>>> Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Śnieg w żniwa
Podtytuł Kartka z kalendarza
Pochodzenie „Gazeta Kielecka“, 1886, nr 66
Redaktor Stanisław Sienicki
Wydawca Stanisław Sienicki
Data wyd. 1886
Druk Drukarnia St. Święckiego
Miejsce wyd. Kielce
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


ŚNIEG W ŻNIWA.
(KARTKA z KALENDARZA)
przez
Klemensa Junoszę.





Było to za dobrych dawnych czasów, chleb wówczas kosztował nie drogo, a wino przychodziło wprost z Węgier, via Kozienice.
Nieboszczyk pan Mateusz siwy już wówczas jak gołąbek staruszek, miał pewną swoją słabostkę, a mianowicie kochał się w ptakach. Słabostka, jak widzicie, niewinna.
Było tam tych upierzonych i uskrzydlonych istot, jak w arce Noego. Mnóstwo gołębi chodziło po dziedzińcu, bocian stojąc na jednej nodze drzemał przy drzwiach kuchennych, a stary żuraw, awanturnik wielki, gonił kobiety po dziedzińcu, te zwłaszcza, co miały chustki czerwone na sobie.
Nie znosił tego koloru...
W wykwintnych klatkach siedziały kanarki i czyżyki oswojone — były też czerwonogłowe szczygły — a nawet i czubaty dudek miał też swoje miejsce...
Na zimę pan Mateusz skupował wszystkie ptaszyny złowione w sidła przez chłopców, którzy wyzyskiwali nawet staruszka znając tę jego słabość. Kupione ptaszęta bywały zamykane w oddzielnym, dużym, widnym pokoju, gdzie miały grządki do siadania, piasek na podłodze, pożywienie wszelkie i wodę zawsze świeżą. W tej izbie ptaszki przepędzały cały sezon zimowy — dopiero kiedy wiosna nadeszła i pierwsze ciepłe promienie słońca błysnęły, staruszek wchodził do ptaszarni i otwierał na oścież duże okno...
Z jakim okrzykiem radości witały wolność ptaszęta, z jakim pośpiechem biegły na zieleniejące pola! któż opisze? Ale niewdzięczne były przytem; z całej tej gromady jedna tylko maleńka sikorka powracała na zimę i stukała dziobkiem w okno, które jej wzruszony starowina otwierał..
Największym faworytem pana Mateusza był kruk wielki, złośliwy. Nie wiem za co cieszył się łaskami dziadka — bo miał czarny charakter i szkaradne skłonności — a przedewszystkiem był złodziej i szkódnik skończony.
Kradł wszystko co było błyszczące, kradł bez wyboru; czy guzik miedziany, czy złota broszka, to mu było wszystko jedno, zabierał i chował do kryjówki, którą miał pod dachem stajennym.
Raz nawet obito go za to i wypędzono sromotnie — ale raniutko już siedział na płocie i tak rzewnie krakał, iż sam pan Mateusz wyniósł mu kawał mięsa i pomimo popełnionych łotrostw zupełną udzielił amnestyję.

........

