sprawa ta leży mi na sercu. Panowanie najeźdźców nie może trwać wiecznie. Mam wrażenie, że skłania się ku końcowi. Niezadługo znowu ujmę ster rządów w swoje ręce, a wtedy pierwszym rozkazem, jaki wydam po wkroczeniu do stolicy, będzie rozkaz otwarcia grobowca Rodrigandów. Mam nadzieję, że Pablo Cortejo, z którym mam osobiste porachunki, nie ujdzie nam przy tej sposobności.
— Przypuszczam, że nietrudno go będzie schwytać, — rzekł Zorski.
— Kto wie? — odpowiedział Juarez. — W każdym razie trzeba będzie zapewne długo szukać. Chwilowo niema go w stolicy. Trzeba panu wiedzieć, iż ten Cortejo marzy o insygniach prezydenta.
— Naprawdę? Jakie to śmieszne! Znalazł zwolenników?
— Więcej niż można przypuszczać. Pantera Południa werbuje dlań ludzi.
— To mnie dziwi. Uważam Panterę za gorącego patrjotę. Wierzę, że przejdzie na pańską stronę, gdy sennor tylko odniesie zwycięstwo.
— Ja również wierzę w wierność i przywiązanie dzikiego Juana Alvareza, który już przed laty stał mocno po mojej stronie i bronił Meksyku. Właśnie dlatego Cortejo nie będzie mógł nigdy naprawić szkody, jaką spowodował. Zapewniam was, że nie ominie go zasłużona kara, skoro tylko wpadnie w me ręce.
— Czy niewiadomo, gdzie się teraz znajduje?
— Wyruszył ze stolicy na południe, gdzie Pantera włada prawie niepodzielnie. Nie wiem, czy jeszcze tam przebywa, ale to wiem na pewno, że w środkowych i północnych stanach czeka go zguba bez względu na to, czy się dostanie w ręce Francuzów, czy moje.
Rozmowę przerwał Pirnero. Otworzył drzwi i Odezwał się:
— Sennor Sępi-Dziób chce mówić z prezydentem Juarezem.
Po tych słowach oberżysta się cofnął.
Juarez postąpił kilka kroków naprzód.
— Wyście Sępi-Dziób, poszukiwacz ścieżek? Przybywacie w tajnej misji?
— O nie! — odparł zapytany. — Ci panowie wiedzą już, w jakiej sprawie przybywam, sir.
Juarez przyglądał się Amerykaninowi badawczo. Wskazując krzesło, rzekł po chwili:
— Siadaj pan, sennor. Przypuszczam, że ma pan dla mnie jakieś wiadomości.
Strzelec spojrzał na prezydenta równie badawczo, jak Juarez na niego, i ściągnął usta, aby wypluć nieco tytoniu. Przyszło mu jednak na myśl, że plucie w obecności prezydenta Meksyku jest nieprzyzwoitością. Zrezygnował więc z przyzwyczajenia i rzekł:
— Według moich kalkulacyj ma pan rację, sir. Mam panu istotnie coś co zakomunikowania.
— Od kogóż przynosicie, sennor, wieści? — zapytał Juarez.
— Od pewnego Anglika.
— Od Anglika? Oczekuję istotnie bardzo ważnej wiadomości od pewnego Brytyjczyka.
— Kalkuluję, że to ja właśnie przynoszę oczekiwane wiadomości.
— Jak się nazywa ten Anglik?
— Sir Henry Lindsay. hrabia Nothingwell.
Słowa te były dla Juareza niespodzianką.
— Sir Henry Lindsay? Ach. W takim razie omyliłem się. Oczekiwałem wiadomości od kogoś innego. Niedawno udało mi się oddac sir Lindsayowi pewną usługę. Przysyła was zapewne do mnie w osobistej sprawie. Gdzież przebywa teraz?
— W El Refugio u ujścia Rio Grande del Norte.
— W El Refugio Ależ stamtąd właśnie mam otrzymać wiadomość, na która czekam.
— Słusznie. Właśnie ją przynoszę. Sir Lindsay jest tajnym pełnomocnikiem Anglji, którego pan oczekuje.
