W Roztokach/Tom I/V

<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Orkan
Tytuł W Roztokach
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze
Data wydania 1903
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
V.

Do Ludźmierza, kto z Przysłopia chciał iść drogą prostą, nie robić koła dużego, musiał przechodzić wszystkie wierchy, całe Gorce w poprzek. Inaczej nieporada, bo się harde góry z drogi człekowi nie umkną, chyba jakby je przedziurawił doznaku na wylot. Idziniery to umieją wiertać nawet skały i drogi po pod ziemię na mile prowadzić. Powiadali różni ludzie, że od Krakowa pójdzie kolej prościutko na Tatry, a wtedyby nie mogła ominąć Przysłopia, ani obejść Obidowca... Ale to jakoś wnet ucichło, nie słychać już o tem. Jakby w swojem rozumieniu inędy umyślili poprowadzić kolej, to Obidowiec byłby temu rad, że go nie rozprują, ale za to narodowi stałaby się krzywda. Bo, czy to na woły spiskie do Nowego Targu, czy na odpust do Ludźmierza, czy też kanyindziej, zawdy uciążliwość wielka spinać się po górach. Latem jeszcze, jak latem, ale w zimie, jak padnie, na okrutne zaspy... Niejeden już tam znalazł śmierć swoją na wierchach, niejednego bielutka mogiła nakryła, żeby mu się dobrze spało na wiek wieków wieczny.
Obidowiec byłby rad i nie ruszyłby się z miejsca, choćby ślubną Obidowę ognisty smok przejeżdżał nieustannie, bo iskier lęka się naprawdę, by się na nim odzienie suche nie zajęło: serdak z cetyny smolnej, wyszywany po krajach bukowymi liśćmi. Wolałby już Obidowę ostawić w nadzieji, że ją kolej, idąca ku Tatrom, przejedzie — ludzie zaś woleliby jeździć na siedzeniach, choć i teraz po urwiskach na siedzeniach jeżdżą. Wszystkiemu narodowi Pan Bóg nie wygodzi, bo każdy ino tego pragnie, co drugi posiada. Zazdrość już za Jadamem chodziła po raju, zanim zgrzeszył, niechcęcy. Bo ona dużo starsza od grzechu i cnoty.
Tak i naród przysłopski... Zazdrościł Podhalanom, że mają Matkę Boską cudowną w Ludźmierzu, miejscu nie pośledniem, skąd wyszli już przemocni ludzie na chwałę narodu. Idzie o nich hyr nie mały daleko po świecie. A jak o morze się odbije, to Tatry usłyszą i opowiedzą narodowi, ludźmierskiemu naprzód, kto jego sławę zaginioną po świecie roznosił. A naród będzie słuchał, dziwując się wielce, że to nie obcy, nie światowce, ale nascy ludzie.
O tym jeszcze głucho w Tatrach i w całej dolinie. Tembardziej przysłopski naród, jako za górami po głębokich roztokach osiadły, nie wie nic o nowych cudach cudownych obrazów. Jednę Ludźmierską Pannę zna i czci ją w sercu swojem, ale mu szczerze markotno, że w obcym kościele mieszka i tam cuda rozdaje, a o dalszym narodzie zapomina. Przemyśliwali nad tem sprawni chłopcy, czyby się nie dało wykraść tej Panienki i przynieść do swojego kościoła w Przysłopiu, ale im starzy odradzili, bo, powiadają, może się rozgniewać i ani jednego cudu na złość nie uczyni. Kto na tem straci? To już lepiej tam dochodzić od czasu do czasu i gorąco molestować o przeróżne łaski, tak, żeby miejscowym nic nie ostało, abo niewiele co do wyproszenia.
Święta oczywiście rada starszych przypadła do serca wszystkim, i chodzili do Ludźmierza, nie ciążając sobie drogi, na każdy odpust. A chodzili, jak się rzekło, przez wierchy wysokie, przez Suhorę, Obidowiec, Turbacz i Kotlarkę, abo, jak częściej, przez Tobołów, omijając Turbacz.
