Drobiazgi (Orzeszkowa)/„Pokociło się” i „Dam nogę”

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł „Pokociło się” i „Dam nogę”
Wydawca S. Lewental
Data wyd. 1892
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło skany na Commons
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron



„POKOCIŁO SIĘ” i „DAM NOGĘ.”



Scena z życia dwóch braci.



OSOBY:




WITOLD GAWDYŁŁO, obywatel wiejski, lat 40.
JADWIGA, jego żona, lat 25.
ZDZISŁAW PRĘDKOWSKI, koroniarz, brat Jadwigi, lat 30.

Rzecz się dzieje w Szydoszycach, majątku Gawdyłły, na Litwie.


SCENA I-sza.
JADWIGA I WITOLD
(Salonik wiejski wygodnie, lecz skromnie urządzony. Na kanapie, przed stołem, zarzuconym dziennikami, siedzi Jadwiga; Witold, w długim wygodnym surducie, stoi przed nią i na rozpostartych rękach trzyma motek włóczki, którą ona zwija).
JADWIGA.

Mój drogi! prędzéj poruszaj rękoma! prędzéj! prędzéj! bo takim sposobem do wieczora chyba włóczkę tę zwijać będę.

WITOLD (gderliwie i z mocno litewskim akcentem).

Prędzéj! prędzéj! a to dopiéro niewiasta, w gorącéj wodzie kąpana! mnie łokieć już tak zbolał, że niech Pan Bóg broni, a ona jeszcze: prędzéj! wszystko jéj prędzéj! czysta koroniarka z ciebie!

JADWIGA (z wymówką).
Wstydź się, Witoldzie! znowu wymawiasz mi, żem rodem z Korony... a tyle razy już cię prosiłam...
WITOLD (zawstydzony).

No, przepraszam, przepraszam cię, kiciu! Tak mi się to jakoś niechcący wypstryknęło. Ale bo, widzisz, duszeczko, to ten Zdzisław draźni mię trochę temi swemi koroniarskiemi bzikami. Odkąd przyjechał tu trejkocze a trejkocze, a to czemu nie ubierzesz się staranniéj? a to: czemu u was meble takie staroświeckie? a to: czemu zaprząg taki...

JADWIGA (upuszczając umyślnie kłębek).

Widziu! kłębek mój! kłębek!

WITOLD (pośpiesznie rzucając się za kłębkiem).

Oj, pokociło się! pokociło się! pokociło! (Wsuwa głowę pod kanapę; Jadwiga, śmiejąc się, popycha nogą kłębek, który zatacza się pod fotel. Witold biegnie ku fotelowi, ciężko upada na klęczki i wsuwa głowę pod fotel. Śmieją się oboje).

WITOLD

Koci się! koci się! Jezus, Panna Marya! ot i znowu pokociło się!


SCENA II-ga.

CIŻ I ZDZISŁAW.

ZDZISŁAW (Staje we drzwiach w eleganckiém ranném ubraniu, z laseczką w jednéj ręce, a cylindrem w drugiéj).

Co się stało? Jadwisiu, zlituj się, co się tu u was stało? koci się! okociło się! pod fotelem... w salonie... Adio! daję nogę i nie zobaczycie mię, jak na obiad!...

JADWIGA.

Zdzisiu! dajże pokój z żartami temi... chodź.

WITOLD. (Z kłębkiem, wydobytym z pod fotela, w ręku, z osłupieniem, z za którego przebija się ironja, do Zdzisława, który zbliża się ku siostrze).

Co dajesz? co dasz? nie dosłyszałem, nogę... czy co? jak to: dasz nogę? komu? na co? za to? żebyś jeszcze rękę dawał, no, to połóżmy...[1] ale jakże to można dać nogę? co?

ZDZISŁAW. (Mówi płynnie i prędko, żartobliwie, ale z odcieniem wyższości w głosie i postawie).

Cóż dziwnego, szwagierku? usłyszawszy wchodząc rozpaczliwe wołanie twe, mniemałem, że miał tu miejsce wypadek... nieestetycznéj wcale natury, a że właśnie przed chwilą napawałem wzrok mój cudowną zielenią niw, a powonienie uroczą wonią kwiatów, nie chciałem rozkosznych wrażeń psuć trywialnością gospodarskiéj katastrofy i zawołałem: dam nogę! to jest: ucieknę.

WITOLD.

Ach! będę teraz wiedział, że: ucieknę! mówi się w języku panów koroniarzy: dam nogę!

ZDZISŁAW (z żywą gestykulacyą).