— Któżby to przypuścił? Naprawdę sir Lindsay jest posłem Wielkiej Brytanji? Cieszy mnie to bardzo. Lecz cóż mi zwiastuje? Szczęście, czy nieszczęście?
Na spokojnej twarzy prezydenta widać było wielkie napięcie.
— Szczęście — odparł Amerykanin.
— Dzięki Bogu! — zawołał Juarez.
— Tak, dzięki Bogu, jak również dzielnemu sirowi Henry, — rzekł Sępi-Dziób. — Podsłuchałem pewną rozmowę, z której dowiedziałem się, że bardzo energicznie agitował za panem w Londynie. Jemu przypisać należy, że Anglja przyłączyła się do antyfrancuskiego stanowiska Ameryki. Jest pewien sukcesu; twierdzi stanowczo, że zbliża się chwila, w której Napoleon zmuszony będzie wycofać wojska z Meksyku.
Juarez odparł z głębokiem westchnieniem:
— Oby jak najprędzej nadeszła!
— Niech się pan o to nie martwi! — odparł strzelec mocnym głosem. — Sir Henry polecił mi zapewnić sennora, że Anglja i Ameryka wystąpią wspólnie przeciw Francuzom, nawet przepędzą ich siłą, jeżeli nie zechcą ustąpić dobrowolnie. Oba państwa chcą, aby prezydent Juarez objął znowu władzę.
Prezydent wyciągnął rękę do posła i rzekł:
— Dziękuję wam, sennor! Wiadomość ta jest mi znacznie milsza, aniżeli darowizna wielu miljonów w brzeczącej monecie, choć muszę wyznać, że i pieniądze są bardzo potrzebne.
Uścisnąwszy rękę prezydenta, Sępi-Dziób ciągnął dalej:
— Nie martwcie się, sir. O pieniądzach pomyślano również.
— Wiem o tem. Niedawno otrzymałem od Stanów Zjednoczonych pokaźną sumę.
Strzelec odparł z wiele mówiącym uśmiechem:
— Sądzi pan, ze Anglja pozwoli się ubiec? Jeżeli Ameryka ma pieniądze, dlaczegóżby nie miała ich Anglja? Sir Henry wiezie dla was kilka beczek pełnych pięknych, błyszczących złotych monet. Pieniądze wyszły dopiero niedawno z angielskiej mennicy.
— Jakie szczęście! Mam pieniądze, mogę przystąpić do werbowania nowych sił.
— Wiem ponadto, że prezydent Stanów Zjednoczonych przysyła z Kalifornji sporą garść tęgich chłopów, którzy nie ulękną się samego djabła.
— Przybywają w odpowiedniej chwili. Niczego im nie zabraknie. Wyekwipuję ich jak najlepiej.
— Prezydentowi nawet się nie śni przysłać panu ludzi nieuzbrojonych. Zresztą, sir Lindsay przybył na statku, naładowanym bronią i amunicją. Sam widziałem ładunek.
— To więcej, niż się mogłem spodziewać. Jakież rodzaje broni przywiózł sir Lindsay?
— Dwanaście armat z amunicją, kilka tysięcy rewolwerów z patronami, tyleż rapirow, dziesięć razy tyle bagnetów i, co najważniejsze, osiem tysięcy dobrych karabinów, które wam się bardzo przydadzą.
Twarz prezydenta zajaśniała radością. W ciemnych oczach stanęły wielkie, jasne krople łez.
— Czekałem cierpliwie i cierpiałem w nadziei, że nadejdzie mój czas. — rzekł wzruszony. — Patrzałem, jak nieprzyjaciel niszczy kraj, jak podcina dobrobyt mego narodu, lecz nie upadałem na duchu, wierzyłem bowiem, że istnieje sprawiedliwość potężniejsza od tronu. Bóg przesyła znak, iż modlitwy moje zostały wysłuchane. Rozwinę znowu swój sztandar; skoro się tylko rozlegnie mój głos, wszyscy prawdziwi patrjoci zbiorą się dokoła mnie, aby wygnać wroga. Pierwszy krok dokonany: pierwsze trzy kompanje wroga zniesione. Prosto stąd pociągnę do Chihuahua, aby uwolnić to miasto i całą prowincję od ukoronowanej tyranji. Lecz naprzód muszę wiedzieć, kiedy i gdzie mogę oczekiwać lorda. Czy dał sennorowi jakie polecenie?
