<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Konopnicka
Tytuł Vesalius
Pochodzenie Poezye wydanie zupełne, krytyczne tom VII
cykl Z przeszłości. Fragmenty dramatyczne
Data wydania 1915
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz G. Gerbethner i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
II. VESALIUS.

Grafika na początek utworu 1.png

O pracach lekarskich i anatomicznych Vesaliusa mamy obszerne studium Adryana Bnrggraeve'a; lecz wiadomości ściśle biograficzne nader są szczupłe. — Ograniczają się one niemal do kilku powszechnie znanych szczegółów.
Oto treść ich główna: Vesalius należał do rodziny, która od miejsca pochodzenia, Wesel, przybrała swoje nazwisko. Nauk słuchał w Löwen i w Paryżu, poświęcając się głównie anatomicznym pracom. — Około 1544 r. miewał publiczne odczyty w Bazylei, Padwie, Bolonii i Pizie. — Główne jego dzieło: »Corporis humani fabriea« ukazało się w Bazylei w 1543 r. — Był kolejno przybocznym lekarzem Karola V i Filipa II. To wysokie stanowisko nie ochroniło go od prześladowań Inkwizycyi, która na mocy bulli Bonifacego VIII, zakazującej pod klątwą dyssekcyi ciał ludzkich po śmierci, niezmordowanego tego badacza przyrody uwięziła i na śmierć skazała. Później dopiero, łagodząc pierwotny wyrok, zmieniono karę śmierci na pokutną do Ziemi Świętej pielgrzymkę, skąd przyzwała Vesaliusa rzeczpospolita Wenecka, chcąc mu napowrót powierzyć katedrę anatomii w Padwie po śmierci Fallopiusza w 1560 r. Vesalius w powrocie rozbił się z okrętem około wyspy Zante — i tam umarł z głodu. Cuvier w swojej historyi nauk przyrodzonych takie mu daje świadectwo: »Padł on, jak Sokrates, ofiarą tej walki, to utajonej, to otwartej, którą ciemnota i fanatyzm po wszystkie czasy toczyły z badaczami przyrody i prawdy«.



Grafika na koniec utworu 3.png


(Obszerna komnata w maurytańskim stylu; w pośrodku wielki stół, na którym, leży ksiąg kilka; jedną z nich zamyka pogrążony w myślach Vesalius. — Przed nim stoi przyjaciel jego Silvio; w głębi stary sługa. — Wieczór. — Rzecz dzieje się w Madrycie w XVI wieku).

VESALIUS.

Dziwna budowa! Z tęczy i z mgły cała...
Bez żadnych podstaw, jako rajskie ptaki,
Które — jak mówią — przyroda skazała,
By na piór swoich zawieszone złocie,
Nie tknąwszy ziemi, w błękitnych zórz szlaki
Leciały — gniazda nawet ścieląc w locie...
Dziwna budowa!... Człowiek myśl swą ciska
W jakąś odległość mroczną i niejasną,
Zanim ją zmierzyć i ogarnąć umie,
I wszelką próżnię treścią swoją własną
Wypełnia, w marzeń pomieszanych tłumie
Coraz to nowe wznosząc gmachy błędu,
Tak, jakby proste przyrody zjawiska,
Jakby natura zbyt była mu blizka
I nie dawała umysłom rozpędu...
Cóż są te księgi, z których pokolenie
Nasze swą mądrość czerpie, jak ze zdroju?
Próbka wiecznego ducha niepokoju,
Której na imię jest czczość i marzenie...
Gdzie rzeczywistość teka jest na świecie,
Coby w systemie tym miała swą duszę?...
Idź, marzycielu! strój lutnię poecie!
— Na innej drodze ja zwyciężyć muszę!

SILVIO.
Czyż warto walczyć?... Mistrzu, pomyśl o tem!

Madryt wre cały; zazdrośni twej sławy
Wielkie twe imię obrzucają błotem,
A przyjaciele szepczą je z bojaźnią...
I gdyby nie to, żeś króla tak blizki,
Jużby się w burzę rozgrzmiały te błyski,
Głuchej zawiści, co grożą ci kaźnią —
I straszną łuną dzień zwiastują krwawy.

