W Roztokach/Tom II/III

<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Orkan
Tytuł W Roztokach
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze
Data wydania 1903
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
III.

U stóp wstających stromo zboczów, gdzie już osiedla ludzkie nie dochodzą, ciągnęły się ściśnione ugorami łąki i dobiegały szyją aż do wązkiej bramy, która zamknęła kotlinę. Staczając się po uboczach, ugorne kamienie zwęziły je i zepchnęły nad samą roztokę, nad stromy, porośnięty jałowcami brzeg. Drzewiej na miejscu tych łąk stały bory; temu je zwano po wszej czas borami, choć z borów nie ostało ani śladu znaku. Podobnie, jak osiedle zwie się imieniem pierwszego właściciela, choćby to imię już dawno wymazane było z pośród żywych.
Drzewiej też one łąki, a inaczej bory, były własnością wspólną rodów, jako, że rody wyszły z pierwszych osiedleńców. I tak było, dopóki rody żeniły się pomiędzy sobą, nie krewniąc się z obcymi z dołu przybyszami. Ale później, gdy nastał dobry czas na córki, a nieurodzaj na synów, i nieporada było dogrodzić się płotów koło swoich twierdzami stojących osiedli, musiały rody schylić kapelusze i słać nierzadko swaty, kany padło. Powoli bory skrajano na wiana, i tak za czasem przeszły odróbkami do całej prawie wsi. Nie było gazdy w rozległym Przysłopiu, któryby tu choć małej okruszyny nie miał.
Bory te koszono wspólnie i wspólnie siano suszono, a potem, podług uwagi, wiele kto mógłby zebrać z obszaru swojego, dzielono się kopami. I nikt se nigdy nie krzywdował.
Podczas suszenia, gdy pogoda trwała, schodziła się tu wszystka młodzież ze wsi, cały prawie młody Przysłop, na nocne hulanki. Gdy już nadchodził ten czas, to jakieś drżenie owładało nieletnim narodem. Pasterze przyganiali wcześniej bydło z pola, szepty chodziły po za węgły, a córki zwijały się w izbach jak wrzeciona, całkiem podobnie, jak w przeddzień odpustu. Ojcowie już miarkowali, co się na noc święci, i zapowiadali ostro przed każdą wieczerzą, aby się żadne nie ważyło iść z chałupy na te pokuśne bezeceństwa. Ale skoro ino po wsi przeleciał głos trąby, wywierała się młodzież z pozakładanych drzwi i pędem biegła, nie szukając ścieżek, nicby jej nie zdołało utrzymać na miejscu. Lecące hasło: »Na bory! Na bory!« działało, jak rozkaz tajny, jak przemocny cud. Po chałupach ostawali jedynie ojcowie, biadający w cichości nad zepsuciem świata.
Tego lata pogoda szczęśliwie dotrwała. We dnie słońce pomagało suszyć wilgne siano, a noce były księżycowe, białe, jak sny dziecka.
W taką noc szedł Rakoczy doliną Huciska. Wesół był, wiedział dobrze, że przy takim czasie wszystko, co żywe, wylegnie na bory, i Hanusia pewnie będzie. Szedł, jak na wesele.
Księżyc mglistem, łagodnem światłem zalewał dolinę; roztoka w oczach mieniła się srebrem, a po za cienie cichych smreków kryło się milczenie. Powietrzem, jak omamienie, które mgłą na oczy siada, snuła się błękitna przędza, osnuwała zbocza i czarodziejsko odmieniała kraj do niepoznania.
W taką noc dziecku zbłąkanemu w lesie otwierają się skarby ukryte pod pniami; w taką noc na stromej skale tajemnego zamku siada z kądzielą zaklęta królewna i, oczekując wybawienia swego, tęskno poziera okiem na dolinę; w taką noc przy cichych stawach, przy zadumie smreków rodzą się, jak mgły z jeziora, nieśmiertelne baśnie.
Rakoczy tkliwy był od czasu na urok księżyca. Szedł doliną lunatycznie, jak we śnie czarownym. Magnetyczne światło nocy spływało do jego duszy, polnej nadziei miłego spotkania, i wzdymało przypływami idącymi w niebo, jak miękką wełnę wód, jezioro cichej szczęśliwości.
Czuł w sercu swojem przepełnię uczucia; tryskało w górę, jak snop wody, rozpryskującej się w djamenty przy świetle księżyca. Budziły się w nim pieśni, przepojone czuciem, które się ujawniały na świat kaskadami słów. Lecz słowa były, jak te krople, nie czyniące dźwięku i przeźroczyste, bez rumieńca, bez złocistych barw. Tęcza od ich prześwietli padała na jego duszę — on sam ją widział i sam słyszał muzykę tych pieśni. Ale wygrać nie umiał zewnętrznemu światu.
Idąc, mówił, jak dziecko, śpiewającym głosem:

