W zaklętym lesie (Korotyńska, 1928)

>>> Dane tekstu >>>
Autor Elwira Korotyńska
Tytuł W zaklętym lesie
Podtytuł Baśń fantastyczna
Pochodzenie Księgozbiorek Dziecięcy Nr 8
Wydawca Wydawnictwo Księgarni Nakładowej
Data wyd. 1928
Druk Drukarnia „Jutrzenka”
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

KSIĘGOZBIOREK DZIECIĘCY.
W zaklętym lesie
Baśń fantastyczna
napisał Promyczek.
Z ilustracjami.
WYDAWNICTWO
KSIĘGARNI NAKŁADOWEJ W WARSZAWIE
ul. Marszałkowska № 114.
DRUKARNIA „JUTRZENKA“
ul. Chłodna 27
Warszawa.






W gęstym lesie iglastym, kędy promień słońca nigdy nie dochodził, w szałasie z liści splecionym, mieszkało dwoje maleńkich dzieci: Staś i Marychna.
Przyprowadziła je tutaj zła i zawistna czarownica, mszcząc się za zniewagę jej kiedyś przez matkę dzieci wyrządzoną. Porwała je, gdy nikogo w domu nie było, uśpiła senzielem, włożyła na ich złote główki czapeczki z listków maku, które je czyniły niewidzialnemi i uniosła za pola i lasy, do wielkiego czarnego boru, a rzuciwszy dzieci na mchy wilgotne, na nietoperzowych skrzydłach odleciała do swego rodzinnego kraju.
Biedne dzieci, obudziwszy się po kilku godzinach snu w lesie i zobaczywszy, że są same i głodne — rzewnie płakać poczęły.
Ale płacz nie nasyci nigdy nikogo, — nie płakać, ale radzić sobie potrzeba... To też Staś, jako starszy, zaczął szukać czego do zjedzenia dla siebie i swej siostrzyczki.
Znalazłszy kilka jagódek i parę dzikich jabłuszek, zaniósł to siostrzyczce, która, podzieliwszy się z braciszkiem, smacznie jeść poczęła.
Na drugi dzień Stasio wyszedłszy na poszukiwanie czegoś do zjedzenia, spostrzegł mrowisko, w którem uwijały się mrówki robocze, z igieł ścieląc łożysko i kunsztowne wznosząc budynki.
Wróciwszy z leśnemi jagodami i wodą źródlaną do Marychny, zabrał się i on, jak te mrówki, do budowania z liści szałasu.
Pozwiązywał gałęzie łykiem, ponatykał z czterech stron drewienek, aby podtrzymywały szałasik i, zanim słońce schowało się za obłoki, domek z liści był gotów i maleńka Marychna, klaszcząc w rączki z radości, układała się na mchu i sianie do snu w tej liściastej lepiance.
Staś i Marychna były to dzieci złotej królowej, od włosów złotych tak zwanej, opływały więc u mateczki swej w domu w dostatki... gwiazdki z nieba, gdyby zażądały, pewnieby im mamusia nie odmówiła.
To też ciężko było dziecinom znosić los im przez niegodziwą czarownicę narzucony i gorzko nieraz płakały.
Razu pewnego, gdy Marychna głodna i spłakana, pochyliwszy główkę, zdrzemnęła, postanowił Jasio spróbować szczęścia i coś dla siostrzyczki upolować. Posiliłaby się biedaczka, gdyby tak z łuku przez siebie zrobionego, zabił parę ptasząt lub małego bodajby zajączka...
Puścił się Jaś pędem w tę stronę, gdzie od kilku dni śpiew jakiegoś ptaka słyszeć się dawał. Podszedłszy do dużego modrzewia, ujrzał, o ogromnych skrzydłach i wielkim dziobie, prześlicznie upierzonego ptaka, który, nie uciekając przed napiętym łukiem chłopczyny, patrzał nań z wielką ufnością i śpiewał.