VESALIUS.
Silvio, tyś jednym z głosów tych, co we mnie

Walkę namiętną długie wiodły lata,
O berto woli mojej nadaremnie...
O przyjacielu! kto raz okiem ducha
Dojrzy cudowną budowę wszechświata,
Kto raz się dotknie zasłony przyrody
I w majestacie myśli się zasłucha,
Ten po przez tłumów groźby i przekleństwa,
Przez piekło ognia, przez ocean wody
Z wzniesionem czołem pójdzie — i dosięże
Tajemnic bytu, choćby je miał ziemi
Bozświecić stosem własnego męczeństwa —
Tak w imię prawdy, bracie, walczą męże!

SILVIO.
Powiedz: Tak giną.


VESALIUS.
Niechaj ginę z niemi,

Lecz niech myśl moja, jak smuga świecąca,
Świadczy ludzkości, żem wzlatał do słońca.

SILVIO.
Strzeż się, Andreo! Miasto pełne wieści,

Że znów w tym domu, w podziemnej kaplicy,

Wydarty grobom trup leży niewieści.
Lud się odgraża...

VESALIUS.
Cieniów służebnicy!...

Słuchaj mnie, Silvio! Gdybym mógł pierś własną
Otworzyć, by w niej wyśledzić drgające
Życie, nim, oczy we mgłach mi zagasną;
Gdybym mógł domysł raz nazwać pewnikiem —
I krzyk ostatni mieć tryumfu krzykiem,
Wbiłbym w nią nóż ten... ha! nożów tysiące!

SILVIO.
Mistrzu, ze słów swych wykuwasz koronę

Dla swojej głowy... Lecz zważ, czy to warto
Strawić wiek męski nad ciemną tą kartą,
Która ci życie śmiercią znieważone
Przedstawia w dzikim rozkładu chaosie?
Dumać, z utkwionem w czoło sfinksa okiem —
I — bogdajbym był fałszywym prorokiem,
Znaleźć zagadki swej słowo — na stosie?

VESALIUS.
Ty bluźnisz, bracie! Przyroda jest niema

Dla tych, co pytać nie mają odwagi.
Lecz — kto oburącz sfinksa tego chwyta
I śmiało patrzy w zagadki oblicze,
Choćby go tłumów szarpały zniewagi
I grzmiało nad nim wieków anatema,
Ten pojmie słowo bytu tajemnicze
I pierwszych przyczyn hieroglif wyczyta.

SILVIO.
Walka ta straszna jest — i jest wątpliwą.

Wspomnij, Andreo, tych, co już w przeszłości
Zażegli jasne pochodnie ludzkości...
Gdzież są — i jakie z posiewu ich żniwo?

Aleksandryjska szkoła! Wielkie słowo!
Lecz powiedz, kto dziś wie — po latach tylu -
O sławnym w wieku swoim Herofilu?...[1]
Wszak po Galenie[2], nawet po Mondinim[3],
Wszystko musiałeś zaczynać na nowo...
A kto zaręczy, że to, co dziś czynim,
Nie będzie kiedyś nazwane nicością?

VESALIUS.
Mylisz się, Silvio! Ta praca zagasła

To ostudzone ogniwa łańcucha,
Którego nowe przeguby i skręty,
Nazwane jutrem myśli — i przyszłością,
My dziś w ognisku wykuwamy ducha.
Strażnica wieków zdaje swoje hasła
Nowozaciężnym szermierzom wyłomu.
W czasie nie ginie nigdy trud podjęty,
Ani energii przerobionej suma...
A myśl, co w ciszy o wszechświecie duma,
Niech się nie zdaje straconą nikomu...
Wieki ją przyszłe odnajdą, obaczą —
I o nią wielkie ruchy swe zahaczą.

SILVIO.
Słowa! czcze słowa! Na mego patrona,

Ja z mojej pracy chciałbym widzieć zyski
Na własne oczy — póki zwę się ciałem,
I za tę cenę krajałbym z ochotą
Nie tylko trupa, ale bullę złotą,

Która zabawki tej zabrania srodze...
Lecz gonić jakieś oddalone błyski,
Paść duszę jakimś bladym ideałem,
Wiecznym pątnikiem być na prawdy drodze,
Żyć słowem, choćby słowem nieśmiertelnem,
Dios![4] jakiem Hiszpan, zbyt to jest subtelnśm!
Po co się rzucać jak nurek w głębiny
I wśród współczesnych zwać się już przyszłością?
Cóż są twe prace? — Głuche podwaliny,
Których wieżyca, co w błękit wybiega,
Nigdy nie uczci — a rzadko dostrzega.

