W Roztokach/Tom II/I

<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Orkan
Tytuł W Roztokach
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze
Data wydania 1903
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
I.

Turbacz, jak się już rzekło, wysoko czoło dźwiga nad gromadą Gorców. Stoi w pośrodku nich, jak gazda przygarbiony wiekami i rządzi. Nie może ino baczyć na te wierchy, co nie mają z nim blizkiego krewieństwa, jako od czasu niepile. Za to oba ramiona rozciągnął nad dziatwą: prawe nad Kopą i nad Turbaczykiem, lewe zaś nad Obidowcem, nie widząc Suhory, bo ta się dużo poniżyła.
Z pod pazuchy tych ramion wytrysły roztoki i pośród ścisłych Brzyzków niewidocznie płyną, szukając się z gorączką w zagłębieniach leśnych. Aż spotkały się w dolinie i witają się w milczeniu, w cichym uścisku idą razem aż do wązkiej bramy, do onego wąwozu, który zamknął kotlinę, i stąd, porwane szałem rozhukania, jedną roztoką dalej pędzą.
Wszystkie zbocza, okalające dolinę ściśnioną, i Turbaczyka i Suhory, szarzeją wrębami, są, jako cmentarze stare z pomnikami pniaków. Od nich to wieje smutek na dolinę i w kolo pustka się rozchodzi.
Jedyna ubocz góry, która się przygięła wierchem do kolan Turbacza, ta jedna czerniała lasem.
I tę miał ścinać Rakoczy.
Pięła się ona bystro w górę wprost z międzywidla dwóch roztok, a dochodziła na dół aż do ich połąki, tam, kany dawno, drzewiej, za ludzkiej niepamięci stała ta sławna, wielka huta.
Na jej pogrobie, jak się rzekło, ostała rudera. W niej to Rakoczy osiadł i zamieszkał.
I rozgazdował się na dobre. Z odziomków starych jedli, nalezionych w potoku, narznął gnatków, naszczypal giętkich tylin i uplótł wrota, które przymocował do odrzwi zawiasami łycznych korzeni, wyprutych z ziemi w gąszczu i oparzonych w dymie nad ogniskiem. Tak samo z tylin i przeplecin stworzył sobie łoże, umocował je w kącie i podparł nad ziemią, potem nazmiatał liści pod bukami, naznosił na posłanie, aby miękko było, i zgotował legowisko wcale nie od rzeczy. Dach pozawłóczył gontami, powałę poprawił i umszył szpary w ścianach, aby wiatr nie miał przystępu. Przedtem wyrżnął w ścianie bocznej nieduże okienko. Następnie z poostałych po hucie kamieni, a wypalonych mocno, ułożył nalepę, na której mógłby upiec i wołu z rogami. Nareszcie wtoczył gnat szeroki, parę nizkich gnatków, aby mieć i stół, i stołki, jak bogaty gazda.
Nie widziało mu się jeszcze, że ściany są gołe.
— Jakożby tak człowiek mieszkał? Trza je przyozdobić.
Poszedł w las i nazbierał porostów wiszących, spadających z gałęzi, jak zielone brody, naobcinał hub olbrzymich o dziwacznych kształtach, gałęzi z młodych jedlic i okwiatu z buków — to wszystko przyniósł, porozdzielał, miarkując uważnie, aby je tak porozwieszać po nierównych ścianach, iżby oko z przyjemnością mogło na nie spojrzeć.
I wnet owo boisko odmieniło się do cudu. Niktby nie poznał, nie uwierzył, że tu niedawno wiatr chadzał samopas.
Żywności też przysposobił, zakupił na dole i, choć dostatku nie sprowadził, nie bał się już głodu. Rozgazdowal się w tej pustce i przywykł pomału. Z początku było mu tak, jakżeby z jasnego pola wszedł do ciemnej świątnicy; powoli jednak rozpatrzył się i począł odnajdywać rzeczy, których nie postrzegł odrazu.
Więc najpierw zauważył, że w różnych porach dnia różne przybiera barwy ta dolina. Ma wyraźne rumieńce życia. Ma też głos i mowę swoją, smutki i wesela.
