Benvenuto Cellini (1893)/Tom I/Rozdział IV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas,
Paul Meurice
Tytuł Benvenuto Cellini
Podtytuł Romans
Wydawca Józef Śliwowski
Data wyd. 1893
Druk Noskowski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Józef Bliziński
Tytuł orygin. Ascanio ou l'Orfèvre du roi
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ IV.
KATARZYNA.



Gdy Benvenuto Cellini przybył do Francyi, Franciszek I-szy bawił w zamku Fontainebleau z całym swoim dworem; artysta zatrzymał się więc w tem mieście, uprzedziwszy kardynała de Ferrare o swojem przybyciu.
Kardynał wiedząc, że król oczekiwał Benvenuta z niecierpliwością, zaniósł mu natychmiast tę wiadomość.
Tegoż samego dnia Benvenuto był przedstawiony królowi, który zaleciwszy aby spoczął po trudach podróży, przeznaczył mu mieszkanie w pałacu i rozkazał aby mu na niczem nie zbywało.
Benvenuto znalazł się więc nagle wśród ogniska cywilizacyi francuskiej, niższej jeszcze wówczas od włoskiej, lecz z którą już rywalizowała i którą wkrótce przewyższyć miała nawet.
Spoglądając około siebie, łatwo mógł sądzić, że nie opuszczał wcale stolicy Toskanii, znajdował się bowiem wśród artystów, których znał we Florencyi, a Leonarda de Vinci i mistrza Rosso zastąpił Primaticcio.
Należało więc Celliniemu okazać się godnym swych poprzedników i wznieść w oczach najwytworniejszego w Europie dworu, sztukę rzeźbiarską tak wysoko, jak ci trzej wielcy mistrze wznieśli sztukę malarską.
Dla tego Benvenuto chciał uprzedzić życzenie króla, nie czekając aż mu poleci wykonanie jakiego pięknego dzieła, lecz wykonywając je z własnego natchnienia.
Łatwo poznał, ile rezydencya, w której ujrzał króla, była mu drogą, postanowił więc pochlebić jego upodobaniu, wykonywając statuę, którą chciał nazwać nimfą Fontainebleau.
Statua ta miała być uwieńczona liściem dębowym, kłosami i winem; Fontainebleau bowiem leży na równinie, ocienione jest lasami i wśród winnic się wznosi.
Nimfa, o której marzył Benvenuto, miała więc łączyć w sobie trzy razem typy, w jeden zlane Cerery, Dyauy i Erygony; typy, co chociaż odróżniające się, jeden tworzyć miały; na piedestale miały być umieszczone potrójne godła tych trzech bogiń a ci, którzy widzieli prześliczne figurki statui Perseusza, wiedzą jak mistrz florencki wyrabiał te cudowne szczegóły.
Lecz największem nieszczęściem dla artysty było, że czując w sobie ideał piękności, nie miał dla materyalnej części swojego dzieła modelu ludzkiego.
A gdzież znaleźć model, coby łączył w sobie potrójną piękność trzech bogiń?
Gdyby, jak w starożytnych czasach, jak za dni Fidyasza i Apellesa, ówczesne piękności chciały dobrowolnie siadać przed artystą, Benvenuto znalazłby u samego dworu to czego szukał.
Był tam cały Olimp w samym kwiecie wieku; była Katarzyna de Medecis, mająca wtenczas dopiero dwadzieścia jeden lat; była Małgorzata de Valois, królowa Nawarry, którą nazywano czwartą Gracyą i dziesiątą Muzą; była nakoniec księżna d’Etampes, która obszernie ukaże się w ciągu tej historyi i którą nazywano najpiękniejszą z uczonych i najuczeńszą z pięknych.
Było tam więcej niż potrzebował artysta, lecz jak powiedzieliśmy, czasy Apellesów i Fidyaszów już minęły.
Benvenuto musiał więc gdzie indziej szukać modelu.
Z wielkiem przeto zadowoleniem dowiedział się, że dwór udaje się do Paryża, lecz na nieszczęście, jak opowiada sam Benvenuto, dwór w owej epoce podróżował nakształt żałobnego konwoju.
Mając w orszaku dwanaście do piętnastu tysięcy koni, zatrzymywał się w miejscach, w których zaledwie były dwa lub trzy domy i tracił cztery godziny co wieczór na rozbijanie namiotów i tyleż co rano na ich zbieranie. Pomimo, że szesnaście mil ledwie dzieliło rezydencyę od stolicy, potrzebowano pięciu dni na podróż z Fontainebleau do Paryża.
Dwadzieścia razy przez ten czas Benvenuto Cellini uczuwał chętkę wyprzedzenia dworu, lecz każdą razą kardynał de Ferrare zatrzymywał go mówiąc, że gdyby król przez dzień cały go nie widział, pytałby bezwątpienia co się z nim stało a dowiedziawszy się, że odjechał, uważałby to oddalenie się za uchybienie prawidłom etykiety.