VESALIUS.
Więc niech powstaną olbrzymie te duchy,

Co sztandar wiedzy niosą przed ludzkością,
Choćby mnie blaskiem swoim zaćmić miały!
Niechaj się zbudzą potężne te ruchy
Swobodnej myśli, co lecąc do słońca,
Daleko skrzydłem poziomy odtrąca —
Choćbym ja przy nich tak wydał się mały,
Jak atom pyłu, co w blasku drży płowy...
A gdy się wzniesie ginach wielki, ginach nowy,
W którym myśl szczytem, a murem są czyny,
Niechaj potomni mój kamień grobowy
Dorzucą między głuche podwaliny...
Ja innej sławy nie pragnę dla siebie.

SILVIO.
Słucham, podziwiam — i milcząc, odchodzę;

Męczeńska palma nie nęci mnie zgoła...
Radzę ci, mistrzu, zawiń się w swej todze —
I od dziś ucz się umierać wspaniale...
To ci się przyda. — Ha! przez Boga w niebie,
Jeśli cię schwyci trybunał tajemny,
Jeśli w Madrycie, ku większej twej chwale,

Będzie zbyt jasno, jak na wiek tak ciemny,
Pierwszy dam poklask!

(wychodzi)

VESALIUS.
Tak! uchylisz czoła!
(po chwili milczenia)
Hagonie! czas już; idź, zawołaj Nela,

Rozjaśnij lampę, w oknach spuść makaty;
Potem zstąp cicho — i ruchome kraty
Odsuń w grobowcu...

HAGON.
Och! na Zbawiciela

Mękę i rany! panie mój dostojny,
Wstrzymaj się! Jakto, chcesz ty z Bogiem wojny?
Grób, panie, każdy w całym kręgu świata,
Jest taką rzeczą, której niebo strzeże,
Chociażby żadna nie strzegła jej krata...
Czyż chrześcijanin, panie, ma jak zwierzę
Nawet po śmierci nie znaleźć spoczynku
I świecie próchnem swych kości na rynku?
Grób ma też wstydy i dziewictwo swoje;
Podglądać rzeczy, które śmierć zakrywa,
To zbrodnia ciężka, sprośna, niegodziwa!
Niech Nel odejdzie, panie... ja się boję!

VESALIUS.
Hago! rozumiem ciebie, jak myśl własną;

Czuję, jak zgroza w pierś ci rzuca mrowie...
A jednak — słuchaj! nim światła te zgasną,
Zapytam śmierci — a ona odpowie.

HAGON.Panie najmilszy! jam biedny i siwy —

I w życiu byłem nie zawsze szczęśliwy,
Karmiąc się czarnym kęsem ladajakim...

Lecz, choćbym nawet stokroć był żebrakiem,
Choćbym nędzarzem był, co łaknie chleba,
I choćby w grobach góry złota były,
Jeszczebym jednej grudeczki z mogiły
Nie ruszył — tak mi Panie Boże z nieba
Dopomóż w mojej ostatniej godzinie!

VESALIUS.
Więc ja sam pójdę; weź pochodnię Hago!

Spieszmy! noc letnia jak chwilka przeminie.

HAGON.
O panie! nie grzesz ty taką odwagą,

Bo się przerazi grób — i trumna wyda
Sama umarłych... O! co za ohyda
Nie dać trupowi dospać do dnia sądu...
Umarłych krajać... o panie mój miły!
Ten nóż splami ci ręce, jak rdza trądu —
I wszystkie puste przeklną cię mogiły
Tak, że sam kiedyś, po najdłuższej dobie,
Nie znajdziesz ciszy w własnym swoim grobie!

VESALIUS.
Słuchaj, ty wierny, stary! Są na świecie

Dusze, podobne zwichrzonej komecie,
Które gwiazdami nie są — i nie mogą
Cicho się palić na niebios błękicie,
Ale targane niepokojem burzy,
Lecą ogromną, pełną iskier drogą
I w krwawych snopach ognia, który wróży
Dziwne przewroty, gubią z siebie życie...
A kiedy takie komety zagasną,
Zostaje po nich łuna... Kto wie, stary,
Czy ja mieć będę mogiłę swą własną,
Pogrzeb i księdza i śpiewy i mary...

