W Roztokach/Tom I/XI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Orkan
Tytuł W Roztokach
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze
Data wydania 1903
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XI.

I długo, długo spoczywał w dolinie.
Słońce się już schowało za wysokie wierchy i na przeciwległą ubocz rzuciło cień długi, posuwający się wolno w górę po zrudziałych pniakach. I zmrok wstawał z roztoki niewidzialną mgłą.
A on nie myślał odejść.
Jak na cmentarzu, gdzie wieki posnęły, zadumał się nad swojem życiem od kołyski i przeżywał myślami dużo chwil zbaczonych.
Pamięta... Małym chłopcem pasł owce po brzegu. Nachodził się za nimi i usnął w dolince, w takiej małej dolince, że go ledwie skryła. Co się też matka nawołała, naszukała wszędzie! Nijak nie mogła go odnaleźć. Sto razy przeszła po nad tą dolinką, a nie zdołała dojrzeć przecie, jak zwinięty spał. Tak turbacją o niego zamgliły się jej oczy. Latała po chałupach, pytała się ludzi — nikt nikany go nie widział. Zazierała do studni, czy nie wpadł przypadkiem, nie wierzyła już oczom swoim, sięgała habiną, ale ino woda czysta zmąciła się piaskiem. Wtedy ona, taka mądra, tyle razy wyrzucająca ludziom zabobony, poczęła wierzyć, że jej go chyba płanetnica wzięła...
— O matko moja! Nie darmoś wierzyła. Bo ja dziś szczery płanetnik...
Pamięta jeszcze... W mieście był, daleko. Cnęło mu się tak za ugorami, że se nie mógł dać rady. Siedząc nad książką dumał nad tem, jakby tam zajrzeć choć na chwilę, obaczyć owce, jak się pasą i ptakiem odlecieć. Dolatywać tak, choć na momenty, nachlipać się smrekowych zapachów i wrócić. I nie uszło dużo... A jak to dziwnie stało się i prędko! Wyraźnie baczy ten orszak pogrzebny i ten grób otwarty długo... Wypłakał nad nim całą duszę, wszystkie swe nadzieje. Zapamiętał się w żalu doznaku, ledwo go ludzie oderwali. I został w chałupie... Odtąd rozpoczęło się to ciągłe szarpanie.
Przypomniał sobie dalej, co go spotykało, ale wszystko było jakieś zszarzałe, odległe, podobne szarym ziemniaczyskom w polu, po których oko błądzi i, znużone, na niczem się nie może oprzeć.
Przechodząc myślą, zauważył, że życie się odeń cofa, ale to tak dziwnie, że: co ostatnie — staje się najdalszem, a co dawniejsze — pozostaje i nabiera barw. Najjaśniej, najwyraźniej snują się chłopięce lata, jakby je kto umalował i ukwiecił życiem. Zastępują poprzed oczy, jak u bramy śmierci.
— Nie dziwota — pomyślał i spojrzał w około — taka musi być dolina wiecznego spoczynku...
Wodząc okiem po polanie, dojrzał u stoku przeciwległej góry, w miejscu, gdzie się dwie roztoki schodzą, sterczący ponad zieleń łąki oczerniały dach. I zaraz zbaczył sobie, co opowiadali starzy, że tam podobno była drzewiej huta. Stąd miejsce to powszechnie zowie się Huciskiem.
— Niedawny czas!... Trzaskały ognie, dymiły się piece, huczały wałkownice i łoskot szedł naokół. Pełno gwaru i turkotu, jak w zapadłem mieście. A teraz — spokój wieczny... Ani słychu dychu.
Party myślą, by obaczyć, co pozostało z tej przeszłości hucznej, wstał i poszedł po polanie ku stopom onego zbocza. Długi czas szedł, nim dotarł na koniec doliny.
Uderzyła go naprzód pustka taka, że się jej zląkł prawie. Wszędzie znać było ślady minionego życia i wyraźniejsze ślady śmierci, która po niem przeszła.
Gruzy, nasypowiska i zwały rumowisk. Całe pole gruzów ostrych, zczerniałych od wieku. Chodził po tych kopcach dużych, utykając się, jak po grobach starego cmentarza. Wyraźnie rozpoznawał rozsypane piece, skorupy warzonego szkła i potaż ciemny. Gdzieniegdzie między żwirem zawadzały się i czyste łzy. Brał je do ręki, obracał i przypatrywał się im długo.
— Musiało ich tu być więcej — szeptał. — Szklane ostały, a insze wsiąkły w ziemię...