Nie inaczéj, szwagierku, i jeżeli zechcesz być sprawiedliwym, podziwiać będziesz dosadność, co mówię, artystyczną plastyczność wyrażenia tego. Przez jakiż bowiem znak zewnętrzny objawia się ucieczka? Przez przyśpieszone stąpanie. Co czyni człowiek, który pośpiesznie stąpa? Posuwa on nogi swe prędko, coraz prędzéj. Kędyż posuwa je? pośród przestrzeni, w objęciach któréj szuka ratunku przed nienawistném lub zatrważającém zjawiskiem. Czémże więc jest w saméj istocie swéj owa mechaniczna czynność, dokonywana przez ustrój uciekającego człowieka? Najpewniéj, nie jest ona czém inném, jak tylko podawaniem, lub téż dawaniem nóg jego przestrzeni. Dixi.

WITOLD (na stronie).
Ależ gada? no gada! to dopiero język gdyby taradajka!...[2] (głośno z udaną pokorą): Słuchałem, podziwiałem i umocniłem się w mniemaniu, że nas biednych, zająkliwych litwinów, Pan Bóg na to musi być[3] stworzył, żeby panowie koroniarze śmiać się z kogo mieli. Śmiejcie się sobie, drwijcie, kpijcie, na zdrowie! a my taki[4] co wiemy, to wiemy. Języków nam, tak jak wam, białoskórnicy[5] nie wyprawiali, aby mleły mowę człowieczą, niby pytel ziarno, ale kiedy przyjdzie do pracy, do czynu, wtedy... oho! kochanieńki, dużajmy się... dużajmy się...[6] ile wlezie...
ZDZISŁAW (z lekkiem podrażnieniem).

Dużajmy się! dużajmy się! co prawda, zbyt często panowie litwini mówicie o tém, że przewyższacie nas na polu pracy i czynu, tak często, że mamy już tego dosyć...

WITOLD.

Jeżeli wy możecie wyśmiewać się z mówienia naszego, niechże i nam wolno będzie błędy wasze wytykać. Mamy tego dosyć, jest wyrażeniem wcale nie polskiém, ale galicyzmem, czystym przekładem z francuzkiego: vous en avez assez. Litwini téż umieją czasem po francuzku tylko, że, mówiąc po polsku, z fancuzkiego[7] tłumaczyć zwyczaju nie mają. Myśmy wierni mowie ojców naszych.

ZDZISŁAW.

Znowu przechwałki!

WITOLD.

Wcale nie przechwałki, bo, jak żyję, nie słyszałem, żeby było rzeczą lisznią[8] mówić prawdę. A prawdą jest, żeśmy od was, panowie koroniarze, pracowitsi, wytrwalsi, poważniejsi, moralniejsi...

ZDZISŁAW (z ironją).

Skromniejsi...

WITOLD,

E! kochanieńki, daj pokój, tylkoż już ze skromnością daj pokój i brakiem jéj nam nie przytykaj, bo wié o tém dobrze świat i korona polska kędy to najżyźniéj urodziła blaga...

ZDZISŁAW (wesoło).

Wiem, wiem! w Koronie! wiecznie nam blagę tę w oczy rzucacie, ale mamy już tego dosyć! Muszę ja raz z tém skończyć i wytłomaczyć tobie, szwagierku, w szczególności, a całéj twojéj Litwie w ogóle, czego to właściwie objawem jest ta, tak przez was okrzyczana, blaga. Owóż, wiedziéć macie, że istnienie blagi w kraju jakimś dowodzi współrzędnego istnienia w nim cywilizacyi... czémże bowiem jest blaga, jeżeli nie naśladowaniem i udaniem wszystkiego, co świetne, wytworne, wielkie i piękne... słowem cywilizowane. A któż naśladować może to, czego nie widzi, nie słyszy, nie dotyka? gdzie są naśladowcy, tam musi być wzór; gdzie więc istnieje blaga, tam musi istniéć i cywilizacya...

WITOLD (z osłupieniem).

Otóż przewróciłeś kota do góry nogami!... No, już ja ciebie, braciszku, winszuję z takim wyobrażeniem o bladze i cywilizacyi.

ZDZISŁAW (parskając śmiechem).
Cha, cha, cha, cha! winszuję ciebie... cha, cha, cha! winszuję ciebie!... z takiém wyobrażeniem! cha, cha, cha! Winszować kogoś z czémś!... po jakiemu to, szwagierku, bo przecież nie wtrynisz we mnie, że to po polsku.
WITOLD (zmieszany trochę).