Słońce zniżyło się i stanęło prawie nad Babią Górą, kiedy wesoła gromadka pątnicza wyszła na pierwszy wierch. Tu niewiasty, zdyszane, spoczęły na chwilę, a Rakoczy odkrył czoło na wiatr chłodny, lekki i przypatrywał się tej samotnicy wiecznej, stojącej na zachodzie...
— Dlaczego ludzie nazwali ją Babią Górą? — powiedział głośno.
— O czem on jeszcze nie zacznie! — zaśmiała się Hanka — a czemu ciebie wołają Rakoczy? Przecie to samo.
Prawda... czemu na niego wołają Rakoczy? Zastanawiał się już nieraz nad tem, ale niedługo. Cygańskie jakieś musi być przezwisko. Kto wie, co jego ojce kany porabiali, zanim tu przyszli... Nie lubiał strasznie słów, co nic nie mówią. Wolałby insze nosić miano jakie, naprzykład... Lacki... O... to ładnie dzwoni. A każdy człowiek, choćby i najprostszy, rozumie dobrze, co ono oznacza. Lackie plemię. Lacki król. I swojskie i ładne.
— Nie stójmy-że — prosiła Zośka — bo nas wieczór na wierchach zapadnie. Bedzie czas odpoczywać, jak zajdziemy na miejsce.
Wszyscy zgodnie przyznali racyę Zośce, bo ona tu była pośród nich rozsądkiem, podobnie, jak jedyna paroletnia owca między rocznemi jagnicami.
Szli dalej po polanie równej, nie bacząc na chodnik, bo cała hala, miękką wyścielona trawą, ciągnie się długo i szeroko po grzbiecie Suhory, lub inaczej Suchej Hory, jak ją drzewiej zwano. Dopiero ku Tobołowi polana się zwęża, zagłębia w siodło i ostaje pod Obidowcem, na który już drożyna skalista prowadzi, przykra i uciążliwa, jak droga do nieba.
Idąc po tej polanie, mieli czas obzierać się na wszystkie strony i patrzeć po dalekim świecie, którego im nic nie zastępuje, jak tam na dole w roztokach. Zdawało im się, że podrośli; Hanka nawet nie wierzyła, żeby kiedy była małą, dopiero, jak się zrównała z Rakoczym i spojrzała na czoło jego, przekonała się ze smutkiem, że tak samo jak i przedtem musi zadzierać głowę, by je dojrzeć i obaczyć czarne strączki spadających włosów.
— Jee! — pomyślała z niechęcią — tak trza patrzeć na ten łeb, jak na Obidowiec...
Lecz, mimo to, patrzała często, ani się jej nie sprzykrzyło zadzierać głowy. I Franek zawdy na czas odpowiadał wabiącym oczkom, choć zolbrzymiały wokół świat czarował jego oczy. Widząc dobrze, że Hanusia ma oczka doznaku takie, jak niebo na wschodzie, obaczył równie dobrze i wyraźnie, że Gorce mają kształt podkowy. Musiała zostać chyba od potopu. Rdza ją wiekami ujada i gryzie, ale nie skruszy jej do końca świata, o tem nie wątpi nikt. Podkowa ta olbrzymia otwarta na północ.
Idą właśnie po jednym końcu, po Suhorze, prosto na Tobołów, pod Obidowiec, który się zatacza na wschód i obejmuje Turbacz za ramiona... Z drugiej strony, równolegle do grzbietów, zgarbionych pod ich stopami, stoi Kopa, synowa starego Turbacza, pochylona całym ciałem ku Turbaczykowi. Środkiem zaś doliny idą, i staczają się roztoki prosto ku północy, spadając z hukiem i rozgwarem w zagłębione wioski.
Zadumę Franka, nachodzącą często, przerywała Hanusia ciągłem trzepotaniem. Ale on był rad temu i nie chmurzył czoła, bo czuł, jak przy tym trzepotaniu ptasiem rosną mu skrzydła niewidoczne i orlej nabierają mocy.
— Hej! Żeby tak polecieć... Ale razem z nią! Dziwowaliby się ludzie, dziwowały ptaki.