O wschodzie całą przebiega dreszcz święty. Czuje z oddali narodziny słońca. Potem osusza łzy radości, które perlą się na trawach i na liściach drzew, i, gotując się do wesela, przystraja odzienie. Zielone chusty łąk po równi ściele, wzorzyste hafty traw po wrębach wiesza, wieńce mirtowe z gajów splata, stopy omywa w pienistej roztoce i włosy, rozwiane wiatrem a strojne zielenią, gładzi złotym grzebieniem gęstych odpromieni.
A kiedy słońce stanie na południu, pozdrawia je dolina miłosnym uśmiechem. I poczyna się wesele w pełni świateł, blasku, w rozżarzonem do białości morzu czystych ogni. Zdaje się: cała dolina przepełniona szczęściem.
Ale słońce-oblubieniec wnet kryje się za wierchy, posyłając na odchodnem ostatni odblask-drużbę z łagodnem pocieszeniem: do jutra... W obliczu zcichłej doliny widać zturbowanie, chęć wzniesienia się, by zoczyć, kany słońce idzie. Niemoc ogarnia całą, potem smutek, w końcu rezygnacja bolesna. Jeszcze z za wierchu prześwieca długa miotła drużby — pęk związanych promieni — snop białego światła — od niego oświetl o licach różanych zstępuje na dół ku samej dolinie, a kiedy jej ostatnie pozdrowienie szepce — blednieje, i powietrzem zachodzą jej lica. Dolinę dreszcz przebiega, ale zimny, trwożny, pełen niespokojności i lęku przed nocą.
Tak żyje ona w dzień słoneczny.
A gdy nadejdzie słota, długie dni, w których słońca musi nie widywać, wtedy owija się cała łoktusą mgły szarej i w zasępieniu ciężkiem siedzi, nie patrząc na chmury. Nieraz w tym smutku odrętwieje, i gdy nagle słońce wejdzie — nie wierzy, nie odchyla łoktusy z przed oczu, aż ją promień, budząc z martwych, pocałuje w czoło.
Jaką żywo czującą była ta dolina, poznał Rakoczy, pilnie bacząc na jej dzienne życie. I stała mu się przez to bliższą, bardziej ulubioną. Częściej rozpatrywał się po niej i obaczył, że suche jedle po wyrębach sterczą niby szkielety ludzkie z podniesionemi ku niebu ramiony, jakby uschnęły w modlitwie albo w groźbie wiecznej; że potracone modrzewie chowają się skrycie i zachylają wiotkie ciała po za plecy smreków, jakby czuły wyraźnie, że tu nie ich państwo, i zdają się po boku pytać harnych smreków, czy im pozwolą koło siebie róść, taka w nich bojaźń; a białe, srebrne, słabiutkie osiki drżą, gdy się trąci o jeden liść skraja.
Wędrując okiem, naszedł niespodzianie wciśniętą między jedle, opuszczoną brzozę. Stała tu, jak samotnica, jak płaczka żałobna. Taka w niej była niewieścia lękliwość, tyle tęsknicy, smutku i rozpaczy, że Rakoczy, patrząc na nią, uczuł żal serdeczny.
— Cóż ciebie tu przesadziło w te nieswoje strony?
Myślał, że go odczuje i odpowie płaczem. Poczynał bowiem wierzyć, że zaklęta w niej dusza dziewczyny jakiejś tak się smuci. I przyrzekł święcie, na głos cały, że gdy będzie spychał drzewo, tak uważnie puści, aby jej nie skaleczyło najmniejszej gałązki. Bo stała w dole, pod uboczą, którą musi ciąć.
Żył tak, rozpatrywaniem doliny zajęty, bo czas roboty jeszcze był nie nadszedł. Zżywał się z każdą skałą, z każdym prawie smrekiem, aby stracić swoją pustkę i czuć się w gromadzie. Bo poznał niezadługo, że pustki tu nie zastał, ino on ją sam z sobą w to zacisze zawlókł. Dopieroż go z dnia na dzień pomału opuszcza.