No, cóż tam wielkiego, Jezus, Panna Marya! chciałem powiedziéć: winszuję tobie... i tak mi się to jakoś w innych przypadkach wypstryknęło... Ale powiedz że mi i ty z łaski swojéj, co to znaczy: nie wtrynisz we mnie?... jak żyję, nie słyszałem...

ZDZISŁAW (nie zmieszany bynajmniéj).

To jest, szwagierku, lapsus linguae, czyli: poślizgnięcie się języka...

WITOLD (z tryumfem).

Aha! to i wam także języki ślizgają się czasem, choć jesteście tak cywilizowani, że aż macie blagę... A co się tycze téj cywilizacyi... to, jeżeli mię słuch nie omylił, powiedziałeś, że na Litwie cywilizacyi niéma ani ksztynki...[9]

ZDZISŁAW.

Jako żywo, nigdy o żadnéj krztynce nie mówiłem...

JADWIGA (rzucając na stół robotę).

Boże! jaką mi te sprzeczki przykrość sprawiają!

WITOLD.

Powiedziałeś kochanieńki...

JADWIGA (z prośbą do męża).

Mój Widziu...

WITOLD (do Jadwigi).

Nie przeszkadzaj, kiciu, bo zapomnę, co miałem powiedzieć... (do Zdzisława): powiedziałeś kochanieńki, powiedziałeś, że litwini ciemni, jak tabaka w rogu, barbarzyńcy... Naturalnie, naturalnie, my ciemni, barbarzyńcy, ani słowa! Powiedz mi tylko z łaski swojéj: zkąd to był rodem Mickiewicz? co? słyszysz, braciuszku? Adam Mickiewicz! musi być z ucywilizowanéj korony był on rodem, co?

ZDZISŁAW.

Wiem, wiem, słyszałem tysiąc razy! Mickiewicz jast[10] konikiem, na którym zawsze jeździcie, ilekroć zamarzy się wam o wyścigach z nami... Prawda, Mickiewicz był litwinem. Posiadacie tę wielką chlubę przeszłości waszéj. Ale myśmy postępowi, więcéj myślimy o teraźniejszości, niż o przeszłości... Wejdźmy na pole teraźniejszości i tu dopiéro (z ironją) dużajmy się...

WITOLD (z tłumionym gniewem).

Powtarzasz pan wyrażenia moje... ale cóż zrobić... znosić trzeba... a przy tém...

JADWIGA.

Mój Witoldzie...

WITOLD (do żony).
Nie przeszkadzaj, duszeczko, bo zapomnę... (do Zdzisława): przytém, dowiedziéć się chciałbym, co nam tak ważnego pokazać możecie na tém polu teraźniejszości?
ZDZISŁAW.

W dziedzinie rolnictwa: gospodarstwo płodozmianne...

WITOLD.

Jest i u nas, jest i u nas!...

ZDZISŁAW.

Gdzie?

WITOLD (zmieszany trochę).

No, tak... tędy owędy...

ZDZISŁAW.

Aha! rozumiem. W dziedzinie przemysłu: miasta fabryczne takie, jak Łódź, Zgierz...

WITOLD.

Niemieckie kochanieńki, niemieckie...

ZDZISŁAW (na stronie).

Pal djabli! prawdę mówi! (głośno i śmiało); co zaś do umysłowości: zkąd na wiejskie ustronia wasze leje się rosa, deszcz, co mówię, ulewa myśli i wiedzy, w postaci tych oto (wskazuje na stół z dziennikami), tych oto wytworów pracy naszéj, postępu naszego...

WITOLD (mrukliwie).

Takież tam wytwory... Jezus, Panna Marya!

ZDZISŁAW (z uniesieniem).

Co? co? co? jak za grosz pistolet! Otóż to wdzięczność wasza za to, że oświecamy was i cywilizujemy! Otóż to ocena, którą praca nasza spotyka od panów litwinów! To już doprawdy przechodzi wszystko! to już daléj nie idzie! (porywa ze stołu zeszyt „Ateneum“ i przyskakuje z nim do Witolda). Patrz! patrz na szacowne wydawnictwo, czy i ono także, jak za grosz pistolet?

WITOLD (namyśla się).

Hm, to prawda. Pismo to porządne, niéma co mówić, porządne, seryozne, człowiek się zeń dużo nauczyć może... (uderzając się dłonią w czoło) ależ... aha! Kto wydaje te piękne książeczki? powiedz! kto to taki i jak się nazywa?