Dziwowałyby się pewnie wszystkie trzy niewiasty, choćby szedł prosto po tej ziemi, jak idzie, ale jeno myśli swoje otworzył przed niemi. Może kiedyś opowie te cuda Hanusi, ale aż ją nauczy myśleć po swojemu, bo, inaczej, parsknęłaby mu śmiechem prosto w oczy, abo stanęła zdumiona, jak sarna, nie wiedząc, czy się trwożyć, czy radować w sercu.
Szli długi czas po trawie miękkiej, zczerwienionej od słońca, które się poczynało krwawić na zachodzie.
Dochodzili już do Tobołowa, kiedy Franek, idący na przedzie z Hanką, obejrzał się za dwiema niewiastami, ostałemi w tyle, i zawołał ku nim głośno:
— Pospieszcie się! Ujrzymy jeszcze przed zachodem Tatry...
Nie czekali na nie długo, bo wnet się złączyły i ruszyła dalej gromadka młoda, razem, raźno i ochoczo.
— Na Obidowcu widać ludzi — spostrzegła Honorka.
— Musieli hań spoczywać, że my ich nie widzieli idących przed nami...
— Dziwowali sie Tatrom — dodał Franek.
— Co wy też widzicie w tych Tatrach? — spytała Zośka, ale się aż zczerwieniła od spojrzenia brata.
Przekorna jej towarzyszka, widząc po Franku gniew, poparła słowa siostry jego, jakby swoje własne.
— Skały i skały goluteńkie, więcej nic...
— Ostańcie! Po co wam za nami lecieć?
— Franuś! Nie złościj sie! — przerwała Hanka i zażegnała chmurę.
Zośka z Honorką nie ostały, na przekór Frankowi, ale szły wartko, nie dając się nikomu wyprzedzić. Minęli siodło zagłębione i weszli na drogę, wiodącą stromo, jak po ścianie, na wierch Obidowca. Gorączka owładnęła naraz wszystkie serca.
— Kto pierwej dojdzie?
— Kto naprzód ujrzy Tatry?
Słońce już czerwonem kołem sparło się na ramieniu Babiej Góry...
— Wartko! — przyspieszał Franek. — Bo wnet może zajść, i nie ujrzymy.
Sam lekko przeskakiwał powalone głazy, podając rękę Hance, gdzie większe zwaliska. Nikt już nie mówił nic. Niewiastom pot zalewał oczy, dyszały głośno, lecz nie ustawały.
— Nareszcie! — krzyknął Franek, stając na polanie. — Ale jeszcze do wierchu spory kęs... Przynajmniej głazów nie ma i nie tak skalisto...
Oddychli na jeden moment i szli dalej wartko, bo już daleko lekcej było iść po trawie miękkiej. A dochodząc do wierchu, poczęli prawie biedz — serca niewiast biły mocno — Rakoczy płomieniał. Pierwszy też dobiegł szczytu i, tryumfem szczerym olśnionych dusz, zawołał:
— Tatry!...
Stały przed nim w ogniu zachodzącego słońca — olbrzymie, krwawe... Podnóża ich zastępowała góra przeciwległa, i nie widać było, skąd wyrastają. Zdawało się, że za tą górą morze się rozlewa — i one wyskakują z niego prosto w niebo ogromem rdzawych ścian porysowanych, przebijając błękit w górze ostrymi szczytami.
Stały wysoko w ogniu, oblane skrzepłą krwią świecącą; była w nich skamieniała hardość i potęga i martwa duma konających przed światem olbrzymów.
— Tatry... — powtórzył Franek uroczyście, gdy niewiasty stanęły przy nim.
— Tatry... — szepnęły wszystkie trzy i nie rzekły więcej ani słowa.
Szła bowiem od nich moc potężna, która nakazywała milczenie.
Wszyscy poczuli w sercach swoich, że ich owiało dziwne tchnienie. Coś, co zapiera oddech w piersi, tamuje wyrazy, budzi nieznane jakieś dreszcze, rozkoszne i święte.
Bo tak owiewa serca ludzkie dziwne tchnienie Tatr.
Patrzeli długo.
Niewiasty pierwsze ocknęły się i poczęły szeptać między sobą.
