<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Dawny palestrant
Pochodzenie Nowele, Obrazki i Fantazye
Wydawca S. Lewenthal
Data wyd. 1908
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
Dawny palestrant.


W chwilach większych wstrząśnień i zmian społecznych, które nowy charakter nadają ludziom pod ich wpływem wyrosłym, może najciekawszym widokiem są owe resztki społeczeństwa umarłego, dożywające smutnie dni swoich ostatka na świecie obcym dla siebie. Wloką się ci biedni po ziemi zastygłéj, wśród ludzi, których nierozumieją, zesmutnieli, zamknięci w sobie, nie mając przemówić do kogo, oczekując rychło-li odezwie się im uwolnieniem dzwon ich pogrzebowy. Przykro jest spojrzéć na nich, tak ciężar życia gniecie im barki bezsilne, tak nieubłagany los odebrał im wszystko a wszystko.
Rodzina, najbliżsi, ci których krew, los, przyjaźń i nawyknienie związały z niemi, nie rozumieją ich, dziwią się im, ledwie nie tłómacza potrzebują, by mowę pojąć z innego odzywającą się świata. Szczęśliwi jeszcze, jeśli oczyma i usty nie szyderstwo, ale litość okazują.
Mnie zawsze ściska się serce na widok tych resztek epoki zamkniętéj, tych obłąkanych żołnierzy, wojska, co już przeszło do wieczności. Coraz ich prawda mniéj jakoś się między nami postrzega, ale za to typy ostatnie wyrazistsze są wśród otaczającego świata i na tle jego potężnie się rysują.
Zdarzyło mi się nieraz bywając w blizkiém miasteczku przed kilku laty, widziéć z rana około godziny dziewiątéj przesuwającą się ku kościołowi postać, która mnie wielce uderzyła. Był to starzec wysokiego wzrostu ale zgarbiony, z siwiuteńkim włosem, który już z białego koloru na jakiś żółto-płowy przechodził, w odzieniu dawnego kroju, tak zszarzaném, znoszoném i spłowiałém, że zdawało się ostateczną zwiastować nędzę, opierający się na wysokiéj trzcinie ze srebrną skówką, na któréj do pół prawie starty był lakier, i wyślizgane użyciem bielały włókna. Szedł zwykle prawie nóg nie podnosząc, posuwając tylko niemi, z głową spuszczoną, powoli, ani się nawet oglądając na mijających go i ocierających o niego.
Powoli mijał okno moje, wsuwał się w uliczkę wiodącą do kościoła i niknął mi z oczu jak widmo wywołane z drugiego świata. Wszystko w nim taką we mnie wzbudzało litość, tak mnie żywo zajmowała ta starość jego posępna, żem za pierwszą razą, ujrzawszy go, zapytał kogoś o imię tego człowieka.
— To stary adwokat, Paliszewski — odpowiedziano mi ruszając ramionami.
— Ależ to biedny jakiś człowiek?
— Biedny? nie wiem, to pewna, że nie tak ubogi, jak się wydaje.
— Dlaczegóż tak nędznie chodzi, sam jeden, pieszo, w tym wieku?
— Alboż wiem! — ruszając ramionami, powtóre rzekł spytany. — Mało go znam, mówiono mi tylko, że skąpy bardzo.
Na tém w początku poprzestać musiałem, ale za drugą razą spytałem o pana Paliszewskiego, żyda. Nikt takiéj nie ma wprawy w poznaniu ludzi jak żydzi; może dlatego, że zależą od wszystkich, że wszystkim się kłaniać muszą, że ze słabości ludzkich korzystają w wielu okolicznościach, może nareszcie wrodzonym jakimś instynktem, nikt tak trafnie nie zna i nie opisze ci każdego, jak izraelita.
— Pan Paliszewski, pan mecenas! — ze śmiechem politowania rzekł mi żydek — pan nie wié, co on za jeden? mecenas! ot i po wszystkiém.
— Biedny widać jakiś człowiek?
— Żebym ja miał te pieniądze, co on ma i co stracił, czegobym chciał!
Właśnie przechodził stary adwokat, a jego szaraczkowa kapota, kontusz pod nią jedwabny wytarty jakiegoś niepewnego koloru, proste buty kozłowe i czapka niegdyś biała, dziś brudna jak kasztanek, co ją otaczał, tak mi się dziwnie wydały sprzeczne z wykrzyknikiem pytanego izraelity, żem się go dopytywać począł o całe curriculum vitae pana Paliszewskiego i z łatwością następnych dowiedział szczegółów.
