<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Żacy krakowscy w roku 1549
Podtytuł Prosta kronika
Wydawca Gubrynowicz i Schmidt; Michał Glücksberg
Data wyd. 1873
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


II.
Pobojowisko.

Stróż nocny szedł, obwołując północ.
Ulice stały ciche, księżyc świecił, a wiatr jesienny coraz to na niego chmurkę napędzał, to odganiał chmury, jakby żartował. Prócz jednostajnej ochrypłego stróża piosenki, prócz kogucich głosów, które jak odzywy strażników odpowiadały sobie z różnych stron miasta, wszystko milczało. — Bo dawniej każdy kładł się spać ze zmrokiem prawie, a w najszumniejszych nawet zabawach rzadko odważano się cały wieczór przepędzać — dzień był na to.[1] A jeśli zdarzyła się gdzie przedłużona biesiada, brali ją zaraz księża za tekst do kazań, narzekając na zepsucie obyczajów, utratę czasu i zdrowia. Milczało więc miasto całe, a w obrębie Krakowa stróże tylko i nieliczni może znagleni pilną potrzebą wlekli się przechodnie, złodzieje i rozbójnicy, patrząc kędy na mniej ludne domy napaść było można bezpiecznie. Stróż prześpiewał swoją jednostajną piosnkę i znów wszystko ucichło w mieście jakby w niem żywej duszy nie było. Na murach pokazały się cienie osób przemykających się ostrożnie. Sykania i ciche kroki słyszeć się dały, z rozmaitych stron schodzić się zaczęły postacie, których długie cienie migały na murach i nikły. W parę chwil zgromadziło się kilkanaście osób w cichości na ulicy i zbliżyło ku murowi gdzie jakaś kupa czerniała.
— Staś z Maćkiem niech wezmą tego pierwszego na ramiona, odezwał się jeden — przyłóżcie mu rękę do serca czy nie bije.
— Trup zimny jak lód, odpowiedział drugi kładnąc na nim rękę. Ci co byli ranieni pouciekali, a ci co tu zostali już nie wstaną. W milczeniu odłożono na bok trupa. Kolejno obejrzeli wszystkich, żaden nie dawał znaku życia. Ci którzy na to patrzali, choć starsi, nie przywykli jednak do podobnych widoków, z ciekawością i przestrachem dziecinnym, w milczeniu oglądając się w około, dotykali trupów usuwając się przerażeni sama myślą, żeby w nocy nagle odżyć mieli, szeptali pacierze i żegnali się często. — Czasem odzywało się słów kilka, potem następowało milczenie przerywane tylko szelestem sukni i stąpaniem cichem studentów.
— A gdzieście rannych zanieśli? odezwał się jeden.
— Dwóch leży u Bartłomieja Soroki, odpowiedział drugi, oba mocno uderzeni. — Starszy dostał raz okropny od prawego ucha przez oko i czoło, drugi padając gdzieś nogę wywichnął. Nie ujdzie to pobicie łotrom bezkarnie.
— Bezkarnie? przerwał jeden — a cóż im poradzisz? Co poradzą ubodzy żebracy jak my przeciw bogatemu księdzu?
— A król od czego? na toż on to siedzi na wysokim starym zamku aby sprawiedliwość wymierzył.
— Nie nam do niego przystęp, nie nam! nie nam do jego ucha skargi posyłać! pójdą bogatsi i znaczniejsi, pójdą i przełożą mu wszystko na naszą krzywdę i będziem z białych i niewinnych, czarni jako kruki.
— Nie! nie! — wiemy że król sprawiedliwy, pójdziem do niego hurmem wszyscy, zaniesiemy mu łzy i ucisk nasz, trupy naszych braci pobitych dla jednej nierządnicy i skargi na księdza.
— Widzieliśmy wszyscy jak wyszedłszy z domu i stojąc na progu, machał pleban kijem i wołał na sług aby nas bili.
........... król da nam sprawiedliwość, pójdziem do niego jak świt.
Pójdziem, pójdziem do króla!
— I cóż król księdzu zrobi? odezwał się jeden, a zaliż niewiecie, że nasz król siedzi tylko jak malowane cacko i żadnej nie ma mocy, a co mu każą i doradzą to robi? Zejdą się bracia księża na sąd, kaptury i infuły, a my pójdziem bez sprawiedliwości z naszemi trupami.
— Nie — nie — przerwało kilku, zato żeśmy ubodzy, czyż niesprawiedliwość cierpieć mamy? Czy nasza nędza większą srogość, nie politowanie dla nas zyszcze? Na toż mają złoto i skarby bogaci aby niemi biednych i ubogich uciskali?!
— Nie wszędzie tak jak u nas, ozwał się inny, są ziemie gdzie insze niebo i sprawiedliwość; jeśli tu tylko łzy sierot wyciskać będą i serce nam wyjadać, pójdziem ztąd daleko.
— Co nas tu trzyma? czy bracia, krewni, czy rodzice, czy majątki, czy szczęście? Sieroty, nie znamy domu i kąta, potraciliśmy swoich i nie pamiętamy ich nawet, żaden matki nie widział od czasu jak go nieszczęśliwego porodziła.
— Pójdziem naprzód do króla, do królowej, padniem do nóg jej i jemu, a jeśli łzy nie pomogą, krzyczeć będziem pod ich drzwiami jak psy obite; a jeśli ich uszy i serca otwarte tylko dla szkarłatów i złota, pójdziem z polskiej ziemi, pójdziem do Moskwy, na Ruś, gdzie lud prosty, litościwy i dobry, pójdziem do Niemiec, do Włoch, gdzie nas oczy poniosą, szukać lepszego kąta i sprawiedliwości.
— Bóg nad nami — może też nas bieda z rodzinnego nie wygoni kąta, może srom będzie sędziom w oczach całego świata potępić niewinnych, a winnego, że możny, oswobodzić. Będzie całe miasto widzieć sprawiedliwość, jak zabójstwo i mordy widziało.
Jeden tymczasem szukając po kieszeniach trupa, wyjął jakiś papier i odezwał się płaczliwym głosem:
— Ot jeszcze papier, na którym myśmy wczoraj razem pisali pensum!
Stanął i zamyślił się głęboko.
— Nie śmieli psy trupów obdzierać, rzekł drugi.
— Cóżby znaleźli przy ubogim sierocie? dodał trzeci.
— Torbę chyba, z którą chodził żebrać pożywienia, garnek, kałamarz i szmat podartej książki darowanej gdzie od dobrej jakiej duszy. Któż z nas ma co więcej? kto z nas widział kiedy jaki pieniądz prócz szelągów jałmużny?
Wszyscy westchnęli smutnie i poszli para za parą niosąc trupy na ramionach przez ulice. A w mieście panowało milczenie i stróż nocny ochrypłym głosem obwoływał godzinę po północy, koguty piały, księżyc chował się, wiatr wiał zimny.
Poszli i położyli trupy pod kruchtą kościelną i obwinąwszy się w co kto miał, nakłonili głowy do chwilowego spoczynku przy pobitych i spoczywających na wieki braciach swoich. A nie jeden z przestrachu zasnąć nie mogąc spoglądał na trupy, których białe twarze świeciły wśród ciemności, i przelatywał myślą przeszłe życie swoje i przyszłość niepewną.







  1. Nawet uchwały miejskie (Wielkierze) broniły długich nocnych zabaw mieszczanom.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.