Anioł Pitoux/Tom II/Rozdział V

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Anioł Pitoux
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wyd. 1928
Druk Drukarnia Literacka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Ange Pitou
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ V
PANCERZ

Następny ranek zaświtał jasny, pogodny, jak w przeddzień; słońce olśniewające złociło marmury i piaski Wersalu.
Ptaki, siedzące tysiącami gromad na najwyższych drzewach parku, witały ogłuszającym krzykiem nowy dzień gorąca i wesela budzący ich radość.
Królowa wstała o godzinie piątej. Kazała prosić do siebie króla, skoro się tylko obudzi.
Ludwik XVI — trochę zmęczony przyjęciem Zgromadzenia i przybyłej deputacji, której musiał odpowiadać, bo był to początek rozpraw, — spał cokolwiek dłużej, wynagradzając zmęczenie, aby nikt nie powiedział, że stracił na świeżości.
Zaledwie go ubrano, zaledwie przypasał szpadę, gdy usłyszał prośbę królowej: zmarszczył lekko brwi.
— Jakto? — rzekł — królowa wstała już?
— O! oddawna Najjaśniejszy Panie.
— Czy jeszcze chora?
— Nie, Najjaśniejszy Panie.
— I czegóż żąda ode mnie, tak wcześnie?
— Jej Królewska Mość tego nie powiedziała.
Król zjadł pierwsze śniadanie składające się z buljonu i wina i poszedł do Marji-Antoniny.
Zastał królowę zupełnie ubraną, jak na uroczystość, piękną, bladą, imponującą. Przyjęła męża z tym zimnym uśmiechem, który błyszczał jak słońce zimowe na licach królowej, w czasie przyjęć u dworu, kiedy trzeba było rzucić promień tłumowi.
Król nie zrozumiał smutku we wzroku i uśmiechu. Zajmowała go jedna rzecz tylko, chciał wiedzieć o prawdopodobnym oporze Marji Antoniny, przeciw zamiarowi, powziętemu wczoraj.
— Jeszcze jakiś nowy kaprys — myślał.
I zmarszczył brwi.
Królowa wzmocniła jego domysły pierwszemi słowami.
— Najjaśniejszy Panie — powiedziała — od wczoraj długo myślałam.
— Otóż jesteśmy na tropie — zawołał król.
— Oddal, proszę, tych, którzy nie są wtajemniczeni.
Król z niezadowoleniem wydał oficerom rozkaz, ażeby się oddalili.
Jedna tylko z kobiet królowej została przy Ich Królewskich Mościach: była to pani Campan.
Wtedy królowa, opierając swe piękne rączki na ręku króla, zapytała:
— Dlaczego jesteś już zupełnie ubrany? — to źle!
— Jakto źle? — Dlaczego?
— Czy nie prosiłam cię, abyś się wcale nie ubierał, przed przyjściem tutaj? Masz na sobie kaftan i szpadę. Myślałam, że przyjdziesz w rannem ubraniu.
Król patrzył na nią zdziwiony.
Ten kaprys królowej zbudził w nim tłum dziwnych myśli.
Pierwszem jego uczuciem była nieufność i niepokój.
— Czego chcesz — rzekł do królowej — czyż zamyślasz opóźnić, lub zupełnie powstrzymać to, cośmy razem postanowili?
— Wcale nie, Najjaśniejszy Panie.
— Bardzo cię proszę, nie rób żartów z ważnego przedmiotu. Muszę i chcę jechać do Paryża; nie mogę się od tego uwolnić. Cały orszak sobie wybrałem; osoby towarzyszące mi, od wczoraj są wyznaczone.
— Najjaśniejszy Panie, ja niczego się nie domagam, ale...
— Pomyśl — mówił król, zapalając się stopniowo, aby nie tracić odwagi — pomyśl, Najjaśniejsza Pani, że wiadomość o mojej podróży doszła do paryżan, że się przygotowali, że mnie czekają, że uczucia przyjazne, przez zapowiedź podróży w ich umysłach rzucone, mogą się zmienić w zabójczą niechęć. Pomyśl nakoniec...
— Ale, Najjaśniejszy Panie, ja nie zaprzeczam wcale tego, co mi łaskawie mówisz; zdecydowałam się wczoraj, zrezygnowana jestem dzisiaj.
— Więc, pani, nacóż ten wstęp?