Widział, że nie sam tu jest z przybytku Noego. Jak odnajdywał w każdem drzewie utajone życie, tak codzień prawie spotykał w tym kącie żywinę jakąś niespodzianą.
Raz, idąc koło gąszcza, usłyszał gwizdanie. Pewnym był, że chłop jaki po cetynę przyszedł i przygwizduje sobie dla większej odwagi. Wszedł między smreczki i poznał, zdziwiony, że to nikt inszy, ino kos. Siedzi na drzewie i gwiżdże zajadle, aż echo wraca od uboczy.
— Jaka to pokłęba czarna! Zdoła zwieść człowieka...
Ale, mimo omyłki, rad mu był niemało. Odgwizdnął mu nawet parę razy podobnymi tony.
Inszym znów razem, kiedy się zapędził między ścisłe Brzyzki, podszedł niespodzianie głuszca, który ostrzył kosę i tak się widać zapamiętał, że stracił obawę. Można go było letko złowić. Ale Rakoczy pominął sposobność, rad, że ma w swojem państwie takie duże ptactwo.
I tak pomału napotykał: sojki trzepotliwe, żołny o siwych piórkach, gołębie gruchacze, dzięcioły w czerwonych czepcach i drozdy szarawe, które, jak ludzie mówią, mają talent w dzióbie. Napotkał też ptasikróla, mizerną ptaszynę, która się kryje po dziuplach przed wzrokiem jastrzębi. A było tych rabowników moc w tej okolicy. Nieraz spadały znienacka, jak strzały wypuszczane z chmur, i rzadko powracały z luźnymi pazury. Często je widywał za dnia, jak śmiałą drużyną krążyły nad doliną, wypatrując żeru. A wyżej, wyżej, gdzieś w obłokach samych kołował zwolna szerokimi kręgi zmalały wysokością lotu chmurny orzeł. Kiedy się zniżył nad dolinę i rozpostarł skrzydła, to słońce ćmiło się, jak czarną zasłonięte chmurą. Rakoczy wzrok podnosił, i duma w nim rosła, że taki harny ptak nad jego głową.
— Ino mi sionka nie zasłaniaj! — wołał. — Żeby i w mojem państwie było jasno...
I począł mu się kraj ożywiać coraz większym ruchem. Żywina wszeleniejaka, która się pochowała przed nim w gąszcze ciemne, widząc, że nie jest drapieżnikiem, jako insi ludzie, zaczęła zwolna wychodzić na światło i ośmieliła się z czasem.
Nieraz mu z pod nóg zając wypadł i pomknął w jałowce, kuna wyjrzała z gniazda i cofnęła głowę, a wiewiórki, swawolnice, to się już tak rozigrały, że im końca miary nie było. Wieszały się po gałęziach tuż nad jego głową i po ziemi tańcowały ślebodnie jak w raju, abo śmigały po drzewach jedna ponad drugą, jakżeby kto szyszkami smrekowemi ciskał. Nic się nie bały te stworzenia małe.
Ale najwięcej śmiałości to już nabrał lis. Ten się tak srodze rozzuchwalił, że w jeden dzień przypołudnia, kiedy Rakoczy obiadował, zajrzał przez próg do wnętrza koleby, czy też tam nie ma jakiej kury, abo czego z drobiu. I wypatrywał bez obawy; aż Rakoczy, wstając, sięgnął ku ścianie po strzelbinę — wtedy dopiero umknął.
Milszą miał niespodziankę Franek kiedyindziej, kiedy powracał do koleby po zachodzie słońca. Oto spotkał na łące, pod samą roztoką, całą rodzinę sarn. Siedem ich było, dwie najmłodsze, nie większe od jagniąt. Pasły się gromadką całą pod dozorem matki, a rogacz stał na straży i czuwał nad niemi. Tyle w nich było miłości wzajemnej, taką harmonją grała ta rodzina, że Rakoczy przystanął i pomyślał w sercu:
— Żadną miarą nie płoszyłbych im szczęścia... niech sie pasą.