— Żadnego. Mam wysłuchać życzeń pana i zakomunikować je lordowi.
— Czeka na pański powrót?
— Tak jest.
— Ile czasu pochłonie panu podróż do El Refugio?
— Ma dwa małe, lekkie statki parowe. Pracuje właśnie nad tem, by je jakoś połączyć. Przy ich pomocy zamierza przewieźć ładunek na łodziach. Mam nadzieję, że spełnią zadanie.
— Ile dni powinny płynąć statki?
— Przypuszczam, że dziewięć lub dziesięć.
— Doliczając czas pańskiej podróży, wyniesie to razem dni szesnaście. Nieco za długi termin dla mnie. Nie mogę odkładać na szesnaście dni zdobycia Chihuahua.
— Któż powiada, że sir ma czekać tak długo? Otaczają pana dzielni strzelcy; pięciuset Apaczów czeka na rozkazy. Liczba ta wystarczy na zdobycie miasta. Cóż się stanie z Monclovą?
— I to miasto muszę zdobyć.
— Czy kwateruje w niem wiele Francuzów?
— Nie; kilka kompanji.
— Kalkuluję w takim razie, że nie będzie panu trudno zdobyć Monclovy. Kiedy sir stanie w Chihuahua?
— Za cztery dni.
— Ile czasu potrzeba, aby przybyć tutaj, płynąc od ujścia?
— To zależy, jakim się płynie statkiem, sir.
— Jakiż ma statek lord Lindsay?
Jankes wyciągnął. muskularne ramiona i spojrzał na swe mocne pięści. Po chwili odparł:
— Wiosłuję dobrze. Za sześć dni będę na miejscu.
— Ach, sennor chyba czarodziej!
Pah! Nauczyłem się poprostu prowadzić po wodzie małe; lekkie kanoe.
— A w ile dni jeźdźcy mogą dotrzeć stamtąd do Monclovy?
— W sześć dni
— Dobrze Cztery dni do Chihuahua, sześć do Monclovy, razem dziesięć Ruszymy natychmiast: dopłyniemy aż do Belleville. Stamtąd dalej przez Rio Salado, bo rzeka ta jest bardzo dogodna dla naszych płaskich łodzi. U ujścia rzeki Sabinas, odległego o jakieś dwanaście mil od Monclovy, będziemy was oczekiwać. Mam wrażenie, że obliczyłem wszystko dokładnie i że wybrałem najbardziej odpowiednie miejsce spotkania. Droga bezpieczna; Indjan niema, a Francuzi? Nie przypuszczam, aby nam chcieli stawać na drodze.
— Jestem tego samego zdania.
Prezydent zwrócił się teraz do Zorskiego.
— Opowiadał mi pan o swej przeszłości, ale nie wspomniał o planach na przyszłość.
Zorski odparł:
— Chcieliśmy udać się konno do hacjendy del Erina i schwytać za kark Corteja Równocześnie zastanawiamy się nad tem, w jaki sposób można będzie zawiadomić pozostałą w ojczyźnie rodzinę, że żyjemy jeszcze i jesteśmy wolni.
— Jeżeli tak, to proszę was o przyłączenie się do mnie. Droga prowadzi przez Chihuahua Mam ze sobą sporą liczbę dzielnych wojowników; będzie wam w mojem towarzystwie bezpieczniej, niż gdybyście sami odbywali tę drogę.
— Z wdzięcznością przyjmujemy propozycję.
— Porozumieliśmy się tedy. Kiedy wyruszacie, sennor? — zwrócił się do Sępiego-Dzioba.
— Najchętniej wsiadłbym natychmiast do czółna.
— Teraz, w nocy?