— Jest kraj nieznanych cudów,
Gdzie z białych gór
Potoki srebrem płyną,
Doliny śpią,
A tajemnicze źródła leśne
Czyszczą ze szmerem przy świetle księżyca
Połyskujący, złoty piasek.
Smreki w milczeniu stoją, bez oddechów,
Jak straże nocne w przedsieni kościoła,
W którym za mgławą tajemnic osłoną
Bóstwo, nieznane ludziom, śpi...
A jedle drżą,
Dygocą lękiem utajonym,
Czy ich nie zdradzi światło białe,
Które na nie pada;
Bowiem sięgają nagiemi ramiony
W głębie rozpadłych, wązkich szczelin
I wyczuwają palcami korzeni
Skryte głęboko pod skałami skarby.
Albo na ziemię kładą się cieniami
I, wstrzymując dech, słuchają,
Co tam w głębi dzwoni.
A to dzwonią owce białe, idące uboczą;
Wełna im się zdala srebrzy,
Jak te włosy fal,
Wspinających się w księżycu
Ku urwistym brzegom.
Przeszły ubocz,
Już dochodzą pod zamglony wierch...
A małe jagnię ostało,
Nie może nadążyć,
Samo idzie po polanie, zawodzi i płacze
I woła, woła, by je poczekali.
Ostatniej owcy grzbiet łysnął za wierchem.
W głuchej ciszy słychać jeno ten samotny płacz.
O kraju! O dolino smutku!
Tam — przy nieznanem drzewie
Ukryty drogi skarb,
O którym nikto nie wie...