HAGON.
O panie! oczy te zamglone

Widziały rzeczy straszne, przeraźliwe...
Smętne orszaki, słupy osmalone —
Czerwone głownie ludzkie, w ogniu żywe,
Których oddechem był dym, a spojrzeniem
Iskry gasnące pod zczerniałem niebem...
A wiatr był płaczką, trumną — i pogrzebem...
A ciężka klątwa grobowym kamieniem...
Chceszże ty, panie, ginąc jak kacerze,
Ohydni Bogu — i umarli wierze?
Chceszże ty oczy moje tak zasmucić,
Bym ich na słońce nie śmiał już obrócić?...

VESALIUS.
Słuchaj mnie, stary, masz wnuka, lub syna?


HAGON.
Mam córkę, panie — i wnucząt — już troje...

Co za djablątka wesołe — a psotne!
Najmłodszy Gonzalw, prześliczna dziecina!
Gdy przyjdę, szyję mi rączką oplata,
A drugą siwe moje wąsy targa...

VESALIUS.
Widzisz, ja — nie mam córki, ani wnuka...

Dom mój jest pusty, a życie samotne,
Myśli — a księgi — to już wszystko moje
I nie zostawię nic, schodząc ze świata...
No, stary! otrzyj łzy! to nie jest skarga!
Widzisz, tak czasem serce się oszuka
W swojej miłości, że zamiast rodziny
Kocha samotnych swych badań godziny —
I cel daleki — który na swym grobie
Chce zamiast syna zostawić po sobie.
Chceszże mi pomódz?

HAGON.
A więc, niech tam w niebie

Bóg oczy zamknie — i nie widzi ziemi!
Panie mój, nigdy nie opuszczę ciebie...
Zostań; sam trumnę rękami własnemi
Otworzę, trupa przyniosę tu z Nelem.
A jeśli czarna uderzy godzina,
Niech nikt nie mówi, że Hagon się lęka
Być nieszczęsnego pana przyjacielem...
Zginiemy razem... Kocham cię, jak syna!

VESALIUS.
Dzielny mój, stary! oto moja ręka!
(Hagon oddala się z pośpiechem)

............
O tajemnico, stokroć życia warta!
Jażbym się zachwiał u twoich podwoi,
Kiedy przede mną ciemna twoja karta
W nagłym przebłysku objawiona stoi!...
Jażbym się zachwiał, zrobiwszy już tyle!
Czyliż wiek męski zaprzeczy odwadze
Młodości mojej? — a trwoga — mej sile?
Czyliż sam siebie i cele swe zdradzę?...
Jażbym się zachwiał? — Mistrzów moich duchy
Wołają na mnie: »Śpiesz!...« w wieków pomroce
Przyszłych pokoleń zaczynione ruchy
Wołają na mnie: »Śpiesz!...« bezsenne noce,
W których zbierałem rozbite okruchy
Tajemnic wiedzy, ciszy mi nie dają,
Lecz, jak sto haseł: »Śpiesz się! śpiesz!...« wołają.
Do czynu zatem! Na wieków zegarze
Narodzin światła wybija godzina...
Za sto lat jakich — wzniosą mu ołtarze...
Lecz niech ja pierwszy światu dziś pokażę,
Odrodzonego myśli mojej syna.
Dość snu! niech ludzkość powstanie ockniona!

(staje w zamyśleniu przed otwarlem oknem).

O nocy! bądź mi stokroć pozdrowiona!
Bądź mi pozdrowień, ty uśpiony grodzie!
Bądź pozdrowiony, wielki ty narodzie,
Nad którym wiszą mgły dziejowej cienie...
Bądź pozdrowiona ludzkości walcząca
Z własną niemocą na drodze do słońca...
Ty, co krzyżujesz proroki twe wieszcze,
Co w bólach rodzisz duchowe olbrzymy,
Bądź pozdrowiona! Gdy stosów twych dymy
Krwi purpurowe zagaszą już deszcze,
Ty prochom moim zwróć' to pozdrowienie!
............
Jakże mi smutno dzisiaj! Jakieś głosy,
Stłumionych żarów pełne i tęsknoty,
Szepczą mi w duszy słowa upojenia!...
Jestem jak Arab, ginący z pragnienia,
Który z oczyma wbitemi w niebiosy,
Z błękitów czeka zejścia białej rosy,
By nagą piersią przyjąć jej pieszczoty...
O!... jak mi smutno!... Chciałbym skłonie głowę
Na czyjeś ramię — i odpocząć w ciszy —
I myślom gorzkim wykraść te godziny,
W których pierś każda snem, lub żądzą dyszy,
I usnąć — jak to miasto marmurowe...
............
O nocy stokroć samotna! o nocy,
Która dla tłumów miękkie ścielesz łoże!
Myśl na twych skrzydłaeh gwiaździstych ulata
W nieskończoności pełne głębin morze
I szuka pierwszych, wielkich dźwigni świata
I ginie w własnej niemocy!...
O życie! wielkie nic, bytem nazwane!
Palących pytań pełne masz źrenice
I w pierś mi ciskasz — jako błyskawice,
Zagadki swoje — nigdy nie poznane...
Ty myśl człowieka przerzucasz od krańca
Niemych podziwów dla złotej swej księgi,