Benvenuto powściągnął więc swoją niecierpliwość i podczas długich popasów zabijał czas, kreśląc szkice nimfy Fontainebleau.
Nakoniec przybyli do Paryża.
Benvenuto przedewszystkiem odwiedził swojego współziomka Primaticcia, który miał zlecenie dokonać w Fontainebleau dzieła Leonarda de Vinci i mistrza Rosso.
Benvenuto spodziewał się, że Primaticcio mieszkając oddawna w Paryżu, poprowadzi go od razu na ślad tego czego szukał i wskaże mu, gdzieby model mógł znaleźć.
Słówko przy tej sposobności o Primaticciu.
Signor Francesco, którego od miejsca urodzenia zwano wówczas Bologna, a którego my Primaticcio zwać będziemy, uczeń Juliusza Rzymianina, mieszkał od óśmiu lat we Francyi, gdzie na zalecenie margrabiego Mantui, przyzwał go Franciszek I-szy.
Długo nie poznano się na tej głowie encyklopedycznej, na tym rozległym talencie, który z powodzeniem traktował wszystkie rodzaje wysokiego malarstwa i którego nasza epoka pomściła za trzy wieki niesprawiedliwości.
W istocie, natchniony religijnie, malował obrazy do kaplicy Beauregard; w pałacu Montmorency uosobnił główne cnoty chrześciańskie; wreszcie całe Fontainebleau pełne było dzieł jego; na Złotej Bramie i w balowej sali można widzieć przedmioty najwdzięczniejsze z mitologii i alegoryi wyjęte; w galeryi Ulyssesa i w pokoju Ś-go Ludwika był poetą bohaterskim i przetłómaczył pędzlem Odysseę i znaczną część Iliady.
Następnie z czasów bajecznych przeszedł w czasy bohaterskie i historyę.
Główniejsze rysy życia Aleksandra i Romulusa, oraz poddanie się Hawru, wydał w obrazach zdobiących wielką galeryę i pokój przyległy sali balowej; naśladował także naturę w wielkich krajobrazach gabinetu osobliwości.
Nakoniec, gdybyśmy chcieli ocenić ten wysoki talent i policzyć wszystkie jego dzieła, przekonamy się, że w dziewięćdziesięciu ośmiu wielkich obrazach i stu trzydziestu mniejszych, kolejno traktował krajobrazy, marynarkę, historyę, przedmioty święte, portrety, alegoryę i epopeję.
Był to jak widzimy, człowiek godzien zrozumieć Benvenuta. Dla tego też, skoro tylko przybył do Paryża, Benvenuto pobiegł zaraz do Primaticcia, który go przyjął z otwartemi rękoma.
Po pierwszych wylaniach czułości przyjaciół, którzy się spotykają na obcej ziemi, Benvenuto pokazał swoje szkice Primaticciemu, wytłómaczył mu myśl swoję i zapytał, czy pomiędzy modelami,których on używał, nie było jakiego coby posiadał wymagane warunki.
Primaticcio potrząsnął głową, uśmiechając się smutnie.
W istocie, nie byli we Włoszech, tej córce Grecyi, rywalce swojej matki.
Francya była w owej epoce, jak i dziś, krajem wdzięku i zalotności, lecz napróżno szukanoby na ziemi Walezyuszów tej wzniosłej piękności, którą na brzegach Tybru i Arno natchnieni byli Michał Anioł i Rafael, Jan z Bolonii i Andrzej del Sarto.
Wprawdzie już rzekliśmy, że gdyby artyście wolno było wybrać model wśród arystokracyi, łatwoby znalazł szukanych typów, lecz jak cień zatrzymany z tej strony Styksu, widział je tylko na polach Elizejskich, do których wejście było mu wzbronione.
Jak Primaticcio przewidział, tak się też stało: Benwenuto przejrzał wszystkie modele jakich on używał, lecz ani jeden nie zdawał mu się łączyć w sobie przymiotów niezbędnych dla dzieła, o którem marzył.
Wtedy sprowadził do swojej pracowni wszystkie wskazane mu Wenery, biorące po talarze za posiedzenie, lecz żadna z nich nie odpowiedziała jego oczekiwaniu.
Benvenuto był więc w rozpaczy, gdy jednego wieczoru wracając z kolacyi, na którą był zaproszony przez swoich współziomków spotkanych w Paryżu, idąc ulicą Petits-Champs, spostrzegł przed sobą piękną i kształtną dziewczynę.
Benyenuto zadrżał z radości; ta kobieta była sądząc z jej kształtów, ideałem jakiego szukał.