— Tak; nie mam czasu do stracenia.
— Dzielny z was człowiek. Napiszę kilka słów do lorda Lindsaya. Pójdźcie ze mną!
Wyszli obydwaj. — — —

∗             ∗

Tymczasem Pirnero napróżno szukał córki w kuchni i sklepie. Wrócił więc niezadowolony, usiadł przy otwartem oknie i zaczął patrzeć w ciemną noc.
Panowała wielka cisza, wokoło nie było żywej duszy. Tylko z oddali dochodziły od czasu do czasu dzikie ryki. Były to lamenty Apaczów nad zabitymi towarzyszami, lub okrzyki radości przy skalpowaniu wrogów.
Drzwi otworzyły się, w pokoju stanęła Rezedilla. Pirnero udawał z początku, że jej nie widzi. Zaczęła się cicho krzątać po pokoju, on zaś patrzył ciągle przez okno, choć w ciemnościach nic nie mógł dojrzeć. Chrząknął kilkakrotnie, pragnąc ukryć zakłopotanie.
— Egipskie ciemności!
Nie odpowiedziała; powtórzył więc znacznie głośniej:
— Choć oko wykol!
— Tak. Nie dojrzeć własnej ręki.
— To prawda. Ale zato słychać wszystko wyraźnie.
— Przecież wokoło zupełna cisza.
— Cisza? Ależ, posłuchaj! Czy nie słyszysz ryku Apaczów?
— Teraz słyszę.
— Nic podobnego nie zdarza się u nas w Pirnie.
— Bo tam niema wogóle Indjan.
— Oczywiście; tam strzygą człowieka tylko fryzjerzy. Czasami z okazji ślubu, chrzcin lub pogrzebu, ktoś komu rozbije głowę, ale na tem koniec. Czy wiesz, która z tych ceremonij jest najpiękniejsza?
— Mam wrażenie, że pogrzeb.
— Pogrzeb? Pogrzeb najpiękniejszą ceremonja? Dlaczego?
— Bo człowiekowi chyba najlepiej w grobie.
Rezedilla była w bardzo przygnębionym nastroju; oto, czemu należy przypisać te smutne słowa. Pirnero nie mógł jej zrozumieć. Przyglądając się córce badawczo, rzekł:
— Mówisz, że umarły czuje się najlepiej? Czy nie zwariowałaś przypadkiem? Nie; najpiękniejszą z tych ceremonij jest ślub. Czy widziałaś kiedy ślub?
— Owszem.
— No więc? Goście jedzą dosyta, piją dowoli, tańczą i skaczą, a nowożeńcy całują się jak szaleni. W dniu ślubu z twoją matką ze szczęścia zupełnie straciłem głowę. Dopiero później zmądrzałem nieco. Panna młoda jest przedmiotem zazdrości tak samo, jak pan młody. Ciekaw jestem, czyś odpowiednia na pannę młodą. Cóż o tem myślisz?
Rezedilla nie odpowiadała, ciągnął więc dalej:
— Ciągle karmiłem się nadzieją, że wprowadzisz do domu zięcia, lecz ty nie zaprzątasz sobie tem głowy, co?
— Nie chcę — odparła cicho Rezedilla.
Pirnero ciągnął dalej toņem niezwykle poważnym:
— Rozmyśliłem się i doszłem do wniosku, że masz rację. Nic mi po zięciu. Wyrzuciłbym go za drzwi.
Podniósł się z krzesła, podszedł do Rezedilli i dodał podniesionym głosem:
— Przedewszystkiem zabraniam ci myśleć o małżeństwie z Czarnym Gerardem. Nie znoszę tego człowieka, zrozumiano? Teraz znasz mą wolę. Chcę, aby się tak stało!
Wyszedł dumnym krokiem.
Rezedilla była zdumiona; nie mogła wprost pojąć nagłej zmiany, która zaszła w ojcu.