Śpiew ten był tak czarowny, że Staś stał i słuchał, nie widząc, że i słońce zaszło i księżyc rozjaśnił niebo. Nie słyszał, jak gwiazdy srebrzyste jedna po drugiej ukazując się na niebie, drżąc szeptały do siebie: Patrzcie, oczarowały go melodje leśnego ptaka... Uciekaj, Stasiu, uciekaj!..

Nie słyszał chłopiec niczego, tylko coraz bardziej oczarowany biegł za cudnie śpiewającym ptakiem, który z drzewa na drzewo przelatując, odprowadził go o mil kilka od szałasu.

Staś, słuchając przecudnych melodji, zapomniał o wszystkiem... o niedoli swojej, o siostrzyczce na mchach śpiącej, o złotej swojej mateczce.
Przed oczami swemi miał cudnie upierzonego ptaka, a w uszach dźwięczały tony jego artystycznego śpiewu.
Biegł i biegł za śpiewakiem, aż bór czarny się skończył i przed oczarowanym chłopcem ukazały się wieżyce jakiegoś pałacu.
Czarownym swym śpiewem ptak zaprowadził Stasia po za wrota pałacu i gdy te z okropnym hukiem zamknęły się za chłopczyną — odleciał do czarnego boru...
Staś, znalazłszy się w komnatach od złota kapiących — stanął osłupiały i zdumiony. Kędy szedł, wszędzie złoto, srebro i drogie kamienie, wszędzie przepych i bogactwo bez miary.
Czego zechciał, o czem pomyślał, wnet znajdował na stole, a nawet czuł w swoich rękach. Tylko ludzi nie widział, głosu niczyjego nie słyszał i chociaż stały łoża do snu usłane i stoły pełne potraw zbytkownych, nikogo nie było widać i niczyje głosy nie rozlegały się w tej złotej pustce.
Gdy znużony, ułożywszy się na kobiercu, usnął, — czyjaś niewidzialna ręka przeniosła go na bogate łoże i przykryła kosztownemi makatami. Obudziwszy się rano, ujrzał koło łoża najwykwintniejsze napoje i ciasta i już nie zdziwiony niczem zajadać smacznie począł.
Ani razu, odkąd śpiew ptaka posłyszał, nie pomyślał o biednej zostawionej bez opieki siostrzyczce, ani razu nie zatęsknił za swoją złotowłosą mateczką.
Jadł, pił, słuchał rozlegającego się z komnat śpiewu; gdy wieczór przyszedł układał się na kosztownem łożu i zasypiał, nie myśląc ani przez chwilę, że siostrzyczka Marychna leży może nieżywa z głodu i tęsknoty.
Drogie kamienie i rozrzucone po komnatach kawały złota i srebra — wpiły się w pierś dziecka i dotarłszy do serca, uczyniły je kamiennem... Ani jedna łza nie zabłysła nigdy w osłupiałem zawsze wejrzeniu Stasia, ani jedna myśl tęskna nie zakrólowała w jego głowie.
Zimny, obojętny, po kilkakroć razy przechodził setki pałacowych komnat, rozkoszując się przepychem i coraz probując zastawionych potraw. Nie pomyślał o nikim nigdy — skamieniał...
A tymczasem Marychna obudziła się ze snu długiego i nie mogąc doczekać się Jasia, wołać nań i płakać poczęła...
Gdy dzień drugi nastał, biedne dziecko, rozszalałe rozpaczą, do strumienia rwącego rzucić się chciało — ale powstrzymała je jakaś dłoń i na mchy miękkie rzuciła.
— Co robisz? — wołał głos jakiś — czyś dała sobie życie, że je śmiesz teraz odbierać?..
Porzucone na murawę leżało dziecko, niby kwiat cudny tak śliczne i jak on rosą, tak Marychna łzami swemi skropiona.
Nad omdlałą ze smutku dzieweczką raz i drugi ptak jakiś przeleciał i musnąwszy ją skrzydłem cudnym głosem zaśpiewał...
