Dziecię nieszczęścia/Epilog/I

<<< Dane tekstu >>>
Autor Xavier de Montépin
Tytuł Dziecię nieszczęścia
Wydawca A. Pajewski
Data wyd. 1887
Druk A. Pajewski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Józefa Szebeko
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


I.

Ośmnaście miesięcy upłynęło od wzruszającej sceny, którą przedstawiliśmy czytelnikom naszym.
Położenie osób opowieści niniejszej, mało się zmieniło w przeciągu tego czasu.
Pani de Nathon i córka jej, jasnowłosa Herminia, mieszkały razem to w pałacu na bulwarze Hausmana, to w zamku Amberville w Normandji.
Armand Fangel wyprowadził się z pawilonu, gdzie już nic nie usprawiedliwiało jego obecności i widywał się z hrabiną bardzo rzadko.
Baronowa de Vergy, usiłując złagodzić swą obecnością pocieszającą boleść niezmierną, której stała się mimowolną przyczyną, spędzała trzy czwarte swego czasu przy kuzynce.
Berta, spokojna i zrezygnowana pozornie, była w rzeczywistości głęboko i śmiertelnie smutną.
Chorą nie wydawała się wcale, a jednak widać było po niej, iż życie z niej ucieka.
Pan de Nathon podróżował zagranicą.
Do żony pisywał często.
Listy, w których wynurzało się jego serce, mówiły wiele o nieskończonem uczuciu, przywiązaniu, lecz nigdy o powrocie.
Więc kochał jeszcze bardziej i nie mógł zapomnieć.. Więc nieuleczalna rana zagoić się nie mogła i krwawiła się ciągle.
Zima z roku 1869 na 1870 upłynęła zwolna.
Była to zima dziwnie smutna.
Wielka stolica wydawała się osobliwie przygnębioną.
W powietrzu dawał się czuć jakiś złowrogi powiew, ponure przynoszący wróżby.
„Międzynarodówka“ pracowała w mroku.
Feliks Pyat w Londynie wznosił toast na cześć „kuli“, a dzienniki nieprzejednane skwapliwie powtarzały go i zachwalały.
Najwięksi optymiści przewidywali niechybną katastrofę.
Krwawe widmo „komuny“, zjawiało się na horyzoncie we mgłach blizkiej przyszłości.
Francja wpadła w zasadzkę, zastawioną przez tego człowieka ponurego geniuszu, przez tego Machiavela kolosalnego, który dziś nazywa się księciem Bismarckiem.
Książę de Gramont wstąpił na trybunę i wiadomość o wypowiedzeniu wojny spadła jak piorun.
Na ten huk gromu cały kraj zadrżał, ale z radości nie ze zgrozy.
Francja, ślepo ufająca w swą potęgę wojskową, Francja, zwycięzka pod Sewastopolem, pod Magentą, pod Solferinem, czyż mogła bez obrażenia samej siebie, przypuszczać możebność niepowodzeń?
Po stokroć nie! To też cokolwiekbądź dałoby się powiedzieć, zapał olbrzymi był i powszechny, a gdy pułki przechodziły, dążąc ku granicy, witano je okrzykami:
— Idą po zwycięztwo!
Złudzenia, złudzenia, jak nigdy!
Po tak pięknych rojeniach, jakaż nastała rzeczywistość!..
Najprzód Wissemburg, potem Forbach, potem Reischoffen, walki przerażające i pełne chwały, bo jeden walczył przeciw dziesięciu, bo kilka tysięcy bohaterów nie zostało zwyciężonych ale zaduszonych tłumami wojsk niemieckich, padli rozszarpani przez kartacze niemieckie.
A przecie mimo to wszystko, jeszcze się łudzono, jeszcze się pocieszano nadzieją.
Nareszcie nastało zupełne przebudzenie: Sedan!
Ujęcie Paryża w żelazne kleszcze stawało się faktem.
Zalew całej Francji przez niemieckie żołdactwo stawał się blizki.


∗             ∗

W październiku już Armand Fangel zajął miejsce w szeregach gwardji ruchomej departamentu Doubs.
Z wyboru został porucznikiem.
Pani de Nathon przypuszczając, że ci gwardziści prowincjonalni przeznaczeni będą do obrony Wogezów, tych fortyfikacji naturalnych, tych wąwozów potężnych, wydanych wrogowi prawie bez walki, opuściła Paryż wraz z Herminią i baronową, i zamieszkała w zamku Cusance, ażeby bliżej być syna.
Hrabia de Nathon, który podróżował po Austrji, powrócił do Francji spiesznie, skoro tylko wojna została wypowiedziana.
Dowiedziawszy się po przybyciu do Paryża, że hrabina wyjechała do departamentu Franche-Comté, udał się do Besançon, gdzie miał dowództwo dzielny jenerał Rolland.
Wiek nie pozwalał hrabiemu zaciągnąć się do wojska regularnego, ale zebrał i uzbroił własnym kosztem mały oddział ochotników, złożony z dzielnych ludzi, którzy jak on, za Francję konającą gotowi byli poświęcić życie, przelać krew swą do ostatniej kropli.
Hrabia de Nathon znajdował się w Villersexel z garścią swych ludzi.
Prawdziwym bohaterem był onego złowrogiego i zarazem wzniosłego dnia, który dreszczem bólu przejął serca niemieckie.
Niechby powodzenie potrwało jeszcze dwadzieścia cztery godzin, a sztandar francuzki wespół z armatami francuzkiemi, wkroczyłby do księstwa badeńskiego.
Ale Garibaldi, w błąd wprowadzony pozornym atakiem kilkuset landwerzystów, przepuścił tymczasem armię Manteuffla i pozwolił przeciąć linię kolejową w Monchard.
Tym razem sprawa francuzka już była przegrana! Ostatnie widoki, ostatnie szanse znikły...
Odtąd wojskom regularnym, gwardzistom ruchomym i wolnym strzelcom pozostawało już tylko rejterować, a ścigały ich zewsząd kule i kartacze. Kiedy wśród najstraszliwszej nędzy i niewysłowionych niebezpieczeństw, większa część armii rzuciła się do Szwajcarji, gdzie ją czekała iście wzruszająca gościnność, kilka garstek gwardzistów ruchomych, kilka partji wolnych strzelców, oddzielonych od towarzyszów niedoli