W gorącej porze żniwa, jakoś na początkach Sierpnia, przyjechał z interesem sąsiad, również stary i siwy szlachcic, ogorzały, z dużemi białemi wąsami, a że się śpieszył, więc nie kazał wyprzęgać, tylko za węgłem domu w chłodzie stanąć.
Konie gryzły koniczynę, człowiek poszedł do kuchni, a staruszkowie zasiedli w tak zwanej „kancelaryi“ i gawędzić zaczęli.
Było też i o czem. Stara przyjaźń, stara znajomość, wiele przecierpieli razem, mieli też i wspólne chwile radości. To też gdy się zeszli czasem a puścili wodze wspomnieniom, to gawędzie nie było końca — i ten, co się tak bardzo śpieszył, ani spostrzegł kiedy słońce obniżać się poczęło.
Dnia tego była wprawdzie pogoda ale chmurki lekkie przeciągały po niebie, wiązały, łączyły się z sobą i coraz na dłużej lub krócej zasłaniały słońce.
Gospodarze oglądali się z trwogą na tych nieproszonych gości, na polu sierpy dzwoniły pośpiesznie, a fury obładowane snopkami, o ile ciężar pozwalał, jak najprędzej uciekały do stodół.
Już się staruszkowie nagadali dosyć o znajomych swoich i koligatach bliższych i dalszych, już druga butelka próżna pod stół poszła, gdy rozpoczęły się różne debaty i kwestyje polityczne.
Pan Mateusz, wielki zwolennik Anglii, oddawał jej Chiny i całą Azję prawie, pan Wojciech zaś nie pozwalał na to i protestował w imieniu Francyi przeciw tak niesłusznym zaborom.
Nie wiem na jakich warunkach byliby pokój zawarli i w jaki sposób urządzili nowy podział świata, lecz pertraktacyje przerwać się musiały, gdyż po za oknem mignął jakiś biały płateczek...
— Panie Mateuszu! — krzyknął porywczy pan Wojciech — patrz no jegomość, toć to śnieg!!!
— Cóż znowu! przywidziało ci się, któż widział śnieg w Sierpniu? Wprawdzie pamiętam ja w Maju coś podobnego; nawet czterdzieści lat temu w Czerwcu, ale żeby w Sierpniu, jak żyję nie pamiętam! Nie to być nie może...
— Ale przypatrz-że się, pada, jak mi Bóg miły, coraz lepszy!
Istotnie białe płatki już nie pojedyńczo, ale dziesiątkami przelatywały po za oknem...
— Zabawne! — rzekł pan Mateusz — musiało się tam w górze oziębić... no, ale zawsze wolę to niż grad, przynajmniej zboża nie wytłucze.
To mówiąc nalał kieliszki.
— Muszę zapisać to w kalendarzu. Kiedyś może wnuki przeczytają, że taka osobliwa rzecz się stała... Zdrowie twoje, panie Wojciechu! Otóż uważasz gdyby Anglija, tak jak powiadam objęła całkowite i wyłączne panowanie w Azyi, to wtedy...
— Pal ją licho i Angliję i Azyję — tu będzie dopiero polityka! Ten śnieg nie pada, lecz sypie jak w Grudniu, muszę jechać zaraz na pole!
Z temi słowy porywczy pan Wojciech z krzesła się zerwał.
— Czekajże Wojtusiu — rzekł gospodarz za poły gościa przytrzymując — czekaj, a toś w gorącej wodzie kąpany. No śnieg! widzę jest śnieg, ale cóż mu zrobisz? przeczekaj trochę... Przecież parasola nad polem nie rozpostrzesz...