I chciał obejść po za drzewa, ominąć zdaleka, ale ociec pilnie baczy; przeczuł go po szmerze i zaraz ostrzegł swoje młode. Postanęły wszystkie i, zalęknione, wsłuchały się w ciszę... Zdawało się, że słychać jak im serca biją. Rogacz stał wyżej, na wzniesieniu, rozglądał się w koło i nieustannie strzygł uszami, pytając się wiatru. Nie widać było w jego oczach lęku, ani trwogi, ino niepokój przed nieznanem, które idzie skądś. Troskliwy o swoje siutki, bał się je ostawiać dłużej w niepewności zdradnej i wydał hasło do ucieczki. Pomknęły odrazu, a on sam wskazywał drogę, migając rogami. Niezadługo wpadły lotem do suchego wrębu; trawy się ino kołysały, wskazując ich ślad.
Żal się zrobiło Rakoczemu, że je tak postraszył. Pasały się widać rade na tej łączce cichej, a teraz już nie będą mieć takiej śmiałości. Szkoda, tak blizko, przy jego osiedlu, mógłby je z czasem ośmielić do siebie i miałby z niemi niemałą uciechę...
Kiedy tak myślał, idęcy, obaczył zdumiony, że ma innych sąsiadów niebardzo przyjemnych. Potknął się parę razy o wyryty trawnik i, popatrzywszy na ziemię, poznał zaraz. Dziki... Po rywocinach świeżych widział, że niedawno były.
— Ale to cały kerdel! Kany sie to bestyjstwo gnieździ?
Obejrzał się dookoła i nie mógł zaprzeczyć, że kryjówek mają dość i siedzib. Jeszcze gęstwin jest niemało, buczyna porosła, a po wrębach trawy takie, że się łatwo może stracić i przeleżeć za dnia.
To go, powiedziawszy prawdę, niemile spotkało. Do dzikich świń miał urazę, choćby ino za to, że nieraz musiał ślęczeć na ugorach i pilnować nocą owsa, aby nie stłamsiły.
Ale, mimo ich rywocin, nie naszedł żadnego. Nawet i nocą nie dosłyszał, żeby blizko były. Musiały, widać, pomiarkować, że on tu nocuje, i boją się pokazywać przy jego osiedlu. Zabaczył też wnet o ich sąsiedztwie. Ale przedtem strzelbinę opatrzył uważnie i nabił ją grubemi lotkami ołowiu.
I tak żył, otoczony żywiną wszelaką, nie czując samotności, ani utęsknienia, rozpoznając obyczaje różnego stworzenia. Ponauczał się wiele, przepatrzył żywą księgę, zamkniętą w kotlinie. Nie wiedział ino, że w tej społeczności żyli, prócz niego, i ludzie. Nigdy nikany ich nie zaszlakował, nie mógł nijak przypuszczać, żeby się tu kryli. A przecie...
Raz szedł w górę uboczą i napotkał człeka, który klęczał w dolince i, przyłożywszy ucho do ziemi, nadsłuchiwał. Takby go był naszedł zblizka, ale ten, posłyszawszy kroki z dołu, zerwał się i uskoczył za najbliższe drzewo; stamtąd wyjrzał niebawem, a twarz Frankowi zdała się znajomą, jakby ją gdzieś był przez sen widział. Był w niej i śmiech i przestrach — w połączeniu ciągiem. Włosy rozwiane, spadające ku wązkim ramionom, usta rozwarte śmiechem dziwnym, oczy, jak dwie błyszczące kule, przerażone, wielkie. Musiał go już kiedyś widzieć, ale sobie nie mógł zbaczyć, gdzie i w jakim czasie.
— Coż wy tu robicie? — spytał, nadchodząc ku niemu.
Człek, bo inaczej trudno go nazywać, nie odrzekł nic na te słowa, ino się roześmiał szerzej, a równocześnie prawie z oczu wyjrzał większy strach. Skoro Franek, mniemając, że się z nim nie dogada, chciał się zabierać dalej, wtedy ten podszedł ku niemu i tajemniczo szepnął:
— Jest!