Wzniosła główkę Marychna i przepięknym tonom przysłuchiwać się naraz poczęła... A ptak śpiewał i śpiewał i jak Stasia prowadzić za sobą począł.. Biegło cudne dziewczątko, przebiegało i lasy i pola, niezmęczone i nieczujące głodu... Aż dobiegło do wrót pałacowych, kędy Staś przebywał i byłaby jak on wśród kamieni i złota zamknięta, gdyby nie złapała rączętami za krzak róży, rosnący przed wrotami, i krwią własną nie obryzgała krzaka.
— O jakżeż mi ciepło od krwi twojej, dziecino, jak dobrze! Tutaj zimno wokoło i wszyscy lodowate mają serca i dłonie... jeśli chcesz wiedzieć, gdzie twój braciszek i chcesz go zobaczyć, ach, daj mi purpury krwi twojej, ogrzej mnie i zrób mnie ciemniejszą. W tym zimnym kraju bladzi ludzie, blade róże i wszystko chłodne... ogrzej mnie, dziecko...
Przytuliła się Marychna do różanego krzewu i poraniwszy się ciernistemi kolcami, czerwienią krwi swojej ubarwiła kwiecie... Buzię swoją bladziutką do woniejącej przywarła róży i błagać ją o zobaczenie braciszka zaczęła.
— Stań się różą, jak ja, a widzieć go codzień będziesz...
— Ach, chcę, chcę zostać różą! zamień mnie w kwiecie, a krwi swej purpurowej dam ile ci potrzeba... Pozwól mi zobaczyć braciszka!..
— Bądź więc dla mnie siostrą — szepnął kwiat woniejący — i mnie zamieniono w różę, bom tęskniła za krajem swoim, z którego mnie wydarto. Pozwolono mi być różą dopóty, dopóki z kraju mego nie przyjedzie ktoś i nie zechce mnie zerwać... Ale któż wie o tem! Przejeżdżają tędy z ukochanej mojej ojczyzny, ale nikt zerwać mnie nie usiłował...
Gdy to mówiła — złotowłosa główka dziewczęcia zamieniała się powoli w kwiat róży, a białe nożyny i rączęta wrastały w cierniem osłoniony krzew wonny.
— W tym pałacu — odezwała się róża — jest braciszek twój Staś, zobaczysz go, ale pamiętaj, nie płacz rosą, gdy będzie przechodził, bo zamieni się jak i my w różę, a wtedy któż nas z czarów oswobodzi i do ukochanej zawiedzie ojczyzny?..
— Stasia, Stasia zobaczę — szeptało w upojeniu kwiecie — rozpłaczę się, doprawdy się rozpłaczę... I co będzie?.. Chyba schowam się pod liście krzewu i senne oczy zamknę...
Lecz gdy Staś na drożynę wstępował nie wytrwała... Swą królewską woniejącą główkę uniosła ku ukochanemu braciszkowi i perłą łez zrosiła kwiecie...
Staś rzucił się ku cudnemu krzewowi i zanim wzniósł rękę, aby urwać purpurową różę, ciernie wplotły się w jego dłonie, głowa zamieniła się w płatki i cudny kwiat wonny zawisł na różanym krzewie...

Przytuliła się Marychna do ukochanego braciszka i szeptać doń i tulić go płatkami poczęła... A tymczasem drogą ku pałacowi biegła złotowłosa królowa, poszukując swych dzieci.

Płaszcz złocistych włosów pokrywał jej cudną postać, a w załamanych rączętach widniały purpurowe róże...
— Wróżka mówi, że nie żyją już moje dzieci, że ich mogiłę pokrywają czerwone róże... Pójdę, rzucę pęk róż krwawych na ich martwe ciałka i umrę...
— Cóż za cudny krzak róży! tylko w naszym kraju widzieć takie można! pójdę i urwę je na pożegnanie...