— Ale co będzie? co będzie? panie Mateuszu, sypie i sypie — w co się obróci nasza praca! nasze zbiory i wszystko...
Gospodarz kieliszki na nowo nalał...
— W Bogu nadzieja — rzekł — a jeśli porządek się zmieni na świecie, jeśli przewrot taki nastąpi, wola jego...
— Prawda... prawda — a jednak boli to... i ciężko jest, bo któżby się spodziewał... Ach jak sypie! jak ten śnieg sypie strasznie i taki jakiś miękki, takie płatki duże... Na ładne rzeczy się zanosi.
— Zginiemy, Wojtuniu, jak rude myszy zginiemy... Nędza będzie — głód będzie... Ot... kończno bracie kieliszek, kto wie, może to już ostatnia butelczyna na tym świecie, może już więcej nie będzie.
— I nas już może nie będzie... bo to taka niespodziewana odmiana aury, to chyba koniec świata?!
— Hę! koniec powiadasz? Ba, któż to wie... A jednak choć bieda na świecie jakoś tu nieźle było... A więc kochajmy się.
— Kochajmy się!
— Do dna! do samego denka, braciszku...
— Ostatnie kochajmy się!..
Wino rozmarzało staruszków — wytwarzali więc rozmaite przypuszczenia — jakie skutki taki śnieg sprowadzić może — jakich przewrotów dokona...
Rzeczywiście nasze obszerne łany pokryte niesprzątniętem jeszcze zbożem zupełnie zasypuje śnieg — z tego powodu następuje głód i ludność nasza w znacznej części wymiera. Wymierają także w pewnym stopniu niemcy, którzy kupują od nas zboże. Anglija z głodu przenosi się do Indyi i zostawia Londyn pustkami. Z tego znów korzystają francuzi i zajmują stolicę Albionu, a ponieważ w grę wchodzą jeszcze inne kombinacyje... przeto całkowicie mapa świata się zmienia. Syberyja przenosi się nad Wisłę i zima trwać będzie od połowy Sierpnia aż do Maja — a my zebrawszy resztki sił, emigrujemy do Portugalii, którą zdobywamy już raz na zawsze... Rozumie się, iż w tym wypadku wino węgierskie nie będzie już iść do nas na Kozienice i skutkiem tego to piękne miasto, wsławione kilkoma pokoleniami znakomitych rabinów, będzie musiało emigrować wraz z nami — albo też ostatecznie upaść...
Biedne Kozienice — a śnieg wciąż pada...
Dla upamiętnienia faktu wzięli przyjaciele kalendarz i na karcie czystej, wklejonej pomiędzy drukowane, zapisali te słowa.
„Roku pańskiego 18... dnia 14-go Sierpnia w wigiliję uroczystego święta Matki Bożej o godzinie szóstej przed wieczorem zachmurzyło się niebo i śnieg gęsty i gruby padać zaczął, który o ile, że wiatr był cichy, spokojnie się na ziemi układał. Co gdy się stało gospodarzom na klęskę, grzechom na karę, zamiarom ludzkim na urągowisko (jako ich próżność dowodnie wykazana tu w tym fakcie) — a wszelakiemu stworzeniu na głód, urodzeni Michał ***, tudzież Mateusz ***, jako to świadectwem zmysłów, a najbardziej oczami swemi sprawdziwszy, na wieczną rzeczy pamiątkę zapisują.