Aż do zwątpienia, smętnego wysłańca
Zbudzonej w duchu świadomych potęgi...
O życie! twoje kwiaty i owoce
Są dla tych tylko, co wielbią twe słońce;
Dla myśliciela masz samotne noce
I gorzkich zwątpień amfory trujące.
............

(chwila milczenia)

(Hagom i Nel wnoszą trupa młodej kobiety).


NEL.
Uf!... ciężka! — Jeśli Pan Bóg na wagę ją bierze,

To dobry handel robi... panie, gdzie położyć?

VESALIUS.
Tu... na stole... ostrożnie...


NEL.
Na mego patrona!

Gdyby ta piękna panna miała tutaj ożyć,
Dopiero by to była srodze zadziwiona!
Piękne mi towarzystwo: obcęgi — i noże —
I noc... a jaka czarna noc!... Panie doktorze,
O czepiec mój prababki z wami się założę,
Żem zarobił reala... — Hej! słuchaj mnie, Hago!
A przestańże tam klepać, jak tartak, pacierze
I zabierz tę zasłonę — trupy chodzą nago.

(Chce zdjąć zasłonę pokrywającą ciało, w czem mu przeszkadza
ruch Vesaliusa, zajętego dobieraniem narzędzi).


VESALIUS.
Zamilknij — albo odejdź!


HAGON.
Jesteś sprośne zwierzę!


NEL.
Hę? co? jak?... zwierzę, mówisz?... A ty, mój bałwanie,

Jesteś podszewką zwierza na wywrot...

HAGON.
O panie!

Każ mu odejść! niech słowem nie kala tej sprawy!

NEL.
Odchodzę już!... odchodzę!... Boże mój łaskawy!

Odchodzę już...

(zbliża się do stołu)
Panienko, czy tańczysz bolero?[5]

Jeśli nie, jesteś zerem; bo trup — jest to zero!

VESALIUS.
Oto zapłata twoja; zostaw mnie z Hagonem...


NEL.
Idę... idę... odchodzę... Hej, bańki mydlane,

Co się zowiecie ludźmi, dobranoc wam, bańki!
Co za noc! Albo jestem babki mej wrzecionem,
Albo w całym Madrycie prawić będą niańki
Dzieciom do snu historyje o tej nocy!...

HAGON.
Przecie

Dobry wiatr przewiał tę błazeństwa chmurę,
Grad słów sypiącą!

VESALIUS.
Duchy rozłamane

Tak przyjmą prawdy rodzące się w świecie:
Jedni z przestrachem odwrócą spojrzenia,
Jak stary Hagon, bojąc się zgorszenia,
Inni, jak Nel ten, pojęciem swem nizkiem
Obejmą tylko to, co jest zjawiskiem
I zmienną formą wiecznego istnienia;
A rzadki myślą uleci tam, w górę,
Gdzie prawa pisze Bóg gromowym błyskiem.

(chwila uroczystego milczenia. — Vesalius unosi zmolna zasłonę,
pokrywającą trupa)

O wielki, cichy śmierci majestacie!
O blda jutrznio słonecznego świtu!
O pracownico Boga — i przyrody,
Co stapiasz wszystkie formy i postacie
W zaczyn drgający wieczystego bytu
I ścierasz wszystkie bóle i radości
Z martwego czoła tchem nieskończoności,
Zaklinam ciebie, o śmierci milcząca,
Przez wieczny spokój twój — i twoją ciszę,
Niech głos natury jasno dziś usłyszę
I niech ta walka, co pierś mi roztrąca,
Wobec się twojej uciszy pogody!
............
Boże! ja nie chcę burzyć Twych ołtarzy...
Ja nie chcę wstrząsać świątynią Twej chwały...
Lecz czyż duch, który badać się odważy
Dzieła Twe, Panie, zwań będzie zbyt śmiały?
I czyliż mu to poczytasz za zbrodnię,
Że u przyrody jasnego ogniska
Dla wieku swego rozpala pochodnię
I po nad tłumów cień — myślą wybłyska?
Czyż grzech potęgę twórczą Twej wszechmocy
Rozważać w wiecznych ustawach istnienia?
Czyliż Bóg światła — zwie się Bogiem nocy?
A droga prawdy — drogą potępienia?
Nie! przyjdą wieki nowe, wyzwolone
Z niewolniczego dla bóstwa postrachu,
I prawd najwyższych słoneczną zasłonę
Śmiało podniosą w tajemnym tym gmachu,
Gdzie Bóg przyrodzie przepisuje prawa,
A pod jej berło byt wszelki poddawa.
Stłumione dzisiaj rozbudzą się głosy
I nowe prądy w pierś ludzką uderzą...
Nowy widnokrąg rozszerzą niebiosy...
Duchy walczące potęgą swą zmierzą
Z zagadką życia zwikłaną, prastarą