I wskazał ręką na dolinkę. A gdy widział, że Franek nie rozumie jeszcze, począł prędkim szeptem gadać:
— Dźwięczy... I to nie w jednem miejscu. Musi to być skarb, o jakim ucho...
Teraz dopiero zbaczył Franek, skąd zna tę postać człeczą. Z opowiadań. Tyle się o nim nasłuchał od ludzi, że nieraz w myślach widywał go żywym. Tak, to on, Jantek, poszukiwacz skarbów, którego po wsi zowią Djabłem...
— Nie wierzycie mi? — szeptał ciągle. — Zejdźcie odrobinę. Ani wam sie nic nie stanie, a przekonacie sie sami...
Pociągnął go za sobą na dolinkę.
— A teraz uważajcie! Abo nie... wy tupnijcie, a ja bedę słuchał.
Klęknął, jak wprzódy, na ziemi i przyłożył ucho.
— Tupnijcież! Moiściewy... Mocno! Jeszcze mocniej! Tak... słyszycie teraz? O, jak dźwięczy...
— Rzeczywiście...
— A co? Nie mówiłech?
Przypadł do Franka i z radości ściskał go za ramię. Przyczem szeptał gorączkowo:
— Muszą być pełne kotły miedzi. Ale nie... miedź nie tak dzwoni. To musi być złoto...
Ostatnie słowo wyrzekł prawie głośno, głosem nabrzmiałym radością bez miary. Nie zaprzeczał mu Franek, nawet dodał, że i to możliwe. Po co — myślał — zasmucać człowieka, skoro i tak inszego szczęścia nie ma. Niech się cieszy... I na dowód, że wierzy w ten skarb ukryty, spytał:
— Jakże sie myślicie dobyć?
— Ja ta już poradzę. Ino sie telo dorobię, żebych se kopaczkę sprawił... To już o resztę mniejsza.
I z zaciętością ogromną zawołał:
— Choćby mnie tu śmierć miała trafić, to nie spocznę, i muszę sie dokopać!
Jakiś dziwny dreszcz owiał Franka. Ta dolinka miała wyraz, który niepokoił. Coś w niej było zaklętego, choć nie wiedzieć, co.
— Trza iść w górę — powiedział nieswojo.
Podprowadził go Jantek i nie mógł się mu dość nagadać o swoich nadziejach. Pierwszego człowieka spotkał, co go nie wyśmiewał, to też chciał przed nim wszystkie myśli wypowiedzieć z serca.
— Ale ja was jeszcze spotkam? — zapytał na końcu. — Bo chciałbych wam opowiedzieć o tym buku próżnym, abo, wiecie, o tej jedli...
— To zaglądnijcie do mnie wieczór.
— A kanyż wy nocujecie?
— W kolebie.
— O, to godne macie spanie. Ja ta zajrzę czasem. A nie bedzie wam za przeszkodą?
Nie czekając odpowiedzi, uścisnął Frankowi ramię i odszedł prędko. Z oddali, z po za smreków obejrzał się jeszcze, i Franek dojrzał w jego twarzy tensam wyraz dziwny: śmiechu pomieszanego z przestrachem.
— Ma coś nieswojego...
Ile razy, idąc w górę, mijał tę dolinkę, zawdy mu się wychylała ta twarz z po za drzewa; ale nie mógłby przysiądz, czy ją widzi naprawdę, na jawie, czy mu się ino tak przezdaje w oczach.
Inszym razem ciekawsze miał jeszcze spotkanie. Było to w czasie, kiedy, pokończywszy przyrządzania różne, zabrał się do ścinania uboczy. Ledwo obalił pierwsze drzewo, i echo jeszcze nie zamarło w lesie, gdy wypadł ku niemu z gąszcza nieznajomy człowiek i, chwytając go za rękaw, zawołał z rozpaczą:
— Co robicie?! Zastanówcie sie, przez litość, i miejcie sumienie... Czy nie widzicie, czyście ślepi, kielo-ście zamieszania sprawili, to drzewo ścinając? Żywina bez pamięci ucieka przed siebie, a ptactwo lata w kółko, jak zwaryowane. Nie słyszycie tych płaczów, tych lamentów strasznych? Co ono was tak ogłuszyło pieknie?