ZDZISŁAW (nie dorozumiewając się o co idzie).

Któż? Spasowicz. To wiadomo. I cóż ztąd?

WITOLD (chichocząc z tryumfem).

A gdzież on urodził się, ten wielki mówca... ten szlachetny obywatel kraju... ten... ten... E, o nim, panie dobrodzieju, skórę wołową można-by zapisać i jeszcze by nie stało... Gdzież on urodził się: musi być na waszém Królestwie! co! Ehe! urodził się on w gubernii Mińskiéj, którą geografowie nie uśpieli jeszcze w granice waszego Królestwa włączyć... ha! ha! ha!...

ZDZISŁAW (smutnie).
Masz racyą... masz racyą... (namyślając się): ależ on sam pisma swego nie redaguje... mieszka gdzieindziéj... redagują je w Warszawie, a sam przyznałeś...
WITOLD (z powagą).

Redaktor: Oskierko! Jak żyję, nie słyszałem, żeby Oskierkowie byli koroniarze...

ZDZISŁAW (niecierpliwie).

Ale czyż to jedno Ateneum jest na świecie... masz oto starożytne, zasłużone, pełne różnych osobliwości, pismo, prenumerujesz je przecie...

WITOLD (patrząc na pokazywany mu dziennik).

A! Tygodnik Illustrowany!... Prawda, że nie litwin... (z nagłym tryumfem): Ale żonaty z litwinką! Jak Boga mego kocham, dokumentalnie wiem, że żonaty z litwinką... z Lidzkiego powiatu... czy co?

ZDZISŁAW (śmieje się z przymusem).

Słowem, żeby nie było litwinów i żonatych z litwinkami, świat skończył by się dziś albo jutro... (przerzuca gazety i jedną z nich wysoko podnosi). Eureka! Aleksander Świętochowski... Pióro świetne jak tęcza, a ostre jak sztylet... Znakomity publicysta, autor Helwii, Niewinnych, nowelli O życie, etc., etc.. Ten chyba litwinem już nie jest...

WITOLD (z wahaniem).

Powiadają coś o nim... że... kacerz!... (po namyśle): Ale taki pięknie pisze, niéma co mówić! Jak on, panie mój, w Helwii Cezara tego stremendził[11], to aż mię aniołowie do nieba brali, albo w Borucie nędzę tych Szlązaków tak opisał, że płakaliśmy z Jadzią obok, jak bobry... Co prawda, to prawda... (przykładając sobie rękę do czoła). Ależ ja słyszałem o jakichś Świętochowskich na Litwie!... jak Boga mego... (z wybuchem): Ot i znałem nawet pannę Świętochowską, gdzieś w Grodzieńskiém... Jadziu, prawda, że znałem? Zdaje się nawet, że się w niéj podkochiwałem troszynkę... przed poznaniem się z tobą, Jadziuniu, przed poznaniem... Tak, tak, to litewska familia, ci Świętochowscy... a tylko on jeden... ten tam Aleksander, jakimściś przypadkiem do Korony zakocił się...

JADWIGA.

Czy wiecie, moi drodzy, że tak mię nudzicie temi wiecznemi...

WITOLD (do żony).

Ależ nie przeszkadzaj, lubciu, bo zapomnę... Ot i zapomniałem! A takiego cóś ważnego miałem na języku... O! przypomniałem... (do Zdzisława): Kraszewski jest litwinem!

ZDZISŁAW.

Urodził się w Warszawie.

WITOLD.

Co tam, że urodził się! Taki człowiek, jak on, wybornie bez urodzenia się swego obejść się może... Ale rodowe gniazdo jego...

ZDZISŁAW.

No tak, tak! Ale... czyliż nam brak ludzi znakomitych na wszystkich polach, abyśmy o jednego spierać się musieli! Naprzykład, lekarze nasi: Chałubiński, Baranowski, Kosiński...

WITOLD.

I u nas! i u nas! Nieboszczyk Wróblewski, nieboszczyk Habicht, nieboszczyk Zdanowicz...

ZDZISŁAW.

A światłość wiekuista niech im świeci... nasi żyją i prosperują...

WITOLD.

Nasz Cywiński téż żyje...

ZDZISŁAW.

Cieszę się tém. Ale idźmy daléj. Artyści dramatyczni: Królikowski, Żółkowski, Modrzejewska, Derynżanka, Popiel...

WITOLD.

I u nas! i u nas! Był Surewicz, była Palińska...

ZDZISŁAW.

Nasi są i świat wogóle, a prasę w szczególności sobą napełniają...