I wiedzą uczczą to — co dziś czczą wiarą.

(Hagon nasłuchuje z trwogą)
Dalej, Hagonie! odwagi! Do dzieła!
(uderza nożem w pierś trupa — i chwilę pracuje w milczeniu).

HAGON.
Panie! ktoś idzie... pochodnia mi drgnęła...
(słychać wrzawę zmieszanych głosów — a po chwili silne
uderzenia w bramę)


GŁOS.
Otwórzcie, w imię prawa!


HAGON.
Idą, panie!...

Ukryjmy trupa...

(usiłuje zarzucić zasłonę na stół)

VESALIUS.
(zajęty pracą)
Co robisz Hagonie?
(uderzenia w bramę ponawiają się)

HAGON.
Panie, to zbiry!... Ja trupa zasłonię...

Zagaszę światło...

VESALIUS.
Nie, to być nie może,

Żebym ja teraz właśnie, gdy przyroda
Tajne mi swoje daje posłuchanie
I już mi drogi odsłania przewodnie,
Rzucać miał pracę... Hagon! wznieś pochodnię!

GŁOS.
Otwórzcie! Cóż to? szatańska gospoda,

Którą zdobywać trzeba?

(uderzenia wzmagają się)
HAGON.
Wielki Boże!

Drzwi wysadzają... Panie! rzuć te noże!

VESALIUS.
Milcz, słaby starcze! Wojownik nie ciska

Sztandarów swoich wśród pobojowiska...
Niech uzbrojona do czynu prawica,
Jak jutrznia wiekom idącym przyświeca...
Wznieś tę pochodnię!

HAGON.
O dniu zgrozy wielki!...


GŁOSY.
Precz z gwałcicielem grobów! — precz z hyeną!


INNE GŁOSY.
Nie dać skry ognia — ni wody kropelki![6]

Zburzyć to gniazdo od podstaw do szczytu!
Precz, precz z kacerzem!...

(kamień rzucony w okno przelata s świstem, raniąc Vemliusa)

VESALIUS.
O ludu Madrytu!

Noc tę kupuję dla ciebie krwi ceną...
Królewską ceną...

(wrzawę tłumu zagłuszają silne uderzenia w bramę; we drzwiach,
wypartych gwałtownie, ukazuje się Inkwizytor ze swoim
orszakiem — dalej ciśnie się tłum)


INKWIZYTOR.
W imię majestatu,

Mistrzu Vesalio, jesteś oskarżony

O profanacyę grobów, sprośne czary —
I jak odstępca od najświętszej wiary,
Masz być uwięzion — i oddany katu.

VESALIUS.
(z boleścią)
Hiszpanjo biedna! Hiszpanja!... Hiszpanjo!...


HAGON.
(rzuca się ku niemu)
Ratuj się panie!


INKWIZYTOR.
(do jednego z siepaczy)
Wyprowadź go, Stranio!


HAGON.
(szarpiąc się)
Chcę z moim panem być!... chcę z moim panem!...

Sercem się ze mną dzielił... chcę więzieniem
Z nim się podzielić!...

STARANIO.
A milczże, ty żbiku!

Nie wrzeszcz!... Podzielisz... kajdanów wystarczy
Dla was obydwóch — i z trzecim szatanem,
Waszym kumotrem! Milczże... masz!...

(uderza go pięścią w twarz)

VESALIUS.
Nędzniku!

Pies nawet na tak siwą głowę już nie warczy!