— Ja nie myślałam o żadnym wstępie.
— Przepraszam! dlaczegóż to pytanie o mój strój, o projekta?
— O strój? tak, to co innego — odpowiedziała królowa, próbując jeszcze tego uśmiechu, który w miarę jak znikał, stawał się bardziej posępny.
— Cóż chcesz od mojego ubrania?
— Chciałbym, Najjaśniejszy Panie, abyś je zrzucił.
— Czy nie wydaje ci się stosowne to jedwabne ubranie koloru fioletowego? Paryżanie przywykli widzieć mię w tem ubraniu; lubili na mnie ten kolor, na którym zresztą niebieska wstęga dobrze odbija. Samaś mi to często mówiła.
— Nie zarzucam nic barwie tego ubrania.
— Więc?
— Tylko podszewce.
— Doprawdy, intrygujesz mnie swoim wiecznym uśmiechem... Podszewka?... co za żart?
— Nie żartuję już... teraz, niestety.
— Teraz znowu dotykasz mej kamizelki, czy ci się i ona nie podoba?...
— Nie mam nic przeciw kamizelce.
— Jakaż ty jesteś dziwna!... Więc ten żabot, ta batystowa koszula haftowana, nie podobają ci się? E! czyż nie mam się wystroić, jadąc z wizytą do mojego drogiego miasta Paryża?
Gorzki uśmiech ściągnął usta królowej; dolna warga szczególniej, ta, którą jej tak zarzucano, jako austrjaczce, odęła się i wysunęła naprzód, jakby pełna jadu, nienawiści i gniewu.
— Ja nie zarzucam nic twemu pięknemu strojowi, Najjaśniejszy Panie, tylko samej podszewce.
— Podszewce?... O wytłumacz się raz przecie!
— A tak! wytłumaczę się. Król, nienawidzony, zawadzający im, mający się rzucić między siedmkroć sto tysięcy paryżan, upojonych triumfami i ideami rewolucyjnemi, król, chociaż nie jest średniowiecznym księciem, powinien jednak wjeżdżać dzisiaj do Paryża w pancerzu żelaznym, pod przyłbicą z dobrej stali medjolańskiej; król powinien się tak zabezpieczyć, ażeby żadna kula, żadna strzała, żaden nóż, żaden kamień, nie znalazł drogi do jego ciała.
— Ta prawda, głęboka prawda — rzekł Ludwik XVI w zamyśleniu — ale, moja droga przyjaciółko, ponieważ nie nazywam się ani Karolem VIII, ani Franciszkiem I, ani nawet Henrykiem IV, ponieważ monarchja dzisiejsza, okrywa się tylko aksamitem i jedwabiem, pójdę mając na sobie cel, wskazujący kulom drogę. Mam blachę z orderów na sercu.
Królowa wydała stłumiony jęk.
— Najjaśniejszy Panie — powiedziała — zaczynamy się rozumieć. Zobaczysz, zobaczysz, że twoja małżonka już nie żartuje.
Dała znak pani Campan, pozostałej w głębi pokoju, a ta wyjęła z szyfonierki królowej, przedmiot szeroki, płaski i podłużny, okryty pochwą jedwabną.
— Najjaśniejszy Panie — rzekła królowa — królewskie serce należy najprzód do Francji, to prawda; ale wierzę w to, że należy także do żony i dzieci. Dlatego nie chcę, aby to serce wystawione było na kule nieprzyjacielskie. Przedsięwzięłam kroki, aby ocalić mego małżonka, mego króla, ojca moich dzieci!...
Jednocześnie rozwijała z jedwabiów, które ją okrywały, kamizelkę z cienkich oczek stalowych, krzyżowanych tak misternie, że można było wziąć je za materję arabską, tak każdy ścieg naśladował morę, tyle było giętkości i elastyczności w tkaninie.
— Co to jest? — spytał król.
— Patrz, Najjaśniejszy Panie.
— Kamizelka, jak mi się zdaje.
— Tak, Najjaśniejszy Panie.
— Kamizelka do góry zapinana.
— Z małym kołnierzykiem, który, jak widzisz, podsuwa się pod kołnierz od kaftana, lub pod krawat.
Król wziął w ręce kamizelkę i przypatrywał się ciekawie.
Królowa, widząc tę łaskawą uwagę, przejęta była radością.