Szedł więc za nią.
Dziewczyna udała się przez wzgórze Orties, około kościoła Ś-go Honoryusza i weszła na ulicę Pelikana.
Przybywszy tam, obejrzała się dla przekonania, czy nieznajomy ciągle idzie za nią a ujrzawszy Benvenuta o kilka kroków za sobą, popchnęła prędko drzwi jednego z domów i zniknęła.
Benvenuto przystąpił do tych drzwi i popchnął je także; drzwi ustąpiły natychmiast i zdołał zobaczyć jeszcze na zakręcie schodów oświeconych dymiącą lampą, koniec sukni dziewczyny.
Przybył na pierwsze piętro; drzwi prowadzące do pokoju były uchylone i w tym pokoju spostrzegł tę, za którą się uganiał.
Nie tłómacząc jej powodu swoich artystycznych odwiedzin, nie przemówiwszy nawet ani słowa, Benvenuto chcąc się zapewnić czy kształty ciała odpowiadały rysom twarzy, obszedł w koło dwa lub trzy razy zdziwioną dziewczynę, która machinalnie była mu posłuszną.
W modelu, który Benvenuto miał przed oczyma, było mało Cerery, jeszcze mniej Dyany, lecz za to wiele bardzo Erygony.
Wówczas mistrz postanowił co ma czynić; widząc niepodobieństwo połączenia tych trzech typów razem, postanowił poprzestać na bachantce.
Ale jak na bachantkę, to prawdziwie znalazł to czego szukał; oczy ogniste, usta koralowe, ząbki jak perły, szyja ślicznie osadzona, ramiona zaokrąglone, kibić szczupła i biodra wydatne; nie byłoż to dosyć?
— Jak się panna nazywasz? — spytał nareszcie Benvenuto cudzoziemskim akcentem biednej dziewczyny, coraz bardziej zdziwionej.
— Katarzyna, do usług pańskich — odpowiedziała.
— A więc, panno Katarzyno — mówił dalej Benvenuto — oto masz talara w złocie za twoją fatygę, jutro zaś przyjdź do mnie na ulicę Ś-go Marcina, do pałacu kardynała Ferrare a ofiarują ci drugie tyle.
Młoda dziewczyna wahała się przez chwilę, sądziła bowiem, że cudzoziemiec żartował z niej.
Lecz talar złotem przekonywał, że mówił prawdę; po krótkim przeto namyśle:
— O której godzinie? — spytała.
— O dziesiątej rano; czy będziesz wolna?
— Najwolniejsza.
— Mogę więc liczyć na ciebie?
— Bezwątpienia.
Benvenuto ukłonił się jej jak jakiej księżnej i powrócił do siebie z sercem pełnem radości.
Przybywszy do domu spalił zaraz wszystkie swoje szkice i zaczął kreślić nowy, wzięty z rzeczywistości.
Potem ukończywszy go wziął kawał wosku, który za chwilę przybrał pod jego mistrzowską ręką, kształty marzonej nimfy, a gdy nazajutrz Katarzyna stawiła się w pracowni, jedna część pracy była już dokonaną.
Jak powiedzieliśmy, Katarzyna bynajmniej nie pojęła zamiarów Benvenuta.
Zdziwiła się więc bardzo, gdy zamknąwszy za nią drzwi, pokazał jej rozpoczętą statuę i wytłómaczył w jakim celu przyjść jej kazał.
Katarzyna była bardzo wesoła, zaczęła więc śmiać się do rozpuku ze swojej omyłki; potem dumna, że miała służyć za model bogini przeznaczonej dla króla, zrzuciła suknie i sama przybrała postawę wskazaną przez statuę a to z takim wdziękiem i prawdą, że mistrz, odwróciwszy się i ujrzawszy ją, wydał okrzyk radości.
Benwenuto wziął się do roboty.
Zrzucił z siebie kaftan i z odkrytą szyją, gołemi rękami chodząc od modelu do kopii, od natury do sztuki, zdawał się jak Jowisz, gotów wszystko zapalić za samem dotknięciem. Katarzyna przywykłą do organizacyj pospolitych lub zepsutych ludzi z gminu, lub młodych paniczów, dla których była zabawką, patrzała z podziwieniem na tego człowieka z okiem natchnionem, gorejącym oddechem i wzdętą piersią.
Ona sama zdawała się wznosić do wielkości mistrza; jej spojrzenie błyszczało; artysta udzielał natchnienia modelowi.
Posiedzenie trwało dwie godziny; po upływie tego czasu Benvenuto dał Katarzynie talara w złocie i pożegnawszy ją w ten sam sposób co wczoraj, naznaczył schadzkę na jutro o tej samej godzinie.
Katarzyna powróciła do siebie i nie wychodziła przez cały dzień.