Dat. ut supra.

I podpisali staruszkowie z płaczem prawie, rękami drżącemi — i pieczęcie herbowe przykładać już mieli, gdy w sionce łoskot jakiś dał się słyszeć i pani Mateuszowa nagle do pokoju wpadła...
— A mężu!... — rzekła gniewnie — już raz każ tego kruka zastrzelić, albo daruj go komu, bo dłużej wytrzymać nie sposób! Wszędzie jest, gdzie go nie posiać tam wschodzi — na każdym kroku szkodę robi tylko!!
— Jejmościulko kochana! co tam kruk, tu są większe rzeczy...
— On też już do większych rzeczy się bierze i żeby to nam chociaż szkodę zrobił!
— Droga żono, co znaczy ta głupia szkoda wobec nieszczęścia!
— Wobec klęski — dodał pan Wojciech — wobec klęski, która... która... no, która, że tak powiem...
— Co panowie mówicie? mężu co to jest?
— Nieszczęście, żono.
— Klęska, pani dobrodziejko...
— Ale przez Bóg żywy — co się stało, czy kto umarł z familii?
— Co tam umarł... nikt nie umarł... zresztą toby jeszcze pół biedy.
— Więc cóż, gadajcie, głód? wojna? morowe powietrze?
— Gorzej, gorzej, ach gorzej... pani droga.
— Więc koniec świata chyba!
— Prawda, pani dobrodziejko koniec — ten śnieg... okropny — ale to dopiero początek...
— Co panom w głowie? jaki śnieg.
Pan Mateusz ośmielony, pewnym głosem sąsiada, odezwał się buńczucznie.
— Jakto, więc jejmość nie wiesz o tej klęsce, więc nie spojrzałaś nawet w okno podczas tego nieszczęścia? nie widziałaś, jak śnieg, uważasz pani, jak śnieg...[1]
Pani Mateuszowa już nie mogła wytrzymać — jakkolwiek osoba bardzo poważna padła jednak na kanapę i wybuchnęła spazmatycznym śmiechem.
— Śnieg! śnieg! to u waszmościów zima teraz?
Panowie zdumieli.
— Uważasz no panie Wojciechu — szepnął gospodarz — ona się śmieje!
— Śmieje się, jak Boga kocham.
— Ale czego? z czego się śmieje? Co jejmość tak śmiesznego widzi w ludzkiej klęsce?
— Ależ bo to panowie — nie śnieg.
— Więc cóż u Boga?
— To ten kruk! ten twój kochany kruczek! ten piękny czarny kanarek! Dawno już jegomości mówiłam; żebyś go komu darował, bo to nigdy temu końca nie będzie.
— Nic a nic nie rozumiem.
— No to czekaj, powoli, ja ci zaraz wytłomaczę. Właśnie byłam z Józefową w kuchni i smarzyłam konfitury... W tem zdaje mi się, że śnieg pada...
— A co! widzisz, że śnieg pada!
— Zaraz, zaraz, powoli — wychodziemy na dwór, śniegu nie ma, — ale z poza domu wyraźnie wiatr niesie jakieś białe płatki...
— Aha nie mówiłem? widzieliśmy płatki, białe jak śnieg...
— Idziemy tam — po za domem stoi bryczka pana Wojciecha.
— No tak — kazałem Kacprowi w chłód zajechać...
— Otóż na bryczce pana Wojciecha leży duża safianowa poduszka...
— Istotnie pani dobrodziejko, w moim wieku trudno sobie odmówić tej niewinnej wygody.
— A na poduszce faworyt mego małżonka...
— Jaki faworyt?!
— A któżby jak nie kochany twój kruk? ten taki poczciwy kochany kruk! którego dawno na suchej gałęzi trzeba było powiesić!
— Ho! ho! u jejmości to zaraz powiesić! — ale cóż on tam robił?
— Bawił się kochany ptaszeczek! rozdarł dziobem poszewkę i dalejże pierze na wszystkie strony rozrzucać... Kiedym z Józefową przybiegła już całą poduszkę wytrząsł...
Panowie spojrzeli po sobie...
— A jabym był przysiągł że to śnieg...
— No, no, nie dziwię się mój kochany, widzę żeście tu nie próżnowali... Po trzech buteleczkach mogła się zima przyśnić, tak... mogła i bardzo nawet — dlatego każę wam co kwaśnego na kolacyję zrobić... to znowuż lato będzie!
Ichmościowie skonfundowali się bardzo — pan Wojciech mniej mówił — i zaraz po kolacyi odjechał — a potem podobno babka strasznie dziadkowi zmyła głowę za to, iż głupi ptak tak go fatalnie wyprowadził w pole.
Kruk na długo łaski stracił, ale wypędzić się nie dał, póty krakał i skrzeczał, aż go napowrót do dawnych praw przywrócono...

........

Przed kilkoma laty wpadł mi w ręce stary kalendarz. Na owej kartce, której treść przytoczyłem powyżej, był ręką niewieścią dużemi literami zrobiony dopisek:

„Ichmościowie napisali nieprawdę. Śniegu nie było, tylko kruk chowany poduszkę pana Wojciecha rozdziobał i pierze rozsypywał, ichmościowie byli dopiero po trzeciej, choć już dużo późniejsza wybiła godzina. Jegomość poszedł spać z głową zmytą manu propria X ***.“

Takie ma dzieje „śnieg w żniwa“ i dobrze, że takie tylko, bo inaczej kto wie, czy Kozienice, a raczej ich mieszkańcy nie wyemigrowaliby naprawdę do Portugalii?...

Koniec.






  1. Przypis własny Wikiźródeł Poniższe brakujące siedem akapitów uzupełniono na podstawie wydania w Kurjerze Warszawskim z r. 1883, nr 223a.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.