Zdawało się, że król liczy, uszczęśliwiony, każde oczko tej zadziwiającej sieci, która falowała pod palcami, rozpłaszczając się, jak gdyby tkanina wełniana.
— Ależ — rzekł — to przecudowna stal.
— Nieprawdaż, Najjaśniejszy Panie?
— I robota prześliczna!
— Nieprawdaż?
— Nie wiem, zaiste, skąd mogłaś to dostać.
— Kupiłam wczoraj od człowieka, który ofiarowywał mi ją dawno, w razie, gdybyś szedł na wyprawę.
— To zachwycające! zachwycające! — powiedział król, przypatrując się artystycznem okiem.
— I to ma leżeć tak wybornie, jak kamizelka od twego krawca, Najjaśniejszy Panie.
— Tak sądzisz?
— Spróbuj!...
Król nie opierał się; sam rozpiął swe fioletowe ubranie.
Królowa drżała z radości; pomagała Ludwikowi XVI odpinać ordery, resztę zrobiła pani Campan.
Tymczasem król odpasał szpadę. Ktoby patrzył wtedy w twarz królowej, ujrzałby ją oświeconą najwyższem szczęściem.
Król pozwolił rozebrać się z krawatu, pod który delikatne ręce królowej, wsunęły stalowy kołnierz.
Potem Marja-Antonina sama zapinała haftki tego pancerza, który cudownie przybierał wszystkie formy ciała i zakrywał zgięcia, podszyte wszędzie cienką skórką, przeznaczoną do usunięcia nacisku stali na ciało.
Koszula i kaftan włożone na stan, zasłaniały ją zupełnie. W ruchach nie czyniła najmniejszej przeszkody.
— Czy to bardzo ciężkie? — spytała królowa.
— Nie.
— Widzisz, królu mój, jakie to cudowne, nieprawdaż? — rzekła królowa, klaskając w ręce do pani Campan, która kończyła zapinać guziki u rękawów króla.
Pani Campan objawia radość swą równie naiwnie jak królowa.
— Ocaliłam mego króla! — zawołała Marja-Antonina. — Ten pancerz niewidzialny, niech kto spróbuje przebić nożem, albo przedziurawić kulą, niech spróbuje!...
— O!... — wtrącił król wątpiącym tonem.
— Spróbuj sam!... — powtarzała w uniesieniu.
— Uczynię to chętnie przez ciekawość — rzekł król.
Nie rób tego, to niepotrzebne, Najjaśniejszy Panie.
— Jakto, niepotrzebne, abym dowiódł doskonałości waszego cudu?...
— A!... ci mężczyźni!... Sądzisz, ażebym polegała tylko na zapewnieniu człowieka obcego, obojętnego, kiedy idzie o życie małżonka, o zbawienie Francji?...
— Zdaje mi się jednak, że liczyłaś na to, Antonino.
Schyliła głowę z prześlicznem przeczeniem.
— Spytajcie — rzekła, wskazując stojącą obok kobietę — spytajcie tej poczciwej Campan, co ona i ja robiłyśmy dziś zrana?...
— Cóż takego? mój Boże! — spytał król mocno zaintrygowany.
— Tego rana, co mówię, dziś w nocy, jak dwie szalone oddaliłyśmy wszelką służbę, i zamknęłyśmy się w jej pokoju, który znajduje się w głębi ostatniego korpusu mieszkania paziów; paziowie wyjechali wczoraj do Rambouillet. Upewniłyśmy się, że nikt nie może nas zejść, przed wykonaniem projektu...
— Boże!... przerażacie mnie na dobre. Jakie zamiary mogłyby mieć te dwie Judyty?
— Judyta mniej uczyniła — ciągnęła królowa — a zwłaszcza mniej uczyniła hałasu. Prócz tego szczegółu porównanie twe byłoby zachwycające. Campan trzymała worek z blachą, ja miałam długi nóż myśliwski jeszcze po moim ojcu; to ostrze niezwalczone, które tylu dzików zabiło.
— Judyta!... prawdziwa Judyta!... — zawołał król ze śmiechem.
— O!... Judyta nie miała tak ciężkiego pistoletu, jaki ja wzięłam z twej zbrojowni, i kazałam nabić Weberowi.
— Pistolet!...