Nosiła w sercu wielką miłość, lecz uczucie zamąciło okropne słowo garrotteur, ciągle brzmiące w jej uchu. Życie Rezedilli było bez skazy. Wyobrażała sobie zawsze, że ten, którego pokocha, będzie tak samo czysty jak ona. Jakże zawiodła ją rzeczywistość! Przebaczyła ukochanemu, wiedząc, że odpokutował ciężko za winy, że nigdy już nie popełni żadnej zbrodni. Mimo to wyraz: garrotteur przygniatał ją swym ciężarem.
Dał dzisiaj dowód, jak bardzo ją kocha. Leży na górze poprzebijany kulami, pokłuty bagnetami, bliski śmierci. Dopiero teraz okropne słowo przestało ją dręczyć, dopiero teraz uświadamia sobie, że pójdzie z nim razem w drogę życia bez pytań, bez wahania, z niezachwianem, granitowem zaufaniem.
Mimo to, nie poszła na górę.
Dusza kobiety jest wieczną zagadką, lecz w tym wypadku żadna ukryta przyczyna nie odgrywała roli. Rezedilla czuła, że miłość dla Gerarda rośnie w niej jak bezkresna fala, której nic się oprzeć nie potrafi. Uświadamiała sobie, że gotowa jest paść na piersi ukochanego, aby jękami rozpaczy podsycić gasnące życie. A przecież rozsądek mówił, iż krok taki, zamiast uratować go, wywoła katastrofę. Bała się potęgi swej miłości — oto przyczyna, dla której biedny Gerard leżał na górze sam, jakgdyby odwróciło się od niego najbliższe serce i nie modliło za nim do Boga.
Rezedilla siedziała więc na dole, przyciskając ręką silnie bijące serce. Otworzyły się drzwi. Była przekonana, że to ojciec wrócił, omyliła się jednak, wszedł bowiem Zorski.
— Przepraszam, sennorita, — rzekł. — Przychodzę z prośbą.
Wstała z krzesła, patrząc nań badawczo. Zorski był doskonałym psychologiem. — Dlaczego Rezedilla milczy? — Uśmiechnął się łagodnie.
— Czy ma pani trochę płótna do opatrunku?
— Owszem.
Udała się do kuchni; po chwili wróciła. Podając Zorskiemu szmat płótna, rzekła:
— Zdawało mi się, że wszyscy zostali już opatrzeni. Kogóż jeszcze opatrywać będziecie, sennor?
— Gerarda.
Zbladłszy, jak trup, zapytała drżącym głosem:
— Czy tak z nim źle?
— Stan bardzo poważny.
— Boże mój, Boże. Więc niema ratunku?
Wyszeptawszy te słowa, wybuchnęła łzami przerażenia i rozpaczy.
— Bóg jest litościwy. Lecz w tym wypadku oprócz Boga musi ratować Gerarda i lekarz.
— Któż nim jest?
— Miłość.
Rezedilla zbladła jeszcze bardziej. Po chwili oblała się ponsem. Łkała głośno, coraz gwałtowniej.
Zorski ujął ją za rękę i rzekł łagodnym, spokojnym głosem:
— Rezedillo, on chciał umrzeć!
— Gerard, czy być może? — zapytała głosem, przesiąkniętym łzami.
— Tak jest. Szukał śmierci rozmyślnie. Wszyscy walczyli za szańcami, on jeden zmagał się z wrogiem w otwartem polu.
— Boże mój! Dlaczego, dlaczego?
— Nie wiem. Może pani to zrozumie, lub przeczuje. Wystawiał pierś na kule nieprzyjaciół. Dokonawszy cudów waleczności, znalazł się w morzu krwi — Dlaczego nienawidzi go pani?
— Ja go nienawidzę?
Rezedilla zakryła twarz rękami; bolesne tkanie odebrało jej mowę.
— Zna go pani dawno? — zapytał Zorski.
— Niezbyt dawno, lecz dobrze.
— Niewiadomo pani, gdzie mieszkał przedtem?
— W Paryżu.
— Cóż tam robił?
— Gerard był wobec mnie szczery; wiem o wszystkiem. Mam wrażenie, że i pan jest poinformowany?
— Owszem, sennorita. Dlaczego nie chce mu pani przebaczyć?