O pochodzeniu początkowém jego dokładnie nikt nie wiedział, domyślano się tylko, że musiał być szlachcic, bo w palestrze sama tylko szlachta się mieściła, a na palcu nosił sygnet z krwawnikiem i jakimś herbem, którym się pieczętował. Z maluczkiego aplikanta w owych czasach, gdy procesy rosły jak grzyby, wyskrobał się na adwokata i zaraz prawie znaczące w palestrze zajął miejsce. Dała mu je pracowitość niesłychana, namiętna, łatwość niezmierna pisania i mówienia, w ostatku przy pozorach uczciwości takie wyrabianie się z sumieniem, że jak mu kazał, tak śpiewało.
Życie jego poczęte z małego bardzo gryzipiórka, co za mecenasem papiery naszał i w kancelaryach stawał u progu a w domu nieraz i krzesełka podawał litygantom, gdy na radę przyszli; małém się téż zawsze obchodziło. Nie piął się ani do spraw znacznych, ani do klienteli możnéj, ani w swych głosach starał o zrobienie wielkiéj sławy; a żył gdzieś daleko na przedmieściu, w ciasnéj izdebce, nie wiedziéć jak i czém. Kto tam się do niego po błocie dostał, nie zobaczył w domu nic prócz papierów, tapczana, na którym sypiał, i pary butów zapaśnych. Sam sobie sługa, sam pan, co jadł i jak życie pędził, nikt nie wiedział. Z rana tylko widziano go zawsze naprzód regularnie na mszy świętéj, potém z papierami pod pachą, w sądzie. Tu miejsce miał w kątku, na ustroniu i nigdy się z niego nie wymknął. Mówił mało, zawsze tylko to, o co go zapytano, a nigdy nawet całkowicie na pytanie nie odpowiedział, zjadając ile mógł w sobie! Skąpy nadzwyczajnie, obcy wszelkiéj przyjaźni, niedowierzający, nigdy się w pole wyprowadzić nie dał, ale téż i nikt na niego poskarżyć się nie mógł. W konieczności nawet, gdy przeciwnika szarpał, czynił to tak grzecznie, tak pilnując tytułów i szafując niemi, tak zasypując formułami uszanowania, że choć się ten wściekał, przyczepić się do niego nie mógł.
Trudno mi było z teraźniejszych rysów pana Paliszewskiego wyczytać, czém były dawniéj, gdyż zgrzybiała twarz, trupią, chłodną, nieporuszoną przedstawiała maskę; ale mi mówiono, że wyjąwszy trochę zmarszczek zapracowanych latami, takim był zawsze. Wystawcie sobie długawą fizyognomią cery żółto bladéj, z brodą śpiczastą i wydatną, z czołem naciskającém głęboko wciągnione oczy, nos prosty, suchy i kościsty, usta schowane pod wąsem, a to wszystko razem tak nieruchome, tak kamienne, że trupem pachniało za życia. Oczy nigdy nie patrzały wprost, ale i nie bujały po bokach, zdawały się wlepiać zawsze w coś niewidzialnego naprost siebie i niecierpliwiły tą obojętnością swoją. Paliszewski przecie, szczególną jakąś zapewne organizacyą obdarzony, widział wszystko, choć na nic nie patrzał.
Tak nie włażąc nikomu w drogę, powoli na chleb pracując, a małemi bardzo jedząc go kawałkami, sławniejszym mecenasom kłaniając się nizko, wyrobił sobie stanowisko odrębne. Wszystkie naprzód drobniejsze, a zawiłe sprawy szły do niego, klientom swoim nie obiecywał wiele, wymagał od nich dosyć, ale nie było praktyki, żeby kogo zawiódł. U towarzyszów tém sobie zjednał jeśli nie przyjaźń, to życzliwość, że im nigdy niczego z przed nosa nie chwycił, owszem, najchętniéj ustępował z drogi i tak szedł cichuteńko daléj a daléj. Były to czasy, w których palestra grała u nas niemal rolę, jaką dziś grają artyści. Wielcy panowie nawet ubiegali się o przyjaźń mecenasów, przyjmowali ich, poili, karmili, pochlebiali, a że to był chleb z głowy czerpany, kto należał do palestry, liczył się za literata, za uczonego, za człeka pióra i konceptu.
