<<< Dane tekstu >>>
Autor Xavier de Montépin
Tytuł Dwie sieroty
Podtytuł Dorożka № 13
Wydawca J. Terpiński
Data wyd. 1899-1900
Druk J. Terpiński
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Fiacre Nº 13
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


X.

Jan-Czwartek słuchał z natężoną uwagą słów mówiącego. Wygłoszone zdanie mechanika: „Pewien bardzo ważny szczegół nakazywał mi dowiedzieć się, kto przedemną zajmował to mieszkanie w hotelu, jakie ja zająłem...“ mocno go intrygowało.
— Co to znaczy? — zapytywał siebie.
Loupiat tymczasem wrócił z piwnicy z butelką, którą wypróżniono w oka mgnieniu.
Jan-Czwartek powstał.
— Ile się należy odemnie? — zapytał.
— Szklanka wina i chleb z serem... ogółem dwanaście sous.
— A o tej butelce pan zapomniałeś?
— Ja płacę; — odrzekł Ireneusz.
— Ależ nigdy! zawołał Czwartek. Ja ją ofiarowałem i ja winienem zapłacić. Nie jestem bogatym, to prawda, lecz znam zasady towarzyskie, i żyć umiem. Zresztą tak dalece nie potrzebuję się oszczędzać... Niezadługo nadejdzie, mam nadzieję, chwila, w której ten pugilares zostanie grubo wypchany banknotami.
— Spodziewasz się pan sukcesji? zagadnął śmiejąc się Loupiat.
— Zdaje się to panu być dziwnem, a jednak jest prawdziwem. Moje wzbogacenie się zależy od bardzo drobnej rzeczy... Potrzeba mi tylko znaleźć a raczej odnaleść kobietę, nic więcej.
Ireneusz teraz słuch natężył.
— Kobietę... której niewidziałem od lat dwudziestu; tak moi przyjaciele, jest to najczystszą prawdą!
— Od lat dwudziestu?! — zawołał Moulin, coraz mocniej zdumiony.
— Tak; jak to już miałem honor powiedzieć. Ale cóż pan znajdujesz w tem tak niezwykłego?
— Dziwna łączność położenia pomiędzy nami dwoma zaiste!
— Jakto? miałżebyś pan kogoś także poszukiwać?
— Naturalnie.
— Również kobiety?
— Tak; której ślady straciłem od lat wielu.
— Ha! ha! — to dziwne, w rzeczy samej. Wszak niema dowodu, ażeby nią miała być taż sama, której ja poszukuję?
— Jak nazywa się osoba, której pan szukasz? zapytał Moulin.
— Dla czego?
— Niepodobna mi na to odpowiedzieć.
— Ponieważ nie znam zupełnie jej nazwiska.
— Żartujesz pan!...
— Bynajmniej. Mówię zupełną prawdę. Dla odnalezienia wspomnianej osobistości, potrzeba abym ją spotkał i poznał. A! byłaby to długa historja do opowiadania, cała historja rodzinna... a pan wiesz, że dzieje tego rodzaju bywają chowane pod pieczęcią tajemnicy. Zostawić je najlepiej dla siebie. A zatem nic już więcej nie powiem.
— I dobrze pan zrobisz!.. wymruknął Ireneusz przekonany, że jego poszukiwania nic wspólnego mieć nie mogły z poszukiwaniem nieznajomego.
Wiemy iż mylił się tylko w połowie, i że ponury, tajemniczy węzeł łączył Klaudję Varni z wdową po skazańcu.
— A zatem żegnam panów!.. Do widzenia!.. rzekł ów, żegnam panów!... Do widzenia!.. rzekł ów wytrawny złodziej powstając. Pan wyglądasz na uczciwego chłopca, panie mechaniku. Skoro mi wypadnie tędy przechodzić, radbym spotkać się z nim ażeby tu wypić znów razem kieliszek wina, a skoro tylko otrzymam tę spodziewaną sukcesję, zafunduję panu śniadanie, no!.. co się zowie!
Północ minęła.
Jan-Czwartek zapłaciwszy rachunek, wyszedł w stronę Amsterdamskiej ulicy, i wkrótce przybył na Berlińską.
Dzielnica ta w czasach, gdy rozpoczynamy nasze opowiadanie, nie była taką, jaką ją dzisiaj widzimy.
Kilka domów zaledwie wznosiło się tu w znacznej od siebie odległości, pooddzielane pustemi placami z drewnianem ogrodzeniem.
Pod rogatkami rabusie, łotry bez dachu nad głową, otwierali sobie tu przejście, wyjmując deski z ogrodzenia i wstawiając je napowrót. W ten sposób urządzali sobie noclegi na placach opustoszałych.
Pałacyk wynajęty przez panią Dick-Thorn znajdował się pomiędzy dwoma takiemi placami, na których leżały kupy kamieni, przeznaczonych do przyszłych budowli.
Podobne ogrodzenie znajdowało się w tym pałacyku, oddzielonego od podwórza tylko małym murem zaledwie na dziewięć stóp wysokim.
