<<< Dane tekstu >>>
Autor Stanisław Grochowiak
Tytuł Bazar
(fragmenty)
Pochodzenie Wiersze wybrane
Wydawca Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”
Data wyd. 1978
Druk Zakłady Graficzne „Dom Słowa Polskiego”
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
Bazar
(fragmenty)

Cieniom Juliana Przybosia


Bo nie masz oszustwa na Bazarze. Tutaj
Moralność jest sama w sobie — jak baba w babie — a knot w świecy.
Dwie Majewskie miały przez płot stragany z obrazami,
I obiedwie: niesprzeczne, niekłótliwe, choć pyskate.
Przychodzi jedna do drugiej — ta pierwsza dźwiga obraz.
Zaczęło się od ramy, bo ta druga kaprysi.

Druga:
Idźże, pani Majewska, z taką ichnią ramą.
Toż ją pluskwy zeżarły na weselu Kornika.
A było — hi, hi — co żreć: tyle tych frymuśnych
Zawijasów, farfucli, jak na torcie z Grójca.
Rama, widzisz pani, winna być bogata,
Ale i Stateczna. No i z gruntu nowa.

Pierwsza (z ironiczną powagą):
A jakże!

Druga (z niepokojem):
Co „a jakże”, smarkulo, jajo kwokę uczy?

Pierwsza (zaperzona):
Tylko nie smarkulo!


Druga (niby to pokornie):
Oj, co prawda to prawda. (I z westchnieniem) Klępo!

Ale Pierwsza dzierży obraz, jakby szła w Pielgrzymce,
Więc zimna na zniewagi bezbożnej ciemnoty
Uśmiecha się wstydliwie uśmiechem męczeństwa,
I co by tamta nie rzekła, ona jest w komeżce
Jak sam ksiądz wikary.
Widząc to, ta Druga
Już bieży truchcikiem do stóp konfesjonału.
O zlitowanie prosi.

Druga:
Rama może ładna, ino że stara. Wierz mi, pani Majewska.

Pierwsza: (już z triumfem):
A wierzę, ja wierzę. I tuś mi pani wlazła
W moją parafię Świętego Floriana.
Rama jest stara, bo i obraz stary, a to zaś znaczy
Samo arcydzieło. Tak mnie jeden uczył,
Co był Profesor.

Druga:
Panienko Najświętsza! Pokaż pani to bliżej!

Więc ta pierwsza zbliża się łaskawie, obraz przed oczy podsuwa
Niby Papież lub Hrabina rękę do ucałowania;
I zaraz
Tonem kaznodziei (choć jeszcze wierzącego w Niebo)
Materię obrazu — i zakątki jego — wyłuszcza.


BO CO JEST NA OBRAZIE?

Widzisz pani Majewska mamy tu przedstawione
Dzieci jakieś kobitę
Trzech chłopów z wąsami
Wszystko to starodawne A powiadają że Niemce
No to sam Hitler z nimi Dla mnie one są ludzie
W bardzo dramatycznej życiowej scenie ujęte

Bo kto jest ten ponury
Ten co patrzy z ukosa
Jakby mu chleb kury zjadły lub prosię w płocie utknęło?
Ten ci jest Kłusownik
Myśliwek
Co z nędzy
Po pańskich lasach za faunom harcował
Więc go — łaps! — capnęli
Gajowy (ten ci z prawej w kapelusiku z piórkiem)
I Policmajster (ten z wąsami w górę wywiniętymi jak widły)
Po pyskach cwałować
A lżyć pani Majewska jak święty Michał Diabła

Więc że kazamatą śmierdzi
Żona się zwiedziała
I cóż my pani Majewska nieszczęsne istoty
Czynim w takim razie?

Druga (prawie już łkając):
Zwołujem dzieciska


Pierwsza:
A skoro już przeliczym
Czy co nie ubyło
Lub — nie daj Bóg — przybyło w tej naszej pasiece
Z całą czeladzią — jak sam Cysorz z wojskiem —
Hajda na wroga

Druga:
Byleby dzieciom smarków nie ucierać
Dzieciak ze smarkiem to pewna sirota

Pierwsza: (już płacząc):
Więc niebożątko żona na kolana pada
Dzieci przygarnia Policmajstra po kolanach całuje
Słyszysz pani ten krzyk kochana pani Majewska
A chłopy stoją

I tak — rzuciwszy obraz — padają sobie w ramiona
Niepocieszone Nieszczęsne Istoty
Pod biczem Bożym,
Pod pięściami mężczyzn
I pod gorszym niż płomień piekła
Tchnieniem Genijusza.


Nadchodzi już czas sjesty. Czyni go pomału
Spowite kurzem słońce — ta Gwiazda Upału.

I południe dojrzałe, i senność to czyni,
Jak pan Jezus kramarzy goniący z świątyni.


Tak wszystko leniwieje, tak pluszem obrasta,
Niewiasta i mężczyzna, i Upału Gwiazda.

Owoc snu w sobie szuka: jest to złota mgiełka;
W niej pszczołom i zegarom drętwieją skrzydełka.

Lecz że tylko znużenie, bo nie śmierć tu straszy,
Widno to po obrotach herbacianych flaszy.

Sposobione w limonę, cukrem nakarmione,
Dają wargom ochłodę, twarzom blaski płone.

Zaś inaczej u mężczyzn: ci się w kramach kupią,
Tu se flaków pojedzą, tam i pyzów kupią.

A wszystko z przeświadczeniem, że choćby przepadło
Szczęście, męskość, fortuna — to zostanie jadło.

Dość go było przedawać. Teraz sam pan kupiec
Podniebienie chce ochrzcić, a sadełko upiec.

A więc chrzczą co niemiara. I że sprawa święta,
Pacierze mruczą gardła; usta — niemowlęta.

I tutaj, gdyby Danta w ten czas wiódł Wergili
I gdyby tu Petrarkę sonetów uczyli,

Nie byłaby ta cisza ani mniej skupiona,
Ani mniej pogłębiona, ni też wywyższona.





Tekst udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.