Wszedł w wąwóz. Huk roztoki zgłuszył dalsze słowa. Niezadługo minął wąwóz, przeszedł wązką bramę i ujrzał się na drodze w przestronnej dolinie, wśród ugorów rozległych, na krańcu Przysłopia.
— Już niedaleko bory! — szepnął i przyspieszył kroku.
Doleciało go z oddali zawodzenie skrzypiec. Począł dygotać w sercu, drżeć na całem ciele. Ile razy posłyszał kiedy zdala skrzypce, zawdy to drżenie dziwne owładało nim. Nie wiedział jeno, skąd się bierze, jaki temu powód. Może powstaje nieświadomie na wspomnienie chwil, jakie dotąd pamięta z dzieciństwa swojego.
Spał w izbie... Naraz przebudził go widok. Owies zadzwonił na szybach. Skrzypce zajęczały. A on się zrywał: »Tato! tato! kolędnicy przyszli...« I z drżeniem biegł do okna patrzeć na te cuda.
Były to czasy dużej szczęśliwości...
A raz, pamięta, zbudziły go krzyki: »Pali sie! pali!« Wyskoczył na pole. Tłumy ludzi, wieś cała biegła na wierch Gronia. Pobiegł i on. A lecąc, dygotał, jak w febrze. Palił się las. Przeraźny widok był, bo zblizka. Morze płomieni szło uboczą, a dymy, jak chmury ciężkie, wisiały nad ogniem. Ktoś wyniósł skrzypce, grali, tańczyli przy świetle...
I odtąd, ile razy usłyszy płacz skrzypiec, drżenie wraca, jak odgłos potrąconych strun.
— Bo też ino nasze skrzypce tak umieją płakać.
Co on się nasłuchał muzyk po szerokim świecie, i takich i owakich, a przecie żadna nie działała tak, jak one skrzypce. Jest w nich czar, który pada urokiem na duszę.
— O, jak płacze, jak sie żali, jak sie skarży głośno!
Nietylko słyszy, ale widzi tę muzykę zdala. Idzie, idzie po ugorach, ręce załamała, włosy rozpuściła na wiatr i zawodzi w płaczu, lamentuje, jak zdradzona płanetnica leśna. A serce człeku rwie się za nią; trzepoce, jak ptak schwycony, bije skrzydłami i krwawi zasklepioną pierś.
Coraz wyraźniejsze tony szły naprzeciw niego. Rozpoznawał melodje, uśmiechał się do nich. Zbliżał się zwolna ku borom, widział zdala kopy, dokoła nich taniec cieniów, migających w świetle; zdało mu się, że napotkał tajemnicze święto, jakieś pradawne, zabyte duchów pohulanki.
Nadchodząc bliżej, usłyszał niewyraźny śpiew. Słów nie mógł powiązać uchem, ale nutę poznał. Gorączka nim owładnęła, i niepokój parł.
— Kto wie, czy Hanka jest? — pomyślał.
Chciał jaknajprędzej ujrzeć i sprawdzić naocznie. Ustawili się prawie do nowego tańca, kiedy stanął za kołem wśród zgrachy ciekawej i począł szukać oczyma Hanusi. Obaczył ją nagle i miast roześmiać lica, spłonął, jak podpalony, suchy krzak jałowca.
Na przedzie, przed muzyką stał Michał Cichański, a przy nim Hanka. Dłoń oparła na jego ramieniu...
Obaczył ją tak Franek i zakipiał gniewem, zatrzęsło się w nim serce, zaćmiły się oczy — chciał biedz w pierwszym momencie, rozbijać, rozrywać... Prędko jednak opanował naremność szarpiącą.
Poznali go stojący blizko i pytali:
— Coż was przywiedło ku nam? Tak dawno, jak nie byliście na borach...
Nie słyszał i nie odpowiadał. Przeciskał się przez tłum i szedł milcząco ku muzyce z ogromnym spokojem, jak chmura ciężka, która idzie ołowianą ciszą. Oczyma, jak piorunami, świecił poprzed siebie. Ludzie się rozstępowali i cofali trwożnie.