Z tych powodów był szacunek, były oklaski i honory, a że u nas to troje objawiało się najczęściéj ucztowaniem i puharami, pojono palestrę, aż ją rozpojono do ostatniego. Przy każdym trybunale musiały być piwnice, sprowadzano na kadencye węgrzyna, a żydzi ipsymowali kwaskowate cienkusze, rachując na spalone podniebienie tych, co je spijać mieli. Tak samo było i w naszém miasteczku, gdzie żadna ważniejsza sprawa nie obeszła się bez narady przy kielichach, gdzie kielichy poprzedzały sesye, i zakończały je, gdzie dekreta całemi oblewano beczkami. Pan Paliszewski, zaproszony, wciągnięty, dawał się poić, ale pił jak piasek, nie dając poznać po sobie, żeby to by najmniéj go ożywiało, upajało i na humor jego wpływało. Nie rozgadał się po biesiadzie więcéj, nie zarumienił, nie pożartował, i jakim przyszedł, takim odchodził.
Dziwili się temu wszyscy, wyśmiewali się niektórzy, ale w końcu już to nie zwracało nawet uwagi.
Położenie jednak Paliszewskiego nieznacznie zmianie uległo. Zwróciła uwagę jego niesłychana pracowitość, wytrwałość i łatwość pracy, niechybne zwycięstwa, zręczne przedstawienie sprawy i argumentowanie, którém umiał związać sędziów, że mu się ani próbowali sprzeciwiać. Poczęto go naprzód wzywać na konferencye, na których choć się mało udzielał, często tak widoczną miał wyższość zdania, że mu najsławniejsi prawnicy ustępować musieli. Nikt téż nie zrównał mu w pamięci faktów, dat i najdrobniejszych szczegółów spraw nietylko pod okiem jego rozwiązanych, ale o jakich tylko kiedy w życiu zasłyszał. Cytował w dziesięć lat dokumenta każdego procesu, oblaty ich, wyrażenia nawet dosłownie, a prawo i praejudicata umiał na palcach, tak, że czy do konstytucyi, czy do statutu, czy do korektury pruskiéj udać się przyszło, do niego jak w dym, zaraz paragraf zacytował.
Nic nie hardziejąc i nie podnosząc głowy, trzymając się swéj ciupki na przedmieściu, chodząc w makowéj kapocie i pasie ladajakim, którego strzępki starannie zawijał, Paliszewski doszedł do tego, że się żadna już sprawa bez niego nie obeszła, i co najważniejsze, najzawikłańsze jemu były powierzane.
Milczkiem się gotował, z klientem nie mówił wiele, przed przywoływaniem sprawy nikt o niéj słowa od niego nie posłyszał, ale gdy się odezwał, było czego posłuchać. Bo czy z papieru mówił, czy z pamięci, tak ułożył, co tylko było na poparcie swego, tak wyłuszczył się jasno, tak przycisnął swą logiką sędziów, że dekret opisać musieli, prawie jak im podyktował.
A gdy mu winszowano potém, odpowiadał kłaniając się nizko:
— To nie ja, mości dobrodzieju, to sprawa wygrała!
Szalonym, co się do niego czepiali, że przeciw nim stając wygrał, odpowiadał pocichutku, bez wzruszenia, zawsze jedném przysłowiem:
Si te judex bene judicabit, cede justitiae; si male, cede fortunae!
W domowém życiu nie było człowieka, coby mniéj potrzebował; mieszkał zawsze w izdebce niezmiernie oddalonego dworku na drugim końcu miasta, chodził pieszo, ubierał się ubogo, a grosza tak pilnował, że się nikt pochlubić nie mógł, by mu go kiedykolwiek wyciągnął. Człowiek to był bez namiętności, młodość przeżył nie spojrzawszy na kobietę, nie rozumiejąc, co to sobie w czémkolwiek dogodzić, skąpił tylko nadzwyczajnie, i jak mówiono, taką miał żyłkę do prawa i ochotę do procesów, że gdyby mu sprawy zabrakło, gotówby sam siebie pozwać, byle miéć co robić. Ale spraw w owe czasy dla palestry szczęśliwie nie brakowało nigdy, a były niektóre tak pomyślne, że się po lat dwadzieścia ciągnęły.
Z powodu skąpstwa, miano Paliszewskiego za bogacza, bo wiedział niejeden, co gdzie wziął od kogo, a grosz raz u niego w worku, już więcéj świata nie ujrzał.