— Ja przebaczyłam już dawno...
— A jednak unika go pani właśnie teraz, gdy potrzebuje pomocy.
— Nie wolno mi pójść do niego. Nie mogę powiedzieć dlaczego, ale nie powinnam... nie powinnam się zbliżać do niego teraz...
— Tego nie rozumiem. Dziś, przed bitwą, prosił mnie, abym panią pozdrowił, gdyby poniósł śmierć. Teraz, choć jeszcze żyje, spełniam jego wolę. Przynoszę pozdrowienie — człowieka umierającego.
Zorski ruszył w kierunku drzwi. Rezedilla pobiegła za nim i żaliła się zrozpaczonym głosem:
— Sennor Zorski, nie wolno mi pójść do Gerarda; jestem pewna, ze mój widok go zabije.
Zorski uśmiechnął się łagodnie i, położywszy rękę na głowie dziewczyny, rzekł:
— Więc uważa pani, że nie potrafi sennorita nad sobą zapanować?
— Rozpacz moja odebrałaby mu resztę życia.
— Drogie dziecko, nie zna pani siebie; kobieta jest mocna w cierpieniu. Niech pani idzie za mną. Nie zabije go pani, przeciwnie, wróci mu życie.
Ujął ją za rękę i wyszli razem z pokoju. Rezedilla postępowała bezwolnie; dopiero przed drzwiami pokoju, w którym leżał ukochany, zatrzymała się pełna lęku i rzekła, drżąc na całem ciele:
— Nie mam odwagi, sennor Zorski:
— Niech pani zaczeka; wejdę pierwszy.
Została sama na korytarzu. Trudno opisać uczucia, jakie nią miotały. Po krótkiej chwili Zorski uchylił drzwi i szepnął:
— Proszę wejść, sennorita.
Rezedilla weszła. Gerard leżał na łóżku, owinięty opatrunkami. Głowę miał również zabandażowaną. Twarz była trupio blada i bladość ta odbijała straszliwie od wielkiej czarnej brody. Policzki się zapadły; oczy miał zamknięte.
Rezedillę przejął zimny dreszcz, Tak, Zorski miał rację. Była przekonana, że w pierwszej chwili padnie mu na piersi, teraz jednak czuła, że ciało jej było jedną bryłą lodu; miała wrażenie, iż ruszyć się nie potrafi z miejsca. Każdy ruch wymagał niesłychanego wysiłku. Czas, który upłynął, zanim podeszła do chorego, wydał jej się wiecznością.
Zorski zmienił opatrunek na głowie rannego. Rezedilla była mu pomocna.
Przy tej sposobności dotknęła ręką policzka Gerarda. Jakby pod wpływem dotknięcia różdżki czarodziejskiej, ciężko ranny wyszeptał:
— Rezedillo...
— Niech pani coś odpowie — rzekł Zorski. — Odkąd tu leży, nie otworzył jeszcze oczu.
Nachyliwszy się nad Gerardem, szepnęła:
— Mój dobry, kochany Gerardzie.
Zwolna rozchylił powieki, spojrzał na nią wzrokiem, w którym czaiła się śmierć.
— Teraz już nie umrę... — rzekł ledwie dosłyszalnym szeptem.
Nie zwracając uwagi na obecność Zorskiego, Rezedilla dotknęła ustami bezkrwistych warg chorego.
— Nie umrzesz, Gerardzie! Bez ciebie i ja nie mogłabym żyć. Wrócisz do zdrowia; będę cię kochała jak nikogo na świecie.
— Mój Boże, niebo się przede mną otworzyło, — rzekł z wysiłkiem Gerard, zamykając oczy.
Szczęście, które spadło nań tak nagle, nadwatliło słabe siły. Zemdlał znowu.
— Sennor Zorski, on umiera! — zawołała Rezedilla przerażona.
Zorski uspokoił ją:
— Proszę się nie przerażać, sennorita; to tylko omdlenie. Nie zaszkodzi, przeciwnie, wzmocni. Niech pani zostanie przy nim. Mam nadzieję, że wróci do zdrowia. — —



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.