Raptem Hanka, jakby czuła te oczy na sobie, obejrzała się, a twarz jej biała przy świetle księżyca, stała się jeszcze bielszą. Z cichym krzykiem, który zmarł na ustach, cofnęła się za plecy swojego tancerza. Rakoczy odchylił go na bok ręką lewą, jak oną gałąź z przed oczu wśród gęstwi. Ten odruchem podniósł pięść w górę, ale, widząc Franka, opuścił ją i trwożnie usunął się w ciżbę.
Rakoczy stanął blizko przed zalękłą Hanką i cichym głosem, w którym dzwonił rozkaz, rzekł:
— Chciałbych z tobą przemówić słów kilka.
I wskazał ręką pośród ciżby drogę, którą był piersią przed chwilą otworzył.
Hanka, widząc w jego twarzy niezwyczajne wrzenie, zawahała się, ale wnetki postąpiła naprzód i, z udaną gotowością, wartko przed nim szła... Stojący zblizka cofali się na bok i prowadzili ich oczyma, szepcąc między sobą. Michał się już nie nawinął.
Minęli gromadę, zrównali się ramionami i szli w milczeniu po trawniku wśród lasu wonnych kóp.
Franek, zapamiętały w gniewie i wściekłości, chciał ją zrazu pokarać dotkliwie obelgą, ale, nim w myślach słów wyszukał, już gniew zmalał w sercu i słowa one zdały się za ostre. Dobierał inszych, a tymczasem złość go omijała. Miał też czas, idąc przy niej, zauważyć przestrach i drżenie ptasie w jej cichej postaci. Chwiała się wiotkiem ciałem, jak gibrzyna leśna, z której wiatr obrywa kwiecie i otrząsa puch. To go powoli rozbrajało. Długo ważył słowa, i tak w milczeniu doszli razem do ostatnich kóp.
— Powiedz mi — ozwał się Franek z surowością wielką — powiedz mi, ale tak szczerze, dlaczego tańcowałaś z tym człekiem niemrawym?
Podniosła ku niemu oczy, od których śnieg tajać może i odrzekła po cichu:
— Bo ciebie nie było...
Nie spodziewał się Franek takiej odpowiedzi. Myślał, że powstanie z krzykiem, z niewieścią urazą i pocznie bronić swobodności swojej... »Cóż mi to nie wolno — powie — tańcować z kim zechcę?« Miał już na to słowa gniewem jarzące, jak iskry rozdmuchiwane wiatrem w spopielonej watrze. I teraz wszystkie pogasły odrazu, jakby je nagły pozalewał deszcz. Ona, jak dziecko, które czuje przewinienie swoje, broni się cichym wyrzutem: »Bo ciebie nie było...« I cóż tu na to powiedzenie rzec?
Hanka zaś mówiła dalej:
— Takeś mnie ostawił, jak ten pasterz głupią owcę na ugorach w nocy. Ani światełka, ani głosu, ani znikąd nic. Myślałach, żeś już o mnie doznaku zabaczył...
I po licach jej poczęły staczać się, jak tarki, siwe, w świetle księżyca migocące łzy.
Zachwiał się Franek, obaczywszy płacz. Żal naremny potokiem spłynął w jego serce i uderzał o brzegi spienionymi nurty. Ostatki gniewu, litość i miłość bezmierna walczyły w nim, i żadne zwierchować nie mogło. Patrząc na jej łzy, cierpiał i bolał okrutnie, a przecie tego nie chciał jej powiedzieć. Gdzieś na samem dnie serca rwała się, jak pies z uwięzi, chęć torturowania, dręczenia jej i siebie podwójnie za jej ból.
— Co ja sie też naczekała! — mówiła w płaczu. — Com sie nawyzierała daremno! Kielo nocy nieprzespanych, sam Paniezus wie i Matka Boska Pocieszna, bom sie nieraz godzinami przed nią naklęczała...