WITOLD (z razpaczliwym[12] giestem).

Na miłość Bozką! człowiecze! idżże po rozum do głowy! Jakim że sposobem, gdzie nasi artyści dramatyczni być i świat napełniać sobą mogą? Nieszlachetnie jest wymawiać komuś niedostatki, pochodzące z niezależnych od niego okoliczności!

ZDZISŁAW (zmieszany trochę).

Prawda... przepraszam... ale przecież malarstwo nie ulega już chyba okolicznościom niezależnym... Gdzież są wasi wielcy malarze? u nas: Matejko...

WITOLD.

Galicyanin...

ZDZISŁAW.

Ale nie litwin... Brandt, który na obrazach swych podpisuje się: Brandt z Warszawy, dla tego zapewne, aby go sobie w przyszłości Litwa nie przywłaszczyła.

WITOLD (z wybuchem).

Siemiradzki nasz!...

ZDZISŁAW.

Siemiradzki nie jest ani litwinem, ani koroniarzem... Jest on rzymianinem; bo do dzieł swych bierze zawsze siużety rzymskie...

WITOLD.

Siużety rzymskie! Dobry to rzymski siużet, który najpiękniejszą i najdroższą pracę swą ofiarował w darze Sukiennicom krakowskim, który głośno i śmiało mówi wszędzie i wszystkim: kim jest i jaka matka go rodziła... E! daj Boże, aby panowie koroniarze jak najwięcéj takich rzymskich siużetów mieli... żeby wszyscy w takie siużety przemienili się... Wtedy to dopiéro przyznalibyśmy im wyższość nad nami.

ZDZISŁAW.

Bagatelka! chce, abyśmy przemienili się w pięć milionów Siemiradzkich... żąda cudu, aby szacunek nam swój ofiarować... ale mniejsza o to, myśmy i bez cudu żadnego koroną kraju...

WITOLD (z udaną pokorą).

To prawda... a my już chyba tem tylko, co pod koroną.

ZDZISŁAW.

Więc, niby... głową?

WITOLD (pokornie).

Musi być...

JADWIGA (z niepokojem).

Zdzisiu! proszę cię: skończ tę sprzeczkę! Zdzisiu mój drogi, ustąp!..

ZDZISŁAW (do siostry).

Dla ciebie to zrobię! co tam zresztą. Witold poczciwy, a tylko uparty i zarozumiały, zwyczajnie jak litwin!

WITOLD (zrywa się i w patetycznéj pozie przed żoną stając).

Otóż i znowu, otóż i znowu wymyśla nam od upartych i zarozumiałych! Powiedz, Jadziu, powiedz że mu ty, duszeczko, czy ci źle jest na Litwie między litwinami? czy żałujesz, żeś za litwina poszła? czy ja jestem tyran, okrutnik, barbarzyńca...

JADWIGA (żywo).

Ależ nie, nie, Witoldzie. Nietylko bratu memu, ale i całemu światu, w każdéj chwili powiedziéć jestem gotową, żem ani przez jedną chwilę nie pożałowała tego, iż pomimo uprzedzeń rodziny, pożałowała a po części i własnych, zdecydowałam się zostać twoją żoną... Litwa jest piękną, malowniczą, uroczą krainą, a tyś najlepszym z mężów...

WITOLD (tryumfująco do Zdzisława).

Słyszysz, kochanieńki, co? czy o którymkolwiek koroniarzu z ust kobiecych wyjść może podobne zdanie?

ZDZISŁAW.

O! dla Boga! czemuż-by nie! wychodzą różne i jeszcze lepsze; lecz co się tyczé natury litewskiéj, w żaden sposób zgodzić się nie mogę na oddawane jéj przez Jadzię pochwały.

WITOLD.

A toż dla czego?

ZDZISŁAW (patetycznie).

Znasz ty ten kraj, w którym Karpaty się wznoszą?

WITOLD (zajękliwie).

A ten... ten... w którym odwieczne puszcze wiewają...

ZDZISŁAW.

Sam wasz Kraszewski opiewał Wisłę... (deklamuje):

„Wisło moja, Wisło szara, czemu mętne wody twoje?
„Jakże mętne być nie mają, kiedy do nich łzy padają.

WITOLD (idzie w drugą stronę i deklamuje także).

„Wilia naszych strumieni rodzica, dno ma złociste, a niebieskie lica, piękna litwinka...“ (uderza się dłonią w czoło i staje) ależ u nas natura, to, Jezus, Panna Marya, jaka piękna! Białowiezka puszcza... sosny pod niebo... u stóp sosen mech... brusznice i co tam więcéj... aha! żubry! żubry, panie mój, ostatnie w Europie żubry... czy to psy? co?