Jan-Czwartek zapamiętał numer podany mu przez Szpagata. Zatrzymawszy się naprzeciw rozpatrywał front budowli.
Wszystkie okna były szczelnie zamknięte. Żadne światełko nie połyskiwało z poza spuszczonych rolet.
— Widocznie, mruknął — iż wewnątrz ciemno być musi jak w piecu, ale nie można temu dowierzać. W niektórych mieszkaniach znajdują się wewnątrz okiennice, lub bardzo grube podwójne firanki, i światło którego na razie nie widać, może sobie błyszczeć jaknajlepiej. Miejmy się na baczności. Trzeba obejrzeć tylną część budynku, w jaki jednak sposób? Nie radbym przechodzić wierzchem przez ogrodzenie i ryzykować swej skóry...
— Tu zapaliwszy fajkę, szedł zwolna wzdłuż palisady, próbując rozdzielić pospajane deski w nadziei iż może która wbita w ziemię mniej silnie, da się wyrwać pod naciskiem ręki.
Daremnemi były jego usiłowania. Ogrodzenie silnie się trzymało.
Łotr zwrócił się w ulicę nowoprzebytą, a okrążającą plac pusty, po za pałacykiem.
Tam pogrążone było wszystko w ciemności i milczeniu. Nie było tu zupełnie domów, ani latarń, ni trotuarów. Błoto jedynie, oślizgłe i głębokie wklęsłości, powyżłabiane ciężkiemi wozami, zalegało ulice.
Na prawo i lewo składy drzewa.
— Tu mogę być zupełnie spokojnym, — mówił sobie, — patrole nie krążą w tej okolicy. Jeżeli nie znajdę otworu w deskach mogę bez obawy przejść wierzchem ogrodzenie. I szedł dalej.
Nagłe zatrzymał się. Za ogrodzeniem napotkał mur.
— Niema co szukać, — wymruknął, nie znajdę już przejścia, trzeba zaporę przesadzić.
To mówiąc zgasił fajkę, schował ją w kieszeń i przy pomocy pięści, z zadziwiającą siłą i zręcznością gimnastyczną przeskoczył ogrodzenie i znalazł się po drugiej stronie tegoż, na pustym placu, zarośniętym trawą.
Rozpoznał położenie miejscowości. Stał na wprost tylnej części pałacyku, zamieszkiwanego przez panią Dick-Thorn.
Po prawej leżały wielkie odłamy kamieni kredowej białości, oczekując na młotek kamieniarza. Po lewej znajdowała się szopa.
— Aby w mej tylko nie było nikogo... wyszepnął, trzeba się o tem upewnić.
— Przekradł się między kamiennemi płytami, ukrywając w cieniu, ażeby nie być widzianym poczem wślizgnął się cicho w głąb szopy.
Pod owym lekkim, dorywczo postawionym budynkiem, znajdowały się kupy desek, żerdzie, drabiny, wory na śmiecie, liny do wiązania rusztowań, i narzędzia robotnicze różnego rodzaju, jak: łopaty, rygle, drągi, lewary, obcęgi i tym podobne.
Jan-Czwartek przejrzawszy szybko to wszystko i przetrząsnąwszy kąty, aby się upewnić, że w szopie niema nikogo, wyszedł uspokojony, zwracając się w stronę muru, zamykającego pałacowy dziedziniec.
Okna od tej strony nie były zaopatrzone ani okiennicami ani roletami. Żadne z nich nie było oświetlone.
— Sprawa nie będzie trudną rzekł sobie, ale mur nieco za wysoki jak na moje zdolności gimnastyczne, zresztą znalazłszy się po za tem, nie mógłbym może wejść, napowrót, i został bym schwytany jak szczur w pułapkę. Szczęściem, że mam pod ręką drabiny.
To mówiąc wszedł do szopy.
Wybrał z pomiędzy kilku drabin, murarską najkrótszą, najlżejszą, zarzucił ją na ramię, i wracał wzdłuż muru, o który oparł ją cicho.
Za nim wszedł na pierwszy szczebel drabiny wsunął rękę do kieszeni chcąc się upewnić, czy nie zgubił szklarskiego djamentu, dłuta i noża oraz innych narzędzi, jakie mogły mu służyć do użytku w razie konieczności to jest, gdyby która z kobiet przebudziwszy się, zaczęła przyzywać pomocy.
Wszystko znajdowało się jak trzeba.
— Dobrze! — wymruknął, ale to nie dosyć. Potrzeba by mi było jeszcze narzędzia do otwierania szuflad, mam tylko jeden wytrych. Liczyłem na Szpagata... Niepodobna przecie podważać zamków palcami. Może ja tu odnajdę coś przydatnego. I wszedł do szopy po raz trzeci.
Niebo tymczasem pokryło się chmurami, księżyc przysłonił obłoki, głęboka ciemność zapanowała.
Jan-Czwartek macając rękoma, znalazł obcęgi, ale były zbyt grube i ciężkie, a panująca ciemność uniemożliwiała mu prowadzenie dalszych poszukiwań.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Xavier de Montépin i tłumacza: anonimowy.