I złotowłosa królowa podbiegła do różanego krzewu i wyrwać usiłowała kwiecie... Lecz, o cudo! kwiaty ruszyć się nie dały — tylko wonią swą szeptały prosząco:
— Łzą matczyną nas skropić potrzeba, abyśmy były twoje — zapłacz a oddamy się w twoje ręce...
Zapłakała królowa, aż zadrżało sklepienie pałacu, rączętami białemi tulić kwiecie mówiące poczęła, a co spadła łza, to zamieniała się w perły przedziwne i błyszczała na kolczatych cierniach krzewu.
— Ach, płacz, płacz, złotowłosa królowo, bo inaczej nie zobaczysz swych dzieci — szemrał głos jakiś ku nieszczęśliwej matce... płacz, aż usychające róże wilgocią łez twoich ożyją, aż uwiędłe liście zielenią zabarwiać się poczną...
I płakała złota królowa dni i noce całe, łzami swemi oblewała purpurowe kwiaty, jęciem matczynego żalu ożywiała liście różanego krzewu... Aż przyszedł dzień, gdy rozpłakana matka, wyciągnąwszy dłoń ku różom — znalazła je w swoich rękach. Przytuliła je do piersi, pocałunkiem ocierała rosę łez swoich z woniejących płatków — aż tak przyciskając do ust, poczuła usteczka dziecięce na twarzy i ręczyny czyjeś okalały jej szyję... Zdumiona — zamiast róż purpurowych ujrzała swych dwoje dzieci i stojącą opodal dobrze znaną jej postać... To siostra złotowłosej królowej, z tęsknoty za ojczyzną zamieniająca się w różę...
Cóż to była za radość, gdy dzieci powróciły do kraju, gdy królewna Różyczka zamieszkała przy siostrze w pałacu, a złotowłosa królowa płakać i szukać dzieci przestała...
Przez cały miesiąc bawiono się i tańczono z radością; cały lud zaproszono na te gody, aby pamiętano o wielkiem szczęściu królowej.
Wyjeżdżali potem rycerze, aby pałac ów cudowny odnaleźć i czarownego ptaka zobaczyć, ale na tem miejscu, gdzie niegdyś wznosiły się wieżyce zamkowe — stały tylko czarne, ponure kamienie, postacie ludzkie przypominające.., Dziwne to były figury: niby barczyści, średniowieczni rycerze, zdawali się mieć pałasze przy boku; u niektórych kawałek skały przypominał miecz obosieczny, inni niby z toporem w ręku skamienieli i stali martwi...
A ponad najwyższą skałą, uczepione na krawędzi, sterczało widmo jakieś, jakby ptak olbrzymiej wielkości, z rozpostartemi skrzydłami...
Dziwnie natura ułożyła w postacie te zimne, martwe kamienie i kazała przyglądać się z podziwem tym, co odwiedzali te czarodziejskie strony.
Szukano jeszcze bardzo długo i wysyłano na zwiady całe zastępy odważnych rycerzy, aby wyszukali ów zamek czarowny. Dużo śmiałków, nie dbających o życie, lub też zrozpaczonych jakiemiś zawodami wyruszało w tę uciążliwą drogę. Dziwnem to było bowiem dla wszystkich, że pałac taki, z tylu wspaniałemi komnatami, z wielką liczbą sług i kosztowności nieprzeliczonych, mógł naraz zniknąć z powierzchni ziemi i nieruchome tylko po sobie zostawić kamienie...
Nie pomogły jednak poszukiwania i wywiady... Nikt o niczem nie wiedział i nie pamiętał...
Po drodze tylko napotykali śmiałkowie trudności w dojściu do celu. Coraz to ktoś jakby przeszkadzał ich zamierzeniom i chęciom.