ZDZISŁAW (lekko).

U nas żubrów niéma, ale téż i niedźwiedziów niéma...

WITOLD (hamując gniew).

Czy to przytyk do... do tego, że to my litwini... niedźwiedzie?

JADWIGA (w stronie).

Boże! oni się naprawdę pokłócą, jak tylko do niedźwiedzi przyjdzie, to już źle... (wstaje, zamyśla się, po chwili z figlarnym giestem): Poczekajcie! zaraz ja was pogodzę! (wybiega)!

ZDZISŁAW.

Pocóż bo zaraz wszystko brać do siebie, chyba na téj zasadzie, że sztuknąć w stół, nożyce się odezwą...

WITOLD (ze złośliwém uradowaniem).

Sztuknąć! sztukać! sztuka! sztukają! Jak panowie koroniarze pięknie po polsku mówią, to aż miło... Ale... ale... zapomniałem zapytać się o h. Coście zrobili z naszém h? z naszém ojczystém, piękném, z naszém ukochaném h? coście uczynili z tą cząstką narodowéj spuścizny naszéj, z tą zgłoską, którą ojcowie nasi wymawiali, gdy mówili honor? Gdzieżecie je pochowali?[13] Czemuście ją na potratę[14] oddali? Mówże pan! odpowiedzi oczekuję! gdzie jest...

ZDZISŁAW (w osłupieniu).

Jakie ch? co za ch? nie rozumiem.

WITOLD.

Nie rozumiész! zapewne! powiedz-że: honor.

ZDZISŁAW.

No, chonor, chonor i cóż z tego.

WITOLD.

To, że mówi się po polsku nie chonor, ale honor; nie cherbata, ale herbata; nie chotel, ale hotel; nie chrymnąć, ale hrymnąć...[15] H... h... h... h... słyszysz, kochanieńki, h...

ZDZISŁAW (z niecierpliwością).

Ależ mniejsza o to! mniejsza o to! aż mi w uszach od waszego ch zachuczało! Prawdę mówiąc, bez tego waszego ch wybornie żyć można... ale... bez czego życia nie pojmuję, to... to... zgadnij!

WITOLD.
No i bez czegóż tam? bez mazowieckich piachów...
ZDZISŁAW.

O nie! bez takich kobiet, jak nasze koroniarki...

WITOLD.

O Jezus, Panna Marya, i cóż tam takiego wielkiego te wasze kobiety?

ZDZISŁAW.

Pełne gustu i estetyki...

WITOLD.

Strojnisie!

ZDZISŁAW.

Pełne wdzięku...

WITOLD.

Kokietki!

ZDZISŁAW.

Wymowne...

WITOLD.

Wygadane!

ZDZISŁAW.

Ładniutkie...

WITOLD.

Malowane!

ZDZISŁAW.
Zgrabne, żwawe...
WITOLD.

Lafiryndy... fertki...

ZDZISŁAW.

O! za pozwoleniem! z pomiędzy tych to, jak je nazywacie lafirynd i fertek, wyszedł cały szereg kobiet bohaterek, kobiet uczonych i poetek, zaczynając od Wandy, która wolała rzucić się w objęcia śmierci, niźli niemca...

WITOLD.

Galicyanką była nie koroniarką... z Krakowa rodem...

ZDZISŁAW.

Potém Jadwiga, która dla dobra kraju oddała rękę swą barbarzyńcy Jagielle.

WITOLD.

Wielki to był dla niéj zaszczyt...

ZDZISŁAW.

Chrzanowska... która...

WITOLD.

E! oklepana historya!

ZDZISŁAW.

A teraz... czy istnieje u was, jak u nas, liczne grono kobiet autorek, redaktorek i instytutorek, — kobiet, które działają na polu publicznych prac i zasług, które...

WITOLD.
Niewiasty nasze cnotliwe są. Doma siedzą i len przędą.
ZDZISŁAW.

A czy w przędzeniu żadne nie zachodzą pauzy?

WITOLD.

Jakie pauzy? co za pauzy? Niéma żadnych pauz! Są one skromne...

ZDZISŁAW.

Gęsi...

WITOLD.

Oszczędne...

ZDZISŁAW.

Flądry...

WITOLD.

Gospodarne...

ZDZISŁAW.

Kucharki...

WITOLD.

Dobre matki...

ZDZISŁAW.

Kokosze...

WITOLD.