— Tak bliziutko sie zdaje, choć to przecie mile...
— Kto hań zdole wyjść na takie ściany?
— Na takie turnie ociesane...
— A przecie ludzie idą.
— Chyba po swoją śmierć! Bo trudno, żeby ich Bóg uchronił i strzymał w powietrzu...
— Ale to góry, góry!
— Na całym świecie może takich nima...
— Skąd one sie tu wzięły? Powiadają, że skały rosną. Odkąd one muszą róść!
— To nie wiecie o tem — szepnęła Zośka — jak święta Kunegunda... Ale to wam po drodze, idęcy, opowiem, żeby i Franek słyszał.
Spojrzały na niego.
Stał obok, zadumany, z zaplecionymi rękami na piersiach i patrzał ku Tatrom... Oczy, jak lunatykowi, błyszczały szeroko, i źrenice świeciły iskrami. Po twarzy jego bronzowej migały często płomienie łyskliwe, i krwawiąc ją na jedno oka mgnienie, gasły. Z odkrytego czoła jego widniała duma i jakby wyzywanie śmiałe nieznanych sił...
Hance, gdy patrzyła w niego, wydał się tak pięknym, jak nie Rakoczy, ani człowiek ziemski, ale jakiś...
— Doznaku, jak święty Michał na obrazie! — krzyknęła, ucieszona porównaniem swojem. — Ino może...
Bała się powiedzieć głośno: piękniejszy...
Obudził go ten krzyk dziecinny, zwrócił się, postąpił parę kroków i stanął przed Hanką.
— Coś powiedziała? — spytał, nie myśląc o tem, co mówi, jak człowiek, którego dopiero co ze snu zbudzono.
— Powiedziała — podjęła siostra — żebyś do jutra stał na Obidowcu. A wieczór sie zbliża. Kiedy zajdziemy do wsi?...
— No, to chodźmy, kiedy wam sie już przykrzy stać... Ale wam powiem, że niełatwo drugi raz przeżyć taką chwilę...
— Rozumiem przecie dobrze — tłómaczyła się Zośka — i żeby nie ten odpust...
— Za taką jedną chwilę — przerwał niecierpliwie — daruję ci sto odpustów!
— Nie bluźnij, Franek! — pogroziła — bo cię Pan Bóg skarze. Obaczysz...
— Co mu się stało? — szepnęła Honorka. — Taki był wesół przedtem, rzeźki...
— Ani sie nie dziw! — odszepnęła Zośka. — Bo on już taką ma naturę zmienną.
— Jak wiater, co sie prędko zmienia...
— Doznaku tak.
— Którędyż mamy iść? — spytała Hanka, odwracając się, bo wybiegła naprzód, i patrzyła na Franka w oczekiwaniu, jakby chciała powiedzieć, że on tu ma prawo do rozkazywania, więcej nikt.
— Którędy chcecie — rzekł Rakoczy. — Możemy iść dwojako... Abo przez Turbacz, potem na Kotlarkę, skąd już zejdziemy prosto na Nowy Targ...
— To zadaleko!
— Albo przez Tobołów, do Klikuszowej, co jest dużo krócej.
— Zróbmy tak! — przerwała Zośka. — Idźmy teraz krótszą drogą, bo już noc za nami, a napowrót możemy iść przez miasto i przez hańte wierchy...
— Słusznie! — poparła Honorka. — Siostra dobrze radzi. Zapadłaby nas noc na samych wierchach, cóżbyśmy wtedy poczęli? A tak, za wideka jeszcze zajdziemy do chałup i postaramy sie o nocleg.
Głosy za krótszą drogą przeważyły, bo i w oczach Hanki widać było chęć poparcia towarzyszek swoich.
— A dobrze — przystał Franek. — Ale z powrotem, pamiętajcie! przez Turbacz pójdziemy.
Zgodziły się tem chętniej, że się do jutra może dużo zmienić. Może być deszcz... Choć Babia Góra była czysta, nie pokazywało.
Zwrócili się gromadką na prawo i zeszli z Obidowca na niższą polanę tobołowską, skąd już Tatr nie było widać.