Franek się zdumiał, zastanowił i obejrzał w koło.
— No dyć patrzcie — powiedział nieznajomy — a miejcie oczy ku patrzeniu. Czy nie słyszycie, co to klątw nad waszą głową?
Rakoczy ze zdziwieniem zauważać począł, że to nic są przywidy człeka, ani bajki. Ptactwo latało bez upamiętania z inakszym krzykiem, niż zwyczajnie. A ów człek, widząc zastanowienie u Franka, jął łagodniej, z prośbą w głosie przedstawiać mu dalej:
— To dopiero jedno drzewo... A telo już postrachu wzbudziło dokoła. Osądźcie, kielo krzywdy zrobiliście światu. Bo nie myślcie jako insi, że las, to jak zboże. Zetnie sie i posieje, i nowe urośnie. Tak ino myślą bezrozumni, abo ci, co nie mają nijakiego zmysłu. A jeżeli człek ma uszy, to na to, by słuchał; oczy też nie na co insze, jak ino na to, aby patrzał. Ale patrzeć, moiściewy, to jeszcze nie sztuka, bo to bądź-kto potrafi, ino trzeba widzieć, trzeba umieć tak po ludzku oczami pomyśleć. To wtedy i las inaczej bedzie sie przedstawiał. Dy to świat nie podlejszy od naskiego świata. A więcej w nim ciekawości, niżby se kto myślał. Przemieszkują tu narody nie głupsze od ludzi, choćby ino, na ten przykład, mrowczyce robotne. A inszych stworzeń co niemiara, ani wypamiętać. Żebyście tak rankiem przyszli, przysłuchali sie uważnie, jak to wszystko gwarzy... Gwar telo przerozmaitych, bo każde ma swoją, że choćby człek całe życie wsłuchiwał sie pilnie, to sie nijak nie zdole wszystkich ponauczać. To se możecie uważyć, kielo tam narodów!... Teraz wam powiem taki przykład, może sie wam przyda... Nie macie kąta między ludźmi, szukacie osiedla i zachodzicie w taką okolicę, kany możecie śmiało i bezpiecznie osiąść. Wypatrzyliście odpowiednie miejsce i uradziliście se w myślach swoich wybudować dom. Juścić z wielkim mozołom znosicie kamienie, piasek, glinę i belki i wszelaki przystrój. Musicie wszystko sobą wozić i na sobie dźwigać, bo wołem trudno sie wyręczyć, jak go niema, a psa nie upytacie, coby wam dospomógł. Wreszcie po długiej męce postawiliście chałupę i pourządzali wszystko, jak wam sie żywnie spodobało. Teraz myślicie ino o tem, jakby ją gwarem zapełnić, aby nie czuć pustki w izbie i w całem osiedlu. Szukacie se towarzyszki, błąkając sie długo, aż nareszcie spotykacie stworzenie przepiekne, o włosach połyskujących jak skrzydło janiołka, który obłokiem staje przed wychodem słonka. Serce onej boginki porywacie śpiewem, i oswaja sie jak ptaszę, i leci za wami, nie pytając kany, dokąd, na jakie wygnanie... A taką towarzyszkę mieć, to duże szczęście. Zaludniła wam sie chata, i gwar jest w osiedlu. Tak mija rok i drugi, i trzeci, i więcej. Codzień o świcie stajecie przy oknie i, witając białe słonko, śpiewacie se psalmy. Spokojność macie za sąsiedztwo, szczęśliwość przy sobie. I dnia jednego, przypołudnia, idziecie do lasu, aby rodzinie swojej przynieść jagód, abo korzeni jakich do jedzenia, abo jeszcze co. Raptem słyszycie zdaleka huk straszny. Z bijącem sercem pędzicie napowrót — i cożeście zastali w miejscu swojej chaty? Pustkę... pagórek rozsypanych gruzów. A tam w kołysce były dzieci... i matka przy nich...