Nazajutrz była w pracowni dziesięć minut przed naznaczoną godziną.
Taż sama scena powtórzyła się; tak jak i wczoraj, Benvenuto był cudowny natchnieniem; pod jego ręką, jak pod ręką Prometeusza, ziemia oddychała.
Głowa bachantki była już umodelowana i wydawała się jakby żyjącą.
Katarzyna uśmiechała się do niej; nigdy tak szczęśliwą nie była i rzecz dziwna! nie mogła zdać sobie sprawy z uczucia, które w nią to szczęście wlewało.
Nazajutrz mistrz i model zeszli się znowu tej samej godzinie, lecz Katarzyna skutkiem uczucia, którego dni poprzednich nie doznawała, w chwili gdy się rozebrała uczuła, że rumieniec na twarz jej wystąpił.
Biedne dziecię zaczęło kochać a miłość wiodła za sobą wstydliwość.
Na drugi dzień było jeszcze gorzej i Benvenuto był przymuszony kilka razy zrobić jej uwagę, że nie modelował Wenery Medycejskiej, lecz Erigonę, upojoną rozkoszą i winem.
Zresztą, za dwa dni model miał być skończony, nie wiele już trzeba było cierpliwości.
Wieczorem tego drugiego dnia, Benvenuto ukończywszy swoję statuę, podziękował Katarzynie za grzeczność i dał jej cztery talary w złocie, lecz Katarzyna wypuściła złoto z ręki na ziemię.
Wszystko skończyło się dla biednej dziewczyny; miała znowu powrócić do pierwszego swojego stanu a od dnia, w którym weszła do pracowni mistrza, stan ten jej obrzydł.
Benvenuto nie przeczuwając co się działo w sercu biednej dziewczyny, podniósł cztery talary, podał znowu a uścisnąwszy jej rękę rzekł, że jeżeliby kiedykolwiek mógł jej być w czem użytecznym, tedy prosi, żeby się do niego udała; potem poszedł do sali uczniów po Askania, któremu chciał pokazać ukończoną statuę.
Skoro Katarzyna została samą, ucałowała jedno po drugiem narzędzia, których mistrz używał i wyszła płacząc.
Nazajutrz Katarzyna powróciła do pracowni i zastała Benvenuta samego, a gdy zdziwiony jej obecnością chciał zapytać co ją, sprowadza, zbliżyła się do niego, padła na kolana i zapytała, czy nie potrzebuje służącej.
Benvenuto posiadał serce artysty, to jest zdolne czuć wszystko; odgadł przeto co się działo w sercu biednego dziewczęcia, podniósł ją i pocałował w czoło.
Od tej chwili Katarzyna składała część pracowni, którą ożywiała, jak mówiliśmy, swoją dziecinną wesołością i wiecznym ruchem.
Dla tego też stała się prawie niezbędną dla wszystkich, a szczególniej dla Benvenuta.
Ona robiła wszystko, wszystkim rozkazywała, łając i pieszcząc Rupertę, która z początku z przestrachem na jej instalacyę patrzała, lecz wreszcie pokochała ją tak jak i wszyscy. Erigona nic na tem nie straciła.
Benvenuto mając teraz model pod ręką, korzystał z tego i ukończył swoją statuę z dokładnością, jakiej może nie posiadało żadne jego dzieło; poczem zaniósł ją królowi Franciszkowi I-mu, który był nią tak zachwycony, że polecił Celliniemu wykonać ją ze srebra.
Następnie długo rozmawiał z artystą, pytał go gdzie miał swoję pracownię, czy mu była dogodną i czy zawierała wiele pięknych rzeczy, wreszcie pożegnał Benvenuta Cellini, obiecując mu odwiedzić go kiedy niespodzianie, nie uprzedzając o swojej bytności.
Oto wszystko co zaszło do chwili rozpoczęcia tej historyi; Benvenuto pracował, Katarzyna śpiewała, Askanio marzył a Pagolo modlił się.
Nazajutrz po tym dniu, w którym Askanio powrócił tak późno, a to z powodu wycieczki w okolice pałacu Nesle, usłyszano głośne pukanie do bramy.
Pani Ruperta powstała natychmiast chcąc otworzyć, lecz Katarzyna wyprzedziła ją i w dwóch skokach była już na dziedzińcu.
W chwilę potem usłyszano jej wołanie, na w pół z radością na w pół z przelęknieniem.
— O! mój Boże, mistrzu! to król we własnej swojej osobie, przybywa odwiedzić twoję pracownię!...
I biedna Katarzyna, zostawiając za sobą otworem wszystkie drzwi, wpadła blada i drżąca do sali, w której Benvenuto pracował pośród swoich uczniów i czeladzi.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Paul Meurice, Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: Józef Bliziński.