INKWIZYTOR.
Ochydnej winy zbyt jawne dowody

Widzę na zgrozę oczu — tu — przed sobą...
Jestże ta zmarła szatańskiem złudzeniem,
Czy też niewiastą, ciałem i osobą?

VESALIUS.
Jest ciałem, panie — ołtarzem nauki,

Na którym mądrość rozważam przyrody.

INKWIZYTOR.
Bluźniercze słowa! Sto lat już minęło,

Od sławnej chwili, kiedy Bonifacy,
Tego imienia ósmy, ojciec święty,
Potępił bullą ohydne to dzieło
I najsurowszym wyklął je zakazem...
Tyś wbrew ustawie Boga i Kościoła
Śmiał świętokradzkiem tknąć trupa żelazem...
Zbrodnia to straszna i o pomstę woła:
Wyklęty jesteś! wyklęty!... wyklęty!...

VESALIUS.
Wyklęty? — Z czego? — czy z błękitów nieba?

Z dobroci Boga? czy z Jego wszechmocy?
Z królestwa myśli? czy z potęgi pracy?
Z ochłody zdrojów? czy z plenności chleba?
Z światła poranków?... ze spokoju nocy?...
Wyklęty? — z czego?... z koła nieśmiertelnych
Duchów, co lecą wciąż wyżej — do góry?...
Z spuścizny wielkich? — czy z nadziei dzielnych?
Z macierzystego pnia całej natury?
Wyklęty?... ależ patrz, Inkwizytorze!
Nademną świecą jasne gwiazdy boże,
Ziemia z pod nóg nie leci w odmęty...
Żyję, oddycham... i mówisz — wyklęty?

INKWIZYTOR.

Słuchaj! ta klątwa, której tak zuchwale
Śmiesz dziś urągać w bluźnierczym twym szale,
Jest gromem, który w proch rozbija duchy;
Jest mieczem, co cię od wiernych odcina
I wszystkie twoje obezwładnia ruchy.
Od chwili, w której z siłą piorunową

Nad potępioną twoją zagrzmi głową,
Oddech twój kazi — a dotknięcie brudzi...
Zwać się przestajesz dziecięciem swej ziemi,
Bratem w rodzinie, człowiekiem wśród ludzi...
Jesteś nędzarzem, chociażbyś miał złoto...
Choćbyś miał matkę — samotnym sierotą...
I bezpotomnym, chociażbyś miał syna...
I trupem jesteś — między żyjącymi!

VESALIUS.
Jakaż to ciemna i dzika potęga

Po godność ludzką do czoła mi sięga?
Jakaż to władza posępna i krwawa,
Moje najświętsze wydziera mi prawa?
Jestżeś ty Bogiem, że słowa twe mogą
Istotę moją zgnieść — i zdeptać nogą?
Nie! pókim żywy, nie zadrżę przed nikim...
Ja wolny jestem — tyś jest niewolnikiem!

INKWIZYTOR.
Zamilknij, stokroć zuchwały kacerzu!

Słów twoich słuchać nie mogę bez grzechu...

VESALIUS.
Więc inne niebo stwórz — i inne słońce,

Nad głową moją klątwą gorejące...
Inne powietrze stwórz mi do oddechu...
I przestań Boga mego w swym pacierzu
Nazywać ojcem, gdym ci nie jest bratem!

INKWIZYTOR.
Za każde słowo odpowiesz — przed katem.
(zwraca się do swego orszaku)
Niech wejdą Bianchi!...[7] Trup ten znieważony

Pogrzebu chrześcijan od nas się domaga...
Zakryć tę zgrozę! — podajcie zasłony...

VESALIUS.
Myśl też jest szatą — a prawda jest naga.
(wchodzą pokutnicy w białych kapach, z pochodniami
a ustawiwszy się w około trupa, rozpoczynają chóralny śpiew. —
Inkwizytor przyklęka i modli się)

BIANCHI.
Ojcze nasz!...


VESALIUS.
(z uniesieniem)
Ojcze, wolnych, ludzkich duchów!