Zbierał tak, zbierał, a fama rosła tak, że dwa razy złodzieje nią zwabieni napadli na dom szukając tych skarbów, ale się oszukali, bo grosza nie znaleźli. Co miał, wszystko składał w niewiadomém jakiémś, dobrze obraném schronieniu.
Trwało to życie bez najmniejszéj zmiany lat przeszło dwadzieścia, a że starsi mecenasi pomarli, drudzy się zbogaciwszy na wieś powynosili, skończyło się na tém, że Paliszewski stanął na czele palestry w chwili, gdy jéj ostatnia wybiła godzina.
Zaprowadzone zmiany, którym do końca wiary nie dawał, uderzyły go jak piorunem — zbyt stary, by się mógł uczyć, zbyt nałogowy, by inny tryb życia obrał, poszedł ostatniego dnia do sądów, posiedział milczący i choć rażony w serce, nie dawszy tego poznać po sobie, ale chwiejąc się na nogach, do domu powrócił.
Stara gospodyni jego dworku powiadała, że przez parę tygodni po całych dniach słyszała go chodzącego szybko w izdebce ciasnéj i niezrozumiałemi wykrzyknikami mówiącego do siebie. Jak drzewo wzruszone burzą, chwiał się czas jakiś nie pewien, co pocznie, potém powoli nowy tryb życia sobie wyrobił. Zrana o godzinie ósméj latem i zimą, słotą czy pogodą, wychodził regularnie na mszę, po któréj albo do jakiego księdza na chwilę wstąpił posiedziéć, lub ku dawnym sądom podszedł, pochodził w dziedzińcu i zwolna kierował się do domu.
Tu brał się do pracy, jakgdyby najpilniejsza do niéj wołała go potrzeba, układał w fascykuły i spisywał papiery, które mu z dawnych spraw pozostały, robił sumaryusze, niekiedy biegł aż do starych akt dla zweryfikowania czego, rozpoczynał kwerendy, drabował akta, a to w rzeczach, które nikogo nie obchodziły prócz niego. Śmiano się z niego jak z waryata, on się z szydzących nawzajem uśmiechał. Ale tą pracą do tego doszedł, że się stał żywym regiestrem wszystkich ksiąg aktowych i żadna kwestya obejść się bez niego nie mogła. On jeden wskazać mógł rok, księgę i możność wyszukania dokumentu, któregoby kto inny, dwa lata próżno grzebiąc się, nie znalazł. Uczuwszy się potrzebnym, brał od każdego aktu, w ten sposób wskazanego, mało wiele, jak mógł, ale darmo nic nie zrobił. I tak daléj, acz pomaleńku zarabiał. Zjadłszy, co mu gospodyni dworku uwarzyła, przedrzemawszy się kwadrans, siadał znowu do roboty, aż go dzwon na nieszpory budził. Szedł na nieszpór, czasem znów zajrzał ku sądom, westchnął i już na noc kroczył do domu. Tu znowu rozpatrywał się w papierach, grzebał, konfrontował, pisał i pracował czasem do północka. Największą mu łaskę zrobił, kto jaką starą od lat stu osądzoną a zawiłą napomknął sprawę. Naówczas siwe jego oczy żywiéj nieco wlepiały się w jakiś punkt nieschwycony, wąs zadrgał, a nazajutrz już Paliszewski uczył się tego procesu i odsądził go de noviter repertis po swojemu.
Gdzie chował pieniądze, nikt nie doszedł, ale widzieli wszyscy, że je miéć musiał, zaczęto mu o nie dokuczać. Oddawna widać pod sekretem na zastawy pożyczał, ale gdy się zajęcia zmniejszyło, lichwiarz powoli wyrósł z mecenasa. Zadziwiającą jednak było rzeczą, że człowiek tak przebiegły, tak zręczny, tak znający ludzi, tu dawał się oszukiwać najhaniebniéj. Żydzi go jakoś wymacali, że był chciwy i byle który zaofiarował wysoki procent, wziął go jak swego na tę pospolitą wędkę. Sprzedawał, jak to pospolicie mówią, talar po trzy grosze, i puścił ich dosyć tym sposobem, to biorąc nie wartujące nic zastawy, to dokumenta na domy, których żydzi nie posiadali. Opamiętał się po niewczasie, stał ostrożniejszym, ale zawsze jeszcze zręczniejsi, to pozorem bogactwa, to uczciwością chwytali go kiedy-niekiedy. Oszukany starał się nowemi oszczędnościami nagrodzić sobie poniesione straty, i podwajał skąpstwa.