Zaprzestał. A spoglądając w górę obojętnie, poszepnął zcicha:
— Co tu gniazd po drzewach...
— Człeku! — zawołał Franek. — Chyba cię piekło posłało na to, byś mnie kusił... Ja tę ubocz muszę ścinać i muszę ją wyciąć, choćby djabeł na djable jechał! To nic nie pomoże...
Stała się rzecz niespodziana. Ten człowiek starawy, bo już mocno siwe włosy miał nad śniadem czołem, przychylił się Rakoczemu do kolan i objął nogi jego drżącemi rękami.
— Ja was proszę, nie tnijcie... Niech ta ubocz stoi. Bo kanyż sie zwierzyna zachroni przed biedą? A i człek czasem potrzebuje dachu...
Podniósł głowę i spojrzał, a w jego zielonych oczach tyle było smutku, co w jeziorach spokojnych po zachodzie. Bruzdami twarzy zoranej i zastygłej, jak rola na suchu, toczyły się powoli dwie błyszczące łzy.
Rakoczego żal okrutny ścisnął tak za gardło, że nie mógł nijak słowa wypowiedzieć. Po chwili dopiero, podjąwszy starego od ziemi, rzekł:
— Co ja na to poradzę? Nie mój las... Podjąłech sie ciąć, to muszę. A nie bedę ja, to insi, to stu inszych znajdą...
— Jakoż to? — wypatrzył się, ździwiony, na Franka. — To tu nie wasza wola? A ja myślał...
— Że to niczyje? — poddał Franek.
Ale ten potrząsł głową.
— Nie... że to ludzkie — dokończył po cichu.
I ustał jeszcze chwilę, umedytował, wreszcie zabrał się i poszedł, nie powiedziawszy słowa naostatku.
Rakoczy patrzał za nim, nie wiedząc, czy wołać, spodziewał się, że wróci, i czekał siedzęcy. Skoro go już setny czas nie było widać, uwierzył, że naprawdę stracił się mu z oczu. Uczyniło się mu przykro i nad wyraz ciężko. Takiej dusznoty w sercu nigdy nie doznawał. To milczące odejście zdało mu się wzgardą, jaką mu pozostawił ten człek niewiadomego imienia. Gniewu jednak nie miał w sercu, a czuł winę wielką wobec jakiegoś trybunału, który go nie wzywa. Za tym człowiekiem poszły jego myśli... I z niepokojem ujrzał wkrótce jakieś pęknięcie w swym rozumie, jakąś szczerbę, co mu duszę powoli rozdwaja. I dziwna rzecz: on, co zawdy czuł się między ludźmi wyższym, wobec tego człowieka nieznanego rodu, co mu się do kolan schylał, widzi się, jako pasterz, który czyni szkodę. Czem go ten człowiek przerósł? — dumał — czem się nad niego tak wywyższył? Czoło jego takie jasne, jakby w słońcu stało, a oczy takie przejrzyste, jak dna jezior czystych. I długo myślał, medytował, przypominał słowa jego, aż po niemałej chwili szepnął:
— Jego miłość większa...
Wyraźnie widział jego serce, jako morze ognia.
— I cóż moje nienawiści?
Po chwili znów dodał.
— U niego sie tam poczyna świat, gdzie u innych kończy... Muszą to być krainy dużego poznania... Tyle narodów, powiada, jak o swoich swój. Nie dziwota, że go boli, ale co ja pocznę!
Długo nad tem przemyśliwał, siedząc na pniu drzewa. Oddalona postać rosła, zdawało się czasem, że się ku niemu przychyli od wierzchołków drzew. To znów widział, zdawało się, jak się przesuwała cicho po za hrube pniaki, a na twarzy przychylonej, ziemistej i szarej błyszczały krople, jak dwie rosy spadłe z igieł leśnych.
Do południa tak zesiedział, dając myślom folgę. W końcu powstał, popatrzał po wysokim lesie i rzekł półgłosem:
— Darmo! Nie bedę ja, to insi...
I jął ścinać dalej.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Orkan.