Do światła Twego przywołaj błądzące...
Niech imię Twoje, wskróś przemian i ruchów
Całej przyrody świeci nam jak słońce!
Niech wolę Twoją wieszczą nam nie gromy
Srogich zakazów, gróźb i przerażenia,
Lecz wszechświat cudów pełen, tron widomy,
Skąd wznosisz berło wiecznego istnienia...
O! daj nam pokarm godny nas — i Ciebie.
Nasyć głód wieków mdlejących w pochodzie...
Niech na Twej ziemi, marząc o Twem niebie,
Nie giną duchy w rozpaczliwym głodzie!
Niech w walce pojęć prawda Twa zwycięża
I niechaj nigdy szermierz Twój nie ima
Strasznego dziejom i ludom oręża:
Uniesień tłumu — mściwego olbrzyma.
Daj piersiom naszym puklerz brylantowy!
Daj myślom światło, potęgi swej gońca!
Niech pękną starej ciemnoty okowy
I niechaj duchy ulecą do słońca!
Módlcie się bracia! ja modlę się z wami...

(chwila milczenia — stychać chór pokutników)
INKWIZYTOR.
(powstając)
Amen! Zabierzcie trupa pokutnicy!

Niech orszak naprzód rusza z pochodniami...

GŁOSY Z ZEWNĄTRZ.
Idą już... idą...


INNE GŁOSY.
Miejsca tam w ulicy!...


INKWIZYTOR.
Ty, coś śmiał gwałcić Kościoła ustawy,

Nędzny kacerzu i bluźnierco krwawy,
Idź!... niechaj tłum ten z swem urągowiskiem,
Będzie dla ciebie pierwszym stosu błyskiem!

(Bianchi wynoszą trupa; siepacze otaczają Vesaliusa; za nimi
postępuje Inkwizytor)


VESALIUS.
(zatrzymując się nagle, patrzy w przestrzeń)
Stójcie! z błękitów błędna gwiazda leci,

Kreśląc w pomroce złotą paralelę...
— To myśl, co wyższe ukochała cele
I ginie marnie wśród ciemnych stuleci!...

(tłum otacza orszak, tamując przejście; Inkwizytor stara się
uciszyć rosnącą wrzawę)


VESALIUS.
Silvio! tyś dla mnie był prorokiem kaźni;

Pójdź, spojrzyj! Oto idę bez bojaźni...
O! gdyby tłumy mogły okiem gołem
Dojrzeć ten spokój nad skazańca czołem —
Ideałowi, co daje mu siły
Wzniosłyby ołtarz — i cześćby złożyły...
............
Żegnaj mi życie — i ty boży świecie!
Żegnaj ojczyzno moja oddalona!...

Chciałbym do kogoś wyciągnąć ramiona,
Powiedzieć: »Kocham!« i płakać jak dziecię!...
O! jak samotną była moja droga
Wśród ludzi, zdarzeń i przemian chaosu!
Nie mam na niebie nikogo — prócz Boga —
A tu na ziemi nic, nic, oprócz stosu!
Świta!... Dzień nowy bieli się do słońca...
To mój ostatni dzień! O, stójcie, proszę!...
Umierać idę, jak noc ta mdlejąca
I śmiercią moją świt ziemi przynoszę!
Witaj mi słońce jeszcze niezrodzone!...
Witaj przebłysku purpurowej zorzy...
Śpiesz się! niech pierwszy z twych promieni złoży
Na czole mojem męczeńską koronę...
Śpiesz się! niech światła zwycięstwo obaczą,
Duchy strudzone, zatrute rozpaczą...
Niech je idei ujrzą męczennicy!

(wyciąga z uniesieniem, ramiona do wschodzącego od tej chwili slońca)
Światła!... ach światła!... światła!...


INKWIZYTOR.
(popychając go gwałtownie)
Do ciemnicy!


Grafika na koniec utworu 3.png

Przypisy

  1. W ostatnich trzech wiekach przed Chr. kwitnęła sztuka lekarska w Aleksandryi; mistrzem tej szkoły był Herofil (ok. 280 przed Chr.)
  2. Galenos (ur. ok. 131, um. ok. 201 po Chr.) — pisarz bardzo płodny i znakomity lekarz.
  3. Mondino di Luzzi (po łac. Mundinus de Lutiis) ur. ok. 1275, um. 1327 — znakomity profesor anatomii w Bolonii.»Anathomia Mundini«, po raz pierwszy drukowana w r. 1478 w Bolonii, doczekała się 24 wydań.
  4. »Na Boga!«
  5. Bolero — taniec hiszpański.
  6. Zakaz rzymski »wzbronić wody i ognia« (aqua et igni interdicere) równał się wyrokowi śmierci, gdyż bez tych dwóch żywiołów żyć nie można.
  7. Bianchi (Biali) — nazwa bractwa, zajmującego się z miłosci chrześcijańskiej grzebaniem zmarłych.


 
Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Konopnicka.