Chodził téż, jak-eśmy go widzieli, w makowéj wytartéj kapocie, w kontuszu nie mającym już żadnego koloru, tak, że na ulicy wziąć go było można za żebraka. Postarzał się znacznie, a mimo pobożności, nigdy mu jakoś na myśl nie przyszło, że umrzéć może, że to tak ułożone zegarkowo życie przerwać się kiedyś musi. Wprawdzie troszczyć się nie miał o kogo, bo familii przynajmniéj w tych stronach nie widać było, a nikt nie mógł go się dopytać, skąd pochodził.
Od wielkiéj owéj zmiany, która zaszła w życiu jego, gdy zmiany w sądownictwie usunęły go od zwykłych zatrudnień, czas swój spędzał, jak-eśmy powiedzieli, nie szukając ani towarzystwa, ani ludzkiéj pomocy.
Ta zimna jakaś mizantropia, ten pozór zagadkowy, postać tajemnicza i oryginalna zaciekawiły mnie do tyla, żem usilnie starał się go poznać i zbliżyć do niego.
Nie będę opisywał, ile mnie to dni straconych i wysiłków kosztowało — użyłem pozoru jakiéjś sprawy spadkowéj, która dawnemi prawami rozstrzygać się miała, prosząc go o poradę. Zastałem Paliszewskiego w jego izdebce na przedmieściu, która z drugim maluczkim przedpokoikiem, tarcicami tylko od niéj oddzielonym, całe jego składała mieszkanie. Izdebki były nagie, smutne, wilgotne i silnie przejęte stęchlizną. W pierwszéj, jakieś sprzęty liche ledwie dojrzéć dawał zmrok, który tu panował; w drugiéj trochę było jaśniéj, ale równie ubogo. Jedno okienko oświecało izdebkę, stolik przysunięty do ściany, zarzucony papierami i pokryty resztką wyszarzanego zielonego sukna, łóżeczko wyleżane, jak tapczan zakonnika, wązkie i twarde i kilka kufrów wpół otwartych, z których pliki jakieś widać było.
Paliszewski siedział na starém trochę obłamaném krzesełku w białym kitlu, który od częstego prania pościągał się i ledwie się dając spiąć, rękawy miał tylko po łokcie. Na nosie miał okulary starodawne, bez podtrzymujących ramion, mocno na nos wciśnięte, a sznurkiem obejmujące głowę, zamiast butów jakieś chodaki wydeptane. Nic go wszakże przybycie obcego nie zmieszało; popatrzał, spytał, poprosił siedziéć i wziął się do papierów. Zdziwiłem się nadzwyczajnéj wprawie, z jaką zaledwie rzuciwszy okiem na papier, intuicyjnie zgadywał, co zawierał, i wybornemu sądowi, który wydał o rzeczy. A że nie o to mi szło, ale o poznanie człowieka, począłem go wprowadzać w rozmowę. To mi się raz pierwszy całkiem nie udało; zamilkł, nałożył okulary, słuchał bardzo obojętnie, ale dawał mi uczuć, że powinienbym poradziwszy się pójść sobie i czasu mu nie zabierać.
Dopiéro spoufaliwszy się z nim, poznałem go bliżéj, lepiéj i mogłem czasem wyprowadzić na gawędkę. Ale i w tém zawsze był oszczędny, a ująć go nie miałem czém, bo prócz skąpstwa i jurysteryi żadnéj słabości nie miał.
Użyłem fortelu niewinnego na przyciągnienie go ku sobie. Miałem pliki ogromne jakiegoś procesu odsądzonego przed stu laty, bardzo porządnie przez starego kawalera stryjaszka ułożone chronologicznie. Dałem mu jeden fascykuł na załakomienie i wziąłem jak na wędkę. Witał mnie potém przyjeżdżającego, chciwie patrząc na ręce, czy mu dalszego ciągu tego ciekawego dzieła nie przynoszę. Tak w nim grała namiętność i podbudzona ciekawość, że, by wytargować resztę sprawy, stał się nawet grzecznym, miłym i pochlebcą.
Kiedym go tak już ujął, spytałem raz nagle:
— Panie Paliszewski, na Boga, cóż cię tam obchodzić może, jak jakiś proces przed stu laty odsądzono?