Franek poweselał. Mając przed oczyma to jagnię, swawolące jak te jagnice wypuszczone ku wiośnie z owczarni, nie miał siły chmurzyć się, choć mu jeszcze na dnie serca nie ustał smutek. Rozgwarzył się i opowiadał o podhalskim świecie, o dawnych ludziach, jacy tu bywali, jakie miewali przybiory i stroje, a jakie dzieła poostawiali w pamięci ludzkiej po sobie, że jeszcze do dzisiednia o nich gadki idą...
Niewiasty słuchały pilnie, dziwując się wielce, jak on to zdołał zapamiętać wszystko i tak składnie ułożyć w tej głowie, jakżeby czytał.
Podziwiała i Hanusia tę czarną głowę stręczystą, a taką przemądrą.
— Mówi jak ksiądz — myślała z dumą, bo nie wierzyła, żeby kto był nad księdza mądrzejszy. — Przecie to piastun Boży — dumała se nieraz — to musi być i dużo mądry. Nacóżby sie Paniezus dał głupiemu piastować?
Zadzierała głowę, idąc obok, i zdawała się pilnie słuchać, co Franek opowiadał o tych czasach minionych i przeszłych. Czasy ją jednak mniej obchodziły, niż Franek. Bo czasy były daleko, a Franek tu. Śledziła bystro i chwytała jego spojrzenia, zabiegając wartko oczom, gdy się zwracały w inną stronę. Miała czas przy tem zajęciu przypatrywać się twarzy brązowej, która drgała, gdy mówił, i światła po niej chodziły podobnie, jak po skale, kiedy przez bukowe liście prześwieci słońce zachodzące i padnie na nią prosto, a wiater liśćmi poruszy.
Podobał się jej bardzo, nie ma co kryć, ale już nie tak, jak tam w górze.
— Najpiękniejszy wtedy, jak sie na Tatry patrzy... Żeby tak wiecznie miał Tatry przed oczami! Tak, ale by o mnie wtedy ani nie pomyślał...
Wolała już mieć go takim, jakim jest na dole, ażeby ino patrzał na nią, a nie na te Tatry. Bo przecie zawdy inakszy od ludzi...
— Mieliście opowiadać o tej Kunegundzie — zagadnęła Honorka, skoro Franek przestał.
— Posłuchaj-że i ty, Franuś — poczęła siostra. — Ale ty to z książek musisz lepiej wiedzieć.
— O czem?
— Zaraz się dowiesz. Było tak... Kiedy Tatary wpadły do Krakowa...
— Jakie Tatary?... — spytała nieśmiało Honorka.
— Tatary, o jednem oku... Kiedy wpadły do Krakowa, to nie zastały nikogo, ino starego dziadka, też o jednem oku, co go zbawiło od śmierci, bo myślały, wiecie, że to swój... Pytają sie go: «Kany wasza królowa, Kinga?» Bo ją tak przezwali. A on nie odrzekł nic, ino zerknął mimowolnie tem okiem ku Wiśle... Aha! — pomyślały se — toś tam... — I puściły sie za nią na oślep w tę stronę. Rzeka, nie rzeka — góra i nie góra — aż dojrzały ją zdaleka, jak uciekała ku Węgrom, bo ociec jej podówczas na Węgrach panował. Ale i ona ich dojrzała. Myśli: co tu robić? Skrzydeł nima, coby furgnąć i uciec powietrzem... W rozpaczy wielkiej załamała ręce i wyrwała pasmo włosów, jak białą garstkę lnu, a wiater podjął i rozwiał po ziemi, a z onych włosów wyrósł las ogromny — niedawne lasy gorzeckie. Wstrzymało ich to, ale nie tak długo, żeby ona tymczasem mogła do Węgier dojść. Byli już blizko, kiedy dziwnym trafem opadła jej przepaska, którą się opasowała, a z tej przepaski błękitnej — Dunajec... Zanim Tatary przeszły, już była daleko. Aleby ją i tak były napewno dognały, ino że już przy granicy rozplątały sie jej włosy — grzebień z nich wypadł — a z grzebienia... wiecie co?... no Tatry! Tu już Tatary stanęły, jak głupie i musiały sie wrócić bez niczego.