Niedaleko tej pustki, jak otwarta kostnica przy starym cmentarzu, stała rudera wielka, świecąca szparami. Ku niej Rakoczy zbliżał się powoli, aż nareszcie i doszedł. Minął pokrzywy, zrosłe pod okapem, sparł się na słupie odrzwi nizkich i zajrzał do wnętrza... Było, jak duże boisko wymiecione, puste. Nikt tu, widać, nie mieszkał oddawna; kto wie, na co kiedy komu służyła ta szopa. Przy jednej ścianie na ziemi był popiół i niedopalona głownia; pasterze, widać, przed deszczem chronią się tu czasem, abo, gdy ich noc zapadnie, nocują. Ściany nijak nie omszone, powała z desek napół zgniłych; musi i dach być, jak przetak, nie dający oporu ulewom.
— No! — rzekł, skończywszy przegląd. — Jeszcze nie taka ostatnia nędza...
Usiadł na progu, twarzą na powietrze zwrócony. Teraz dopiero zauważył szum, wiejący zblizka. Smreczki, porosłe, zasłoniły, ale zda się, nie daleko musi być roztoka. Może nawet tu się schodzą dwie, idące z góry.
Długi czas siedział, dumając nad niczem. Tyle wstrząśnień przebył dzisiaj, że się jakoś stępił dziwnie i dużo znieczulił. Dopiero zmierzch, kryjący się po za cienie smreków, zastanowił go i wywołał turbację myśli.
— Co teraz czynić? Co czynić...
Całym wysiłkiem woli giął swój rozum, naginał, jak drzewo młode, kiedy się pragnie, aby wierchem dostało ku ziemi. Na nic! Odgina się i wraca za wiatrem.
— Do chałupy nie pójdę, nie chcę ich już widzieć. Do wsi również nie ma poco. Kto mnie tam wyziera? Może Suhaj? Nie darmo zaprzeczył mi Hanki... To ja nędzarz, jak widzę... Nie bedzie nawet kany przenocować.
Obejrzał się za siebie.
— No, jeszcze nie taka ostatnia... Ale co czynić?
W te razy usłyszał szelest. I z poza smreczków wychylił się chłop, jak widać, młody, a obaczywszy siedzącego, zbliżył się.
— To wy, Rakoczy? Cóż wy tu robicie?
— A siedzę.
— Dy ja widzę. Ale cóż was tu zagnało?
— Wiatr.
— Gadacie tak we świat...
Stanął przed Frankiem i uważnie popatrzał na niego.
— Wam cosi musi brakować... Widać to po oczach.
Ale Franek, chcąc zagadać, spytał:
— Skąd-że wy idziecie?
Leśny, bo leśnym był ten człowiek, znajomy Frankowi, odpowiedział z przechwałą:
— Byliśmy cechować drzewo.
— Z kim?
— Z panem od tartaku. Zeszło nam prawie od rana, bo ubocz niemała. Byli i hrabscy leśniczowie, ja, i chłopów paru. A teraz idę na dół, trza zgodzić jakiego chłopa, coby sie podjął ściąć tę ubocz jeszcze przed jesienią, tak, coby ze spychaniem nie zeszło do zimy.
— Któraż to ubocz?
— Hańta... — wskazał toporzyskiem.
— Wiecie co... Ja sie podejmę.
Leśny się wypatrzył w niego.
— Śpasujecie chyba...
— Nie! Sumiennie wam gadam, że sie sam podejmę. Nie szukajcie już nikogo i powiedzcie panu, że jest taki, co sie zgodzi.
— A dacie to radę?
— Jak nie zdolę sam na czas, to chłopów przynajmę. Ale myślę, że sie obejdę bez nich. Czas niemały...
Mówił stanowczo, leśny widział, że to nie są żarty.
— A nie rozmyślicie sie?
— Nigdy.
— No to ja was już godzę, kiedy tak... Trzy stówki!
— Zgoda, ino ja se wymówię naprzód coś...
— Nie szkodzi.
— Zdałoby mi sie na żywność...
— Czy wam nie bedą z chałupy donosić?
— Nie, bo nie warto, za daleko, wiecie...
— No, jak już uważacie. To ja sie na was opieram!
— I ja na was.
Podali sobie dłonie prawe i mocno ścisnęli.
— Wy ostajecie jeszcze?
— Ostaję — odrzekł Rakoczy.
— A kanyż sie ujrzymy?
— Ja was ta już najdę...
— No, to ostańcie z Bogiem.
Poszedł prędko, bojąc się, że go noc dogoni. A Rakoczy stał chwilę i spoglądał za nim. Skoro go już stracił z oczu, rozejrzał się wkoło i, wskakując jak chłopiec na pierwszą kupę gruzów, zawołał z bolesnym śmiechem:
— Patrzcie! Mam swoje państwo i swój kraj!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Orkan.