Paliszewski się skrzywił, nie bardzo chcąc odpowiadać, poprawił okulary.
— E! mój jegomościuniu — rzekł — co to gadać? Państwo macie teatr, książki i ludzi, a ja co? Ot te jedne zbutwiałe papiery, w których sobie życia szukam. I panu to dziw!
— Ależ i pan znalazłbyś także ludzi, zajęcie, towarzystwo, i inny cel w życiu!
— Zapóźno! jegomościuniu! zapóźno! obejrzał się Holofernes, a hołowy nema! Już mnie to nie obchodzi! Odpowiem panu, że jak dobrze prowadzoną sprawę czytam, to jakbym tam sam był, aż ręce świerzbią poklasnąć! Albo to mało się poznaje ludzi! Oj! oj! jegomościuniu, ani lekarz, ani kapłan nie zajrzeli tak nigdy do serca ludzkiego, jak my. Wieleż to uczciwych ludzi sumienia inaczéj się nam po sekretnéj konferencyi wydawać musiały! Albo i sędziowie! Oj! oj! napatrzyło się różnych, bywało idziemy do izby sądowéj uprzedzeni, że ichmościów strona skaptowała, a myślisz jegomość, żeśmy się tego lękali? Weszli arbitrowie, poczęły się głosy, czasem człek i przekonał, a częściéj wstydu napędził i sprawę wygrał! Ba! tak wygrał, że ten, co ją przegrywał wobec opinii publicznéj, która go potępiała, cichaczem poszedł jak zmyty. No, i jak ja nie mam sobie przypominać tych czasów, w których zrosłem i do których przyrosłem!
Tu stary zamilkł, choć go słuchałem z taką uwagą i w takiém milczeniu, że mógł był mówić do jutra. Opamiętał się, że zawiele powiedział, zasępił i ramionami ruszył. Po chwili przecie znowum go potrafił z téj żółwiéj skorupy jego obojętności wyprowadzić.
— Ot tak — rzekł — dziwujcie się, nie dziwujcie, a ja do śmierci prawnikiem zostanę, jak-em był. To darmo! czém się skorupa za młodu napije, i na starość trąci. Nosiłem papiery chłopięciem, nauczyłem się wprzódy formularza niż katechizmu, teraz kiedy niéma co pisać, to się w starém grzebię!
Całe téż życie starca było w tych kilku słowach, i niewielem ich więcéj mógł na nim wymódz, milczeniem mnie zbywał, nie raz widocznie niecierpliwiąc się, żem mu do pracy przeszkadzał.
Jeszcze tak czas jakiś o swojéj godzinie, co raz wolniéj suwając nogami, chodził na ranną mszę i pod gmach sądowy, powracał do papierów, pracował do nieszpornego dzwonu i szedł spać późno w noc przy łojówce decyfrując akta, do których ledwie się przespawszy powracał. Jedyną dystrakcyę stanowiły targi z żydami wykupującemi zastawy, pożyczanie i odbieranie zastawów.
Wiedząc o jego groszu, a coraz posuwającego się ku grobowi go postrzegając, poczęli znajomi chodzić koło niego, żeby sobie spadek po nim zapewnić. Księża przypominali mu kościół i duszę jego, inni ujmowali go sobie małemi przysłużkami, przyjmował to obojętnie, ale gdy go naglono, odpowiadał zawsze:
— Ho! ho! będzie na to czasu!
I życie szło jak dawniéj bez zmiany żadnéj. Wzrok mu się osłabiony pracą popsuł, a siły tak opuszczały, że kwadransem wprzódy na mszę wychodzić musiał, nareszcie nogi puchnąć zaczęły.
Nie zmieniło to jednak trybu jego życia i tak raz z głową na stolik spuszczoną znaleziono go zrana umarłym.
Niewiadomo, co się stało z majątkiem pozostałym, który znikł, jakby go nie było. Pochowano go skromnie, fascykułami papierów gospodyni poczęła okna zaklejać na zimę, makowa kapota przeszła na jakiegoś szewca pijaka, trzcinę wziął jakiś krewny gospodyni, rzeźnik podobno, a szkatułki — Bóg jeden wié kto — a gdy jednego poranku stojący przed kramami żydzi nie zobaczyli go ciągnącego o zwykłéj godzinie ku kościołowi, pokiwali tylko głowami, domyśliwszy się, że już żyć nie musiał.
Ruszyli ramionami i to był jedyny po Paliszewskim nekrolog.

1877.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.