— Ładna bajka! — poszepnął Rakoczy, który już nieraz słyszał tę opowieść, różnie opowiadaną.
— Dla was, to wszystko bajtki! — mruknęła Zośka urażona. — Ale wasze książki, to dopiero bajtki wierutne!
Chciała tem Frankowi dopiec, ale on ani myślał się gniewać. Rzekł tylko w zadumaniu, jakby do siebie:
— Jak ładna bajka, to warto posłuchać. Życie nie bajka, to nie warto żyć...
— Cóż znowu? — zawołała Hanka i trwożnie spojrzała na niego.
Już się przeinaczył w duchu. Szedł zamyślony i nie mieszał się w rozmowę, którą wiodły między sobą po cichu.
— Nie dziwcie sie — mówiła Zośka — bo on zawdy taki. Napadnie go nie wiedzieć kiedy, co, jak, abo skąd...
Ożywił się na nowo, skoro w Klikuszową zeszli i osiedla obaczyli przed sobą. Wtedy, jakby chciał nagrodzić, szczególnie Hance, że ich nie obsermował i nie bawił, jak się niewiasty obsermować winno, kiedy powierzone są opiece męzkiej i troskliwości serca jego, począł wesoło, śpasobliwie gwarzyć, a najwięcej, bo najchętniej, z Hanusią, której śmiech dzwonił i mieszał się z dzwonkami owiec, zganianych do wsi z polan niedalekich i pastwisk. Rada mu była wielce za to i, gdy jej towarzyszki wychodziły naprzód lub ostawały za nimi, szeptała, przytulając się do niego:
— Mój!...
A Rakoczym dreszcz wstrząsał, jak smrekiem, kiedy gorący wiatr uderzy weń.
Długo szli roztoką na dół, zanim się zmrokczyło. Stanęli wówczas i poczęli radzić, kędy się mają udać i do kogo, żeby trafić na ludzi dobrych i gościnnych, którzyby ich chętnie przenocowali, nie okazując twarzy chmurnych, jak się to nieraz zdarza szukającym u ludzi noclegu.
Uradzili se, że najlepiej nie szukać daleko, ale zboczyć do chałup w najbliższe osiedle, a sam Anioł Stróż ich zaprowadzi do ludzi sprawiedliwych. I tak się stało. Anioł Stróż zaprowadził ich do swego imiennika, bo gazda, z którym się spotkali w progu, kiedy otworzyli drzwi pierwszej chałupy, nazywał się Janioł. Nie wiedzieć ino, czy z rodu Janiołów, czy też go tak ludzie między sobą przezwali. Poznali go, i on ich poznał; spotykali się bowiem często niedawnemi laty, jak na gorzeckich polanach bacował.
— To wy tu mieszkacie?
— A tu, widzicie ludkowie, moja dziedzina.
— A my myśleli, że koło kościoła...
— Dyć mie Janiołem nazywają, bo wiecie o tem, ale mie od kościoła precki odegnali. Tacy to ludzie, moiściewy, taki świat łakomy na dobra ziemskie.
Uśmiechał się, jak człowiek, który przywykł żartami odpowiadać, i rad był temu, że go nie minęli.
— Pewnie na odpust do Ludźmierza... bo kanyżby inędy?
Nawet się już nie pytał, ale kazał pasterzowi skoczyć do stodoły i narzucać na boisko łońskiej słomy drobnej dla Franka na posłanie, a dla niewiast polannego siana, jako, że młode i do pościeli twardej nienawykłe. Pasterz w mig się uwinął i wrócił do izby, powiadając, że pościel gotowa. Powstali na to z ław, ale gazda zmusił ich do siedzenia, mówiąc, że jeszcze czas na spanie, że ino kazał wcześniej słomę przygotować, bo potem pasterz uśnie i nie miałby kto.
— Wieczerzać musicie z nami, to nic nie pomoże. Nie pomoże «Święty Boże» — dodał żartobliwie i jął ich bawić powiastkami, żeby im się nie cnęło czekać do wieczerzy; a służącą przynaglał, żeby warzyła prędko to warzywo i pilnowała ognia na nalepie.