— Tak. Trzeba nas było widzieć we dwie w nocy, jak, drżące przy najmniejszem szeleście, skradałyśmy się, jak dwie myszy łakome, wzdłuż pustych kurytarzy.
Campan zamknęła troje drzwi, poczem, przyczepiłyśmy sam pancerz na ścianie, na manekinie, służącym do zawieszania moich sukien, a ja ręką silną, przysięgam, uderzyłam w pancerz. Ostrze się zgięło, wyskoczyło mi z rąk i utkwiło w posadzce ku wielkiemu naszemu zdumieniu.
— Do pioruna! — rzekł król.
— Czekaj, Najjaśniejszy Panie.
— Nie ma dziury? — spytał Ludwik XVI.
— Czekaj mówię ci. Campan podniosła ostrze i powiedziała: „Nie jesteś dość silna, Najjaśniejsza Pani, może ręka Wasza drżała; ja będę silniejsza, zobaczycie“. Pochwyciła nóż i tak silnie uderzyła w manekin, że biedny mój nóż niemiecki pękł. Patrzcie, oto dwa kawałki, Najjaśniejszy Panie; każę Wam zrobić sztylet z tego, co zostało.
— O!... ależ to bajeczne — rzekł król — i nie ma szczerby w pancerzu.
— Tylko skaza u wyższego łańcuszka; jak ci się podoba?...
— Chciałbym zobaczyć.
— Zobaczysz.
I królowa zaczęła rozbierać króla z zachwycającą szybkością, aby mógł podziwiać jej myśl i wielkie czyny.
— Tutaj, zdaje mi się, jest jakieś miejsce uszkodzone — rzekł król, wskazując lekkie wklęśnięcie na powierzchni, wielkości dużego palca.
— To od kuli z pistoletu, Najjaśniejszy Panie.
— Jakto!... strzelałaś z nabitego pistoletu... ty?
— Pokażę wam kulę spłaszczoną, poczerniałą jeszcze. Oto jest, czy wierzycie teraz, że życie wasze zabezpieczone?...
— Jesteś Aniołem Stróżem — rzekł król, który powoli zaczął odpinać kamizelkę, aby lepiej obejrzeć znaki od pchnięcia nożem; kuli pistoletowej.
— Osądźcie strach mój, drogi królu, — powiedziała Marja Antonina — kiedy musiałam strzelić do pancerza. Niestety!... to nic nie było jeszcze, że miał powstać straszny hałas, którego się tak boję; ale zdawało mi się, że mierząc w kamizelkę ku twojej obronie przeznaczoną, strzelam do ciebie samego!... Bałam się ujrzeć dziurę w ściegu, bo wtedy moja praca, moje troski, moje nadzieje, nazawsze byłyby stracone...
— Droga moja żono — rzekł Ludwik XVI, odpinając pancerz — ileż winienem ci wdzięczności!...
I położył kirys na stole.
— Ale!... cóż to czynicie? — spytała królowa.
Podniosła kamizelkę, podając ją poraz drugi królowi.
Ale on, z uśmiechem pełnym wdzięku i szlachetności, rzekł:
— Nie, dziękuję.
— O!... daj się uprosić, Najjaśniejszy Panie!...
— Najjaśniejszy Panie! — błagała pani Campan.
— Ależ to zbawienie, to życie!...
— Być może — odparł król.
— Oh!... odmawiasz!... odmawiasz!...
— Tak, odmawiam.
— Ale oni cię zabiją!...
— Moja droga, kiedy szlachcic wychodzi w pole, w osiemnastym wieku, ma na sobie sukienne ubranie, koszulę i kaftan; to dosyć dla kul: kiedy idzie na pojedynek, zatrzymuje tylko koszulę; to dosyć dla szpad. Ja jestem pierwszym szlachcicem mego królestwa; nie uczynią mi mniej ani więcej od moich przyjaciół. Co większa: tam gdzie oni noszą sukno, ja jeden mam prawo być w jedwabiu. Dziękuję, droga moja żono, dziękuję, moja dobra królowo, dziękuję...
— O!... — zawołała królowa, jednocześnie w zachwycie i rozpaczy, — czemuż go wojsko nie słyszy!...
Król skończył się ubierać spokojnie, jakby nie rozumiał, że spełnił czyn bohaterski.
— Czyż może się nazwać monarchja zgubioną, skoro tyle dumy posiada w takich chwilach, — zcicha wyrzekła królowa.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.