Wierne żony...

ZDZISŁAW.

Różnie bywa...

WITOLD (bez tchu prawie).

Co? co? co? czy dobrze słyszałem? Różnie bywa... znaczy to, że... czasem bywa... E! tego już za wiele! czarne kalumnie wasze dosięgły już cnoty i niewinności matek, żon i siostr naszych... paskudném podejrzeniem dosięgły aż do naszych ognisk domowych... Tego już za wiele... mówiłeś: gęsi! zcierpiałem...

ZDZISŁAW.

Mówiłeś: fertki, — zniosłem.

WITOLD.

Mówiłeś: flądry, — przebaczyłem.

ZDZISŁAW.

Rzekłeś: lafiryndy, — nie dosłyszałem.

WITOLD.

Kucharki, kokosze, — uśmiechnąłem się tylko szydersko...

ZDZISŁAW.

Malowane... wygadane, — puściłem mimo uszu...

WITOLD.

Ale „różnie bywa“ o! Jezu, Panna Marya, panie dobrodzieju mój, tego „różnie bywa“ ani ścierpiéć, ani przebaczyć nie mogę. To: „różnie bywa“ jest pieczęcią, którą pan przypieczętowałeś wszystkie... wszystkie... dzisiejsze blagi i... i... impertynencye swoje... których nadal nie życzę sobie we własnym domu... zno... zno... znosić!...

ZDZISŁAW (wzburzony).

Znaczyć to ma, że mi pan dom swój wymawiasz... Postępek ten, ze strony pana, jest bardzo dobrze... Gościnność, ta sławna gościnność litewska, o któréj tyle słychać za górami, daléj już iść nie może! I owszem... i owszem... rad nawet jestem, że zajście to skróci pobyt mój w tém pół dzikiém miejscu, w którém nudziło mi się śmiertelnie... (porywa laskę i kapelusz). Za kwadrans już mnie tu nie będzie... choćbym miał pieszo ztąd wyjść... muszę tylko pożegnać siostrę... Pozwolisz pan, że chwilę jeszcze poczekam tu na moję siostrę... (siada przy stole, ukrywa twarz w dłoniach i mówi do siebie): Biedna siostra moja! biedna Jadwiga za barbarzyńcę Witolda wydana.

WITOLD (plecami zwrócony do Zdzisława na stronie).

Cości niegrzecznie znalazłem się... Jadzia będzie zmartwiona... Ale już taki i święty nie wytrzyma téj koroniarskiéj impertynentności... Fumy, panie dobrodzieju mój, fumy... blaga... płochość i do tego — złość... O złość! wygaduje na nas, głumi się[16] nad nami, a potém jeszcze o kobietach naszych powiada: „różnie bywa!“ Dość już tego! — nadojadło![17].

JADWIGA. (Wchodzi powoli bocznemi drzwiami, z otwartą książką w ręku i, nie spostrzegając niby obecnych, głośno, z pięknym polskim akcentem i głębokiém przejęciem się czyta):

..........„ty jesteś jak zdrowie,
Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowié,
Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całéj ozdobie
Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie”.

(Nie podnosząc oczu z nad książki, siada na fotelu; ciszéj w zamyśleniu powtarza): Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowié, kto cię stracił!... (Zdzisław podnosi twarz i patrzy na siostrę).

WITOLD (patrząc w ziemię).

Kto cię stracił!

JADWIGA (czyta).

Panno święta, co Jasnéj bronisz Częstochowy
I w Ostréj świecisz bramie!
........................
Jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem,
Tak nas powrócisz cudem na ojczyzny łono...

ZDZISŁAW (z westchnieniem).

Powrócisz!

WITOLD (półgłosem).

Jasnéj bronisz Częstochowy i w Ostréj świecisz bramie...

JADWIGA (czyta).

Tymczasem, przenieś duszę moją utęsknioną
Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych,
Szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionych;
Do tych pól malowanych zbożem rozmaitém,
Wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem,
Gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała,
Gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała,
A wszystko przepasane, jakby wstęgą, miedzą
Zieloną, na niéj zrzadka ciche grusze siedzą...

ZDZISŁAW (zrywając się).

Jakie to piękne!...

WITOLD (plecami zawsze do Zdzisława zwrócony).
Przepyszne...
ZDZISŁAW!

Co za język!..

WITOLD (jak wprzódy).

Cudowny!...

ZDZISŁAW (z lekkim uśmiechem).

Choć kaleczymy go...

WITOLD (Zwracając się profilem do Zdzisława, porywczo).