Razu pewnego, przed zdumionym wzrokiem całego zastępu rycerzy, dążących do zaczarowanej krainy, ukazało się ogromne morze, z tak czarownemi falami, że zdawało się, jakoby nie woda, ale smoła płynęła. Stali czas jakiś nad tem straszliwem a niespodziewanem zjawiskiem, rozmyślając zkąd się to wzięło i jakby to ominąć, ale żadna myśl zbawcza nie przychodziła im do głowy. Morze rozciągało się tak daleko i szeroko, że i końca tego bezmiaru nie było widać. Wisiały nad niem obłoki również straszliwie czarne i zdawały się dotykać fal wzburzonych.
Jak długo stali, nie wiedzieli... Dopiero w godzinę, czy dni kilka, spostrzegli, że stoją na ścieżce, prowadzącej do lasu i że morza żadnego niema.
Czy to było złudzenie, czy czary, nie mogli pojąć — to tylko wiedzieli, że jakaś nieczysta siła stara się im przeszkodzić w dojściu do czarodziejskiego pałacu.
To znów wicher miotał nimi tak straszliwie, że, tchu nie mogąc złapać, zmuszeni byli schować się przed zadymką do jaskini i przenocować.
Rozpytując się po drodze o zamek zaczarowany, napotkali tylko jednego człowieka, który coś o nim pamiętał.
Siwy, jak gołąb, staruszek opowiadał, że kiedyś, kiedyś przed laty, tenże sam się zdarzył wypadek z pałacem, w którym przemieszkiwały złe i okrutne czarownice, sprowadzające na podróżnych nieszczęście.
Opowiadał, że jeden z przejeżdżających tamtędy wysadził w powietrze to gniazdo złych kobiet, zanim one zdołały wyrzec słowa zaklęcia, a na miejscu, gdzie stał pałac, ukazały się jakby postacie kamienne, które do przejeżdżających głosem ludzkim wołały, błagając, a by je od zaklęcia uwolnić, bo ruszyć się z miejsca nie mogą, a chciałyby jakoby biedz i pomagać podróżnym do wydobycia z błot tamtejszych.
Były to podobno głosy czarownic, które chciały siebie tylko wyratować podstępem, nie myśląc bynajmniej o ratowaniu podróżnych. Przeciwnie, chciały ich podawnemu gubić i zatapiać.
Głosy te, raczej do wycia dzikiego, niż do ludzkich dźwięków podobne, przerażały tylko ludzi i nie wzbudzały bynajmniej zaufania. Lękano się tych jęków i uciekano stąd jaknajdalej. Mówiono, jak ów staruszek twierdził, że gdyby rycerz który przywrócił chociaż jednemu z kamieni postać czarownicy i natychmiast uciął jej głowę, — pałac znowuby stanął i ani jednej czarownicy nie byłoby już na świecie.
Ale do tego trzeba być nietylko wielce odważnym ale i zupełnie wolnym od wszelakiej winy.
Ale o to trudno bardzo, boć i dzieci nawet występne są często i chociażby w małem, ale nieraz zawinili.
Opowiadał to ów staruszek o jakimś innym, gdzieś bardzo daleko znajdującym się pałacu, w kraju takim, gdzie nigdy słońce nie zachodzi i gdzie ludzie w trzy dni po urodzeniu są już dorośli, ale dodawał przytem, że i z tym pałacem, o który pytają podróżujący rycerze, może się coś podobnego przytrafiło.
O ptaku czarodziejskim również nikt nigdy nie słyszał — wzruszano ramionami, nazywając bajką to wszystko, co o nim opowiadano, bo i skądby się wziął ptak takiej bezmiernej wielkości i z takiem opierzeniem, jakie miał ów ptak cudowny.
Staś jednak twierdził niezłomnie, że ptak taki doprowadził go do pałacu i przyczynił się do powrotu do domu.
Na zakończenie dodamy, że złą czarownicę, która tyle nieszczęść sprowadziła, spotkała zasłużona kara. Lecąc na nietoperzowych skrzydłach zastrzeloną została przez łowczego i wyzionęła grzeszną swą duszę.

KONIEC.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Elwira Korotyńska.