— Bo u mnie nima gospodyni — prawił — ani swojego dziecka. Człek ostał sam na świecie, jak ten janioł boży. Aby zeżyć to życie, niech sie ta już tak wlecze...
I opowiadał, jakie to nieszczęścia zwalały się na jego głowę, a on wszystko znosił cierpliwie do ostatka. Nareszcie przewaliły się te chmury ciężkie i już od paru lat nic mu nie zasłaniało słonka, aż dopiero kiedyś niedawno spotkało go niemałe strapienie, bo mu dwie owce zdechły.
Słuchali go pilnie i z uwagą, bo umiał opowiadać składnie i zabawnie; o najcięższych nieszczęściach opowiadał lekko, jakby to nie jego samego spotkały, ale kogoś, co na drugim końcu świata żyje.
Wieczerzali, a on im opowiadał nieustannie, wciąż. Po wieczerzy już ich nie wstrzymywał długo, sam poszedł z nimi na boisko i radził, którędy mają przejść, żeby trafili prosto na posłanie.
— Niech wam sie tu śpi, jak może... ino czy wam nie będzie zimno?
— Mamy chustki, spodnice...
— No to ostańcie z Bogiem.
Zawarł drzwi od boiska, a oni ostali z Panem Bogiem w ciemnościach. Skoro gazda odszedł, i kroków nie było słychać, niewiasty wybuchnęły śmiechem. Nie wiedzieć, co im się wydało śmiesznem. Może przez wieczór, gdy słuchały, nazbierało się w ich sercach tyle śmiechu, że wytrysnął sam z siebie.
Franek namacał swoją pościel, a potem drzwi do szopy na oścież otworzone. Ozwał się, żeby je naprowadzić w tę stronę, lecz długo stał i czekał, zanim bojaźliwie czepiając się ścian boiska, doszły ku niemu. Gdy przechodziły próg, poczuł czyjąś dłoń wspierającą się na ramieniu jego... Drgnął mimowoli, a Hanka się rozśmiała i zapytała cicho:
— Boisz sie strachów?
— Nie.
— A jakby strach do ciebie przyszedł?
— To niech przyjdzie...
— Hanuś! — ozwała się Zośka — kany-żeś ty? Pódź, bo inaczej bedziesz skraja leżeć, nie w środku...
— Ja wolę skraja! — odrzekła, przytulając się do Franka, lecz zanim ręce podniósł ku jej włosom, wywinęła się, i zaszeleściło tylko siano, jak odeszła w mrok.
Franek stał jeszcze chwilę, a potem wrócił na swoje posłanie. Przeżegnał się krzyżem świętym i opadł na słomę.
Słyszał, leżący, brzęk dalekiej gwary, zawieranie drzwi i szepty coraz cichsze za ścianą, bliziutko... Szuściało coś, jak liście uschniętej osiny. Za chwilę szepty ucichły, a podnosiły się oddechy coraz dłuższe i wyraźniejsze i coraz więcej jednostajne, wpadały w uszy, jak miarowe suwanie suknianych wałków po ostrym stole.
Posnęło wszystko, a on czuwał, niechcęcy, bo nie mógł usnąć. Odleciało go spanie doznaku. Czuł jeszcze gorąc jej przytulonego ciała, jak rozpalonego na słońcu mchu... Dreszcz go przebiegał i coś dusiło za gardło. Nie mógł się nijak opamiętać, co się dzieje z nim. Starał się gwałtem zająć myśli czem... lecz nieporada. Mgła zachodzi na oczy i osłania wszystko pomroką szarą, gęstą. A z po za mgły Hanusia wychyla głowę ku niemu, zbliża się i przytula... Piekący płomień obiega ciało jego...
