Don Kiszot z la Manczy i jego przygody/VIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor z Cervantesa streścił Zbigniew Kamiński
Tytuł Don Kiszot z la Manczy i jego przygody
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wyd. 1900
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
VIII.
ZACZAROWANA GOSPODA.

Widząc przybywających w takim smutnym stanie, a szczególnie ogromnego rycerza na małym osiełku, gospodarz zajazdu spytał, co im się stało.
— Chodziliśmy w poblizkie góry — odpowiedział Sanczo — i spadliśmy z jednego kamienistego wierzchołka, który się pod nami oberwał. Ja potrzebuję opatrunku, a mój pan jeszcze bardziej.
Litościwy oberżysta urządził im posłanie w lamusie, to jest w składzie niepotrzebnych rupieci, i przy pomocy swego parobczaka opatrzył ich rany i sińce.
Wśród tego opatrywania młody chłopak, obkładając ich plastrami, zauważył, że potłuczenia bardziej są podobne do znaków po dobrym basarunku, niż do sińców po upadku. Ale gospodarz kazał mu być cicho.
— Kiedy taki szanowny gość mówi, że upadł, to upadł i basta! — powtarzał oberżysta do swego sługi.
Dla oberżysty szanownym był każdy gość, od którego spodziewał się zarobku. Ale słowa jego tembardziej pochlebiły Don Kiszotowi, że je przypisywał uwielbieniu, jakie wzbudzała jego osoba.

— Gdybyś, uprzejmy gubernatorze tego pałacu, potrzebował pomocy mojego ramienia — rzekł rycerz — to wezwij mnie tylko, a pośpieszę na twoje usługi i nieprzyjaciół twoich skruszę na miazgę.
— Ja spokojny człowiek — odpowiedział oberżysta — i nie mam nieprzyjaciół, ale dziękuję panu za dobre chęci.
W tym samym lamusie ułożył się także do spania mulnik, który przyjechał wieczorem. Wkrótce zgaszono latarkę, i wszyscy trzej pogrążyli się w głębokim śnie.
W nocy nadjechało kilku furmanów. Oberżyście potrzebna była latarka, posłał więc po nią swego chłopca do lamusa. Don Kiszot, który miał czujny sen, zerwał się i wyciągnął ręce, mniemając, że to jakiś duch po lamusie chodzi. Naraz chłopiec potknął się o jego długie nogi i upadł. Na ten odgłos zerwał się mulnik, i będąc pewnym, że to złodziej, wpadł na Don Kiszota, wstającego ze swego posłania, a rzuciwszy się na niego, zaczął go tak bić, że biedny rycerz obalił się na pół żywy. Tymczasem parobczak, żeby guza nie oberwać, usunął się od Don Kiszota chyłkiem i trafił na tarczę. Rozbudzony giermek porwał się na niego i zaczął go pięściami okładać. Mulnik, zauważywszy, że jeden przeciwnik już jest całkiem pokonany, pośpieszył tam, skąd go dochodził odgłos uderzeń i wpadł na Sanczę i parobka. Wtedy wytworzyła się ogólna bójka, która potrwałaby może do samego ranka, gdyby jej nie przerwał zniecierpliwiony oberżysta, przybyły właśnie do lamusa, wołając gromkim głosem.
— Gdzież ten zbereźnik, mój parobek? Posłałem go po latarkę, i ani jego, ani latarki...
Usłyszawszy gniewne słowa swego pana, wyrostek przytulił się do najciemniejszego kąta. Wtedy mulnik spostrzegł swoją pomyłkę, gdyż oczywiście nie był to złodziej, który do lamusa się zakradł, popełznął więc na swoje posłanie. Don Kiszot nie chciał opowiadać przed wszystkiemi, że go sromotnie obito; i Sanczo Pansa za przykładem rycerza zachował milczenie. Cicho się więc zrobiło w lamusie, jakby makiem zasiał. Gospodarz namacał szczęśliwie latarkę i wyszedł, a za nim ukradkiem pobiegł i jego sługa.
Dobry już dzień był, kiedy Don Kiszot i Sanczo Pansa zbudzili się po nocy tak przyjemnej. Mulnika w lamusie już nie było.
— Straszni czarownicy nawiedzali mię dzisiejszej nocy — rzecze Don Kiszot.
— Oj, straszni, bo i mnie bardzo boli po ich wizycie — przytwierdził Sanczo.
— To musi być jakiś pałac zaczarowany — zauważył Don Kiszot. — Błędnym rycerzom nieraz trafiają się takie przygody.
Rano pan i sługa wsiedli na swoje wierzchowce i gotowi byli już do wyjazdu. Ale gospodarz zjawił się na podwórku i zażądał zapłaty za nocleg.
— Odkądże to w pałacach każą błędnym rycerzom dopłacać do zaszczytu ich przenocowania? — zapytał podrażniony Don Kiszot i tak potężnie ubódł ostrogami Rosynanta, że szkapina pocwałowała na gościniec, zanim oberżysta zdążył temu przeszkodzić.
Pozostał wszakże Sanczo Pansa, od niego więc oberżysta domagał się pieniędzy.
— Kiedy rycerz nie płaci, to i jego giermek także nie głupi — odburknął hardo Sanczo.
— Ja cię tu nauczę, ty trutniu, obieżyświacie!
— A szukaj sobie pan trutniów i obieżyświatów do nauki — odpowiedział znów Sanczo. — Ja mam swojego pana i jego nauki słucham.
Hałas, sprawiony ich kłótnią, sprowadził na podwórko furmanów.
— O co to wam idzie? — pytali.
— A to ten jegomość nie chce zapłacić za nocleg i jeszcze gada głupstwa — skarżył się oberżysta.
— To my go tutaj nauczymy. Poczekaj no, kawalerze, zrobimy ci zaraz małą operacyjkę.
Powiedziawszy to, ściągnęli Sanczę z osła, położyli go na grubej płachcie i zaczęli podrzucać do góry. W takiej zabawce można nieledwie wnętrzności z człowieka wytrząść, cóż dopiero pieniądze. Jednakże Sanczo zaciął się i ani chciał mówić o zapłacie.
Ujechawszy już spory kawałek drogi, Don Kiszot spostrzegł, że towarzysza swego nie ma obok siebie. Zawrócił tedy coprędzej i podjechał do parkanu, okalającego zajazd. Parkan był wysoki. Don Kiszot musiał stanąć na Rosynancie, żeby zobaczyć, co się dzieje[1] Patrzy — a tu Sanczo fruwa w powietrze wysoko, jak piłka, potem spada i znowu podlatuje.
Don Kiszot był wściekły. Z duszy i serca chciał nieszczęśliwego Sanczę ratować, ale wrota były zamknięte, a świeże potłuczenia zanadto bolesne, żeby rycerz mógł przez parkan przeleźć. Tylko więc gniewne słowa miotał na zbytników, którzy niewiele sobie z tego robili i bardziej jeszcze przeciągali swoją igraszkę. Aż zmęczeni, uwolnili nareszcie zmordowanego Sanczę, wsadzili go na osła i otworzyli mu wrota.

Wyjechał Sanczo, choć potłuczony, ale bardzo kontent, że nie zapłacił. Kontent był i gospodarz, który niepostrzeżenie ściągnął z osła zawiniątko z zapasami rycerza i jego giermka, był więc aż nadto hojnie zapłacony za nocleg tych obydwu gości.






  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak kropki.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Miguel de Cervantes y Saavedra, Zbigniew Kamiński.