To i cóż! Ale w dziełach geniuszów, panie dobrodzieju mój!...

ZDZISŁAW.

Wznosi się on nad niedołęztwa nas pospolitych biedaków i dusze nam czaruje...

WITOLD (z uczuciem).

Aj, aj! jak czaruje!

JADWIGA (od niechcenia).
Bo jest naszym ojczystym i wspólnym (czyta znowu).

Śród takich pól przed laty, nad brzegiem ruczaju,
Na pagórku niewielkim, we brzozowym gaju,
Stał dwór szlachecki, z drzewa, lecz podmurowany,
Świeciły się zdaleka pobielane ściany,
Tém bielsze, że odbite od ciemnéj zieleni
Topoli, co go bronią od wiatrów jesieni...

ZDZISŁAW (do siostry, ze smutkiem w głosie).

Pamiętasz, Jadziu? tak właśnie wyglądał dworek rodziców naszych... tam... nad Pilicą. Opuściliśmy go w dzieciństwie jeszcze, wraz z odjeżdżającym na zawsze ojcem i nigdyśmy już tam więcéj nie wrócili...

WITOLD [18]do żony).

Nic to, duszeczko! nie martw się, kiciu! Tak samo chwała Bogu wyglądają dotąd jeszcze Szydoszyszki nasze!...

ZDZISŁAW.

Takie dwory wiejskie, to prawdziwa pamiątka, to karta z historyi obyczaju naszego, która dziwnie jakoś do serca przemawia...

WITOLD (wzdychając).

Aj, aj! jak przemawia!...

JADWIGA.

Bo jest on obyczajem ojczystym, naszym, wspólnym... (Witold i Zdzisław zwracają się ku sobie twarzami, ale nie patrzą na siebie, Jadwiga przerzuca karty). Alboż ten ustęp z muzyki Jankiela! (Czyta).

Muzyk bieży do prymów, przerywa takt, zmąca,
Porusza prymy, bieży z drążkami do basów,
Słychać tysiące coraz głośniejszych hałasów.
Takt marszu, wojna, atak, szturm, słychać wystrzały,
Jęk dzieci, płacze matek... Tak mistrz doskonały
Wydał okropność szturmu, że wieśniaczki drżały,
Przypominając sobie ze łzami boleści.

ZDZISŁAW (z uniesieniem).

O, jak potężnie z kilku wierszy tych przemawia przeszłość...

WITOLD (nieznacznie ocierając łzę z oka).
Oj ta przeszłość... przeszłość!...
ZDZISŁAW.

Z całą boleścią swoją...

WITOLD.

Aj! aj! i jaką...

JADWIGA.

(Witold i Zdzisław podnoszą oczy i patrzą chwilę na siebie w milczeniu).

JADWIGA (wstając żywo).

No, uściskajcie się bracia! prędzéj!

WITOLD (z wahaniem i gderliwie).

Prędzéj! wszystko jéj prędzéj!

ZDZISŁAW (poważnie).

Witoldzie! ona ma racyą...

WITOLD.

Musi być ma... ale...

ZDZISŁAW (śmiejąc się).

Co tam za ale... Ja nic już nie pamiętam i ty zapomnij i przebacz... (roztwiera szeroko objęcia) drogi! kochany, „Pokociło się!“

WITOLD. (rozrzewniony, ocierając znowu łzę z oka).

Najdroższy, „dam nogę!” (ściskają się i całują serdecznie).

JADWIGA (wesoło).
Brawo! brawo! Takim powinien być raz na zawsze, koniec waszych domowych sporów i rywalizacyi...
ZDZISŁAW.

Prawda! prawda!

WITOLD (całując Zdzisława).

Święta prawda! (przestaje całować i przez chwilę w milczeniu patrzy w oczy Zdzisławowi, potém z wyrazem prośby i zarazem tryumfu w głosie): A taki, kochanieńki, Mickiewicz był litwinem!







  1. Przypuśćmy.
  2. Bryczka terkocząca.
  3. Zapewne.
  4. Pomimo wszystko.
  5. Garbarze.
  6. Probójmy kto silniejszy.
  7. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – francuzkiego.
  8. Zbyteczną.
  9. Odrobinki.
  10. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – jest.
  11. Zgniótł, zdruzgotał.
  12. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – rozpaczliwym.
  13. Schowali, ukryli.
  14. Na zatracenie.
  15. Upaść, runąć.
  16. Znęca się.
  17. Sprzykrzyło się.
  18. Przypis własny Wikiźródeł Brak otwarcia nawiasu.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.