Wstał, odrzucił płaszcz od siebie i dygotał cały, ale nie z zimna; zdawało mu się, że potoki ognia płyną przez żyły i krew... Myśli jakieś spragnione, głodne, krzyczały wniebogłosy, szarpały się, jak psy na łańcuchu, i wyły głośno, przeraźliwie, jak jesienny wiatr. A w piersi płomień szalał. Popielił, jak liście suche, wszystkie uczucia młodzieńcze i przepalał do granic białego żużla pragnienie twórczej miłości. Czuł, jak płomień ten wzmaga się w piersiach, rośnie, przechodzi do głowy, zapala mózg, zalewa oczy, usta...
— Nieporada! — szepnął. — Coś strasznego stać sie może na świecie...
Słaniając się, namacał drzwi, szarpnął je i otworzył. Zimno owiało go z pola. Usiadł na progu, twarzą do osiedla zwrócony.
Siedział tak długo, aż odrętwiał cały.
Wtedy powstał, zawarł po cichu drzwi i ułożył się na posłaniu. Czuł się trochę zmęczonym, ale jak zwykle po całodziennem skłopotaniu i dalekiej drodze. Jak codzień prawie, gdy się układał do snu, tak i teraz: wróciło mu falą dzienne życie od samego rana, od świtu, kiedy wygnał owce w pole na koniczynę. Potem już od śniadania nie mógł sobie przybaczyć dokładnie wszystkiego, co w izbie zaszło, ino to se jeszcze zbaczył, jak «byczy ozór» zachodził go zręcznie bokiem, ale po głupiemu, i on wnet poznał, że to nie kto inszy, ino Suhaj wysłał tego rajcę na przeszpiegi. Potem, jak rozgniewany wyszedł w pole i spotkał Hanusię, a ta go namówiła... Prawda, jutro odpust... I on poszedł, jak Pan Bóg przykazał. No, no. Ale to jagnię tak patrzyło, że trudno... nieporada nijak było zostać. Zresztą nie ma czego żałować — Tatry... Tu najdłużej zatrzymały się jego myśli. Widzi je dobrze, jeszcze lepiej, niż tam z tego wierchu. Stoją takie potężne, jakby samemu Bogu groziły postawą swoją... Olbrzymi mur... Niebotyczne wieże krwawe czerwonych kościołów... Tatry!... Co to ma w sobie, że powiedzieć: Tatry — to jakiś dreszcz na samo imię przechodzi człowieka... Co one mają w sobie, że tak ciągną oczy i duszę porywają ku sobie. Chciałoby się tam lecieć... królować... panować... jak ten oreł nad nimi króluje. Dziwne wstrząsnęło nim uczucie, kiedy myślał o tem. Jakaś moc, nie z tego świata, dotknęła ręką czoła jego i znikła. Skądś zna tę moc nieznaną... przypomina... daremno! Odeszła pamięć... i wszystko... i Tatry się rozwiały w mgle...
Usypiał prawie, kiedy coś zaszeleściło i spłoszyło sen. Poruszył się i zbaczył se odrazu, że na słomie spoczywa... w Janiołowej stodole... na boisku. A tam, za ścianą śpi Hanusia... tam Hanusia śpi. Przyłożył głowę do pościeli, ale nie mógł usnąć, a wciąż mu się zdawało, że coś szeleści słomą.
— Pewnie myszy... bo cożby inszego? Musi tu być mocki tego narodu. Że też nie chowają kota... Dziwaczni ludzie. O, znowu!... Nie dadzą spać... doznaku wybiją człeka ze snu... A niechże was jasne koty!...
Słyszał teraz wyraźny szmer po ścianie.
— I po ścianach łażą... Coby nie! Bestje mają przemysł w nogach... I po szybie wyjdzie, jak jej o to bedzie chodzić, żebyś ty nie spał... Ale to dziwna... Nie... to chyba nie mysz...
Usłyszał suwanie słomy, jak suwa się stopami... Podniósł głowę i patrzał szeroko otwartemi oczami w ciemność, ale nic nie mógł rozpoznać, nawet cienia... Czuł jednak, że ktoś tu jest... i stoi niedaleko... blizko... bardzo blizko... Oddechu nie słychać — ale słychać wyraźne uderzenia serca czyjegoś.
Wyciągnął ręce w mrok — i napotkał w mroku ręce, wyciągnięte ku niemu...




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Orkan.