Na wspomnienie tych utrapień nowy potok łez.
— A przecie — rozpoczął Franek, gwałt zadając sercu — miałaś czas o inszych myśleć...
— O nikim! Nieprawda!
— Nie gadaliby mi ludzie.
— To ludziom dajesz prędzej wiarę, niż mnie? Teraz, to już wiem, że mnie nie kochasz...
— Hanka!
— Przyczyny szukasz, aby sie oderwać, ale ja cię nie związała — mówiła obłędnie — możesz iść, kany zechcesz, ka ci sie podoba. Ja ci nie bedę zagradzała drogi. Ino skoczę do roztoki i utopię sie...
Jakby chciała odrazu wykonać ten zamiar, zwróciła się ku roztoce i poczęła iść. Franek zmartwiał, przeląkł się i zabiegł jej drogę.
— Hanuś! miej rozum...
— Puść mnie! — zawołała. Coraz to większa rozpacz owładała nią.
Ujął jej dłoń i począł z tkliwością przepraszać.
— Daruj mi, bo ja nie wiem sam, co mnie nadeszło. Przecieżem z taką chęcią dążył na te bory! Z taką uciechą wielką, jak do raju... Ale, gdym ujrzał obok ciebie ten łeb wyświecony... Daruj mi, bo ja ciebie ta bardzo miłuję, że nie zdołam letko przenieść, aby taki wół wierutny śmiał o tobie przez moment inaczej pomyśleć, niż jako o wielkiej pani, która patrzy z chmur. Bo wierzaj mi, chciałbych cię tak wysoko stawić, iżby ludzie, patrząc na cię, mrużyli oczy podobnie, jak w obliczu gwiazd. Hanuś, dziecino moja, ustanów sie w żalu i nie płacz, bo mi serce doznaku popęka...
Prosił i błagał, nie wiedział już wreszcie, jakiemi słowy mówić, by ją ulegować. Przyciskał jej dłoń do piersi, a z taką czułością, jakby żywego ptaszka dzierżył w ręce. I jak ptaszę, któremu serce bije z trwogi, drżała jej drobna dłoń przy jego piersi.
Ucichła i otarła łzy przyschłe na licach. Ale jeszcze zapaskę trzymała przy oczach i patrzyła z po za niej, jak łaska z po za cienkiej strzechy. Widziała, że już niema znikąd zagrożenia. Milczała jednak, idąc przy nim, jak strapienie ciche; dopiero, kiedy doszli do ostatniej kopy, siadła na sianie, założyła ręce i poczęła z surowością:
— Teraz ty mi powiedz... Powiedz mi, ale tak szczerze, dlaczegoś nie dotrzymał przyrzeczenia swego? Pamiętasz, jakeś obiecował święcie? Miałeś zaraz nazajutrz starać sie o wypłat... Ja cię nie przynaglała, sameś sie wyrychlił. A potem, co cię opętało złego, żeś uciekł ze wsi od ludzi, jak dzik? Czemuś nie przyszedł, nie powiedział, ani nie dał znać? To ja nie godna, żeby słówko od ciebie usłyszeć?
I, nie czekając odpowiedzi, mówiła dalej:
— Wiesz ty, mogłabych umrzeć z turbacji, ani byś o tem nie był wiedział. I jak miałeś sumienie tak mnie poostawić, w takiej niepewności i trwodze? Musiałach sie od ludzi inszych dowiadować. A myślisz, że mi miło było słuchać, jak mnie żałowali! Abo jeszcze i gorzej, bo sie śmiali ze mnie, że za płanetnika wyjdę. Powiadali ludzie, żeś sie z Djabłem stowarzyszył, i chodzicie razem...
— Ale nie wierz-że ludziom...
— Aha! Tyś nie wierzył? Widzisz, jak my sie to zeszli...
Uczuł się skruszonym i na chwilę nie wiedział, co jej ma powiedzieć. Wreszcie począł:
— Bywają różne przeciwności. Ja natrafił na taką, żem sie musiał cofnąć.
— A powiadałeś, że sie nigdy przed nikim nie cofniesz!
— I dosiela powtarzam. Ale bywa różnie; przeszkody mocne znajdą sie i w sercu. Człek musi nieraz cofać sie przed samym sobą...
— Toby nikany nie zaszedł, abo w przeciwną stronę, niż zamierzył.
— Ja też tak — uśmiechnął się. — Zamierzyłech iść na dół roztoką, a zaszedłech do Huciska...
— Coż cię tam ciągnęło?
— Bardziej mnie ono pchało, niż ciągnęło. Ale to wszystko jedna siła — dodał — dość, żem sie tam niechcęcy dnia jednego znalazł. I nie żałuję! — począł mówić z wstającym zapałem. — Nadżyje sie, co przeszło, wszystko bedzie dobrze. Bo może nie wiesz, Hanuś moja, że ja ścinam ubocz?
— Powiadali, ale mi sie nie chciało koniecznie wierzyć. Bo jakżebyś sam dał radę...
— Czy ja to nie mocarz? Ścinam już od paru niedziel i raduję sie, że wnetki dojdę ku wierchowi. A wtedy se odetchnę szeroko, jak wiater, i kiela stówek zgarnę do zanadrza.
— Hej? To ci telo aże obiecali?
— Za cożbych sie mocował z twardymi smrekami? Za jakie tajne grzechy świata? powiedz. Przecie to nie żadna rozkosz, ino męka szczera. Tak, moje dziecko, tak mozolnie tych skarbów dobywam, o jakich ludzie myślą, że ich z Djabłem szukam. I powiem ci, że choć strasznie cnęło mi sie za tobą, nie miałech postanowienia obaczyć cię wcześniej, aż pieniędzy uzgarnuję...
— Przecie wiesz — przerwała — że choćbyś i goły przyszedł...
— Ale mnie samemu byłoby to nijako. Zresztą, o czem gadać, kiedy i tak bogaczem przed tobą nie stoję.
— Siądź przy mnie — poszepnęła.
Posłuchał jej rady i usiadł ostrożnie z boku, by kopy nie zwalić.
— Czemuż tak daleko? — pytała z uśmiechem. — Boisz sie jakiej zrady? Ja sie zaś nie boję...
I przysunęła się ku niemu z wesołością dziecka, obejmując jego ramię splecionemi dłońmi. On jeszcze myślą stał w poprzedniej gwarze i, z tego wierchu pozierając, mówił:
— Wszystko sie dobrze złoży, nawet lepiej, niżby se kto myślał. Na jesień ubocz zetnę, zapłatę otrzymam, i będziemy se radzić o inakszem życiu. Już ja sie nie dam biedzie ostać na mojem gazdostwie. Bedę ją dotąd prześladował, aże mnie opuści. A jak mi sie świat rozwidni, to obaczysz wtedy, co Franek Rakoczy może, jakie cuda zdziała! Ino ty wierz we mnie, Hanuś, bo mi trza koniecznie, aby ktoś we mnie uwierzył, choć jedna duszyczka...
— Twoja! — szepnęła, przytulając się.
— Nie spocznę, pokąd krzywdy nie obalę we wsi! Tak ją bedę wycinał, jak tę ubocz leśną.
— Myślałach, żeś już o tem zabaczył...
— Przenigdy! To ino życie odniosło mie na bok, jak ta fala mętnej rzeki odnosi łódkę rybaka. Ale ja sie wnet odbiję od cichego brzegu i wypłynę na sam środek...
— A jak cię topielec wciągnie?
— Topielców już niema.
— A ludzie powiadają, że jeszcze są...
— Nie wierz. Ale ja nie o tej rzece...
— Mówmy o czem inszem. Abo lepiej nie mówmy, słuchajmy, jak grają...
Umilkli. Słychać było zawodzenie skrzypiec. Ludzi nie widać, zasłonił ich las kóp rozstawionych. Po za tem oddalenie kryło ich po za mgłą, która oparem zaległa doliniaste bory. Odgłos tupotów głuchych szedł po równej trawie. Śpiewy dolatywały do ostatnich kóp.

»Kochałach cię Jasiu,
Kochałach cię dosić,
Trudnoż mi cię było
W podołecku nosić...«

Szum niedaleko płynącej roztoki owijał melodje, głuszył i przywracał, zdawało się, że fale wynoszą je z wody. Przewijały się w widnej księżycowej nocy, jak wiotkie ciała boginek rozkosznych, które się rade pluskają na jazie w mlecznych i srebrnych pianach wodospadu. Czasem pierś zaśnieży biała, błyśnie cudo-łono, czasem oczy zamigocą urokiem i zgasną, gdy je zawieje płomienny wicher złotych włosów. A czasem, ale rzadziej, ukaże się postać, zapatrzona w głębinę, jak brzoza płacząca. Tak się snuły melodje w tej nocy urocznej.
Za mglistem, białawem światłem widać było tęczę, jak stroiła miesiąc blady w pożyczane szaty. Dobierała promieniami siedmiorakich barw, dwie się jej zwidziały bardzo i ostała przy nich.

»Jużem był, jużem był
Po kolana w niebie,
Alem sie zawrócił,
Anielciu, po ciebie...«

Pieszczota melodji kołysała serce, mgła owijała myśli i siadała pomroką na oczach, siano pachniało, jak kadzidło, które poi zmysły.
— Czemu tak drżysz?
— Pytasz sie, a sama dygotasz...
— To od zimna.
— Nie wierzę...
— A od czego? powiedz...
Przychyliła się ku niemu, jak habina giętka. Od boru śpiewy leciały swawolną melodją. Dzwoniły, jak dzwonki owiec, turlikały głośno, jak puste śmiechy pasterek, gdy się zejdą razem.

»Wianeczka odemnie
Chcesz Jasiu koniecznie?
Ożeń-że sie ze mną,
Bedziesz go miał wiecznie!«...

Leciało trzepotliwie, grająco, jak ptaszę, które się skrzydłami z wiatrem bije.
— Słyszysz?
— Nie słyszę nic, wiem ino, żeś moja...
— Pamiętaj!
Całą dolinę jasność zatopiła, morze światła białego, bez dna i bez brzegu, kołyszące się cicho w uśpieniu głębokiem przez jakiś bezmiar siny, nieskończenie wielki, który dokoła opasuje wieczność. Ucichły płacze i śmiechy umilkły i ustał wszelki gwar stworzenia; dolinę całą wypełnił Bóg-twórca. Na cześć Niewidzialnego wstają pieśni mocne, zrodzone z wyobraźni zolbrzymiałej duszy, a śpiewane, jak przez las tajemny, milczeniem, którego dźwięk głośniejszym jest od surm anielskich i echo dalej niesie, niż płacz ziemi.
— Oczy twe odbijają w sobie światło gwiazd.
— A w oczach twoich płomienie się jarzą.
— Księżyc na czoło twoje świeci i ubiera cię jak świętą.
— Czoło twe czarne, jakby jo smoła opaliła. A twarz podobna teraz djablej...
— Nie lękasz sie?
— Nie, bo wiem, żeś ty jest przy mnie, bo cię czuję.
— Niech sie świat zapadnie ze mną!
— Zabij mnie!
Księżyc znowu rozgarnął po dolinie światło, rozprószył białe mgły i porozwieszał je po stromych zboczach. Roztoka się rozwidniła, bory się odkryły, kopy stoją, jako stały — nic się nie zmieniło. Odgłos tupotów głuchych odzywa się w ziemi, i słychać z oddalenia zawodzenie skrzypiec. Zmęczone głosy dolatują do ostatnich kóp.

»Czemuż ci sie, Franuś,
Piórko nie migoce?
Dałeś je Hanusi
Za złote warkoce.«...

∗             ∗

Na niebie poczęło świtać. Gwiazdy pobielały, a od wschodu wychodziły coraz śmielej zorze. Roztoką szła i błądziła siwiejąca mgła.
Ludzie z borów pomału poczęli się tracić. Zasępienie i senność zeszły się nad wodą i wiły się leniwie ponad siwe młaki. Niejeden z borujących padł na wilgne siano, aby dać wypoczynek znużonemu ciału.
Uboczą, po ugorach, we mgle, jak płanetnik, szedł grajek, który całą noc przegrał na borach. Grał ludziom, a teraz sobie. I śpiewał pod nutę. Było w niej dziwne powiązanie uczuć, można rzec: szczęśliwość smutku. Albo jeszcze insze...

»Hej, biedne moje serce
Na poły sie dzieli —
Jedna strona płacze,
Druga sie weseli...«

Głos czysty biegł, a skrzypce zabiegały wartko; mijały się i w pustej ginęły uboczy. Zwoływały się długo smutnemi echami. Wreszcie głos przepadł. Echo skrzypiec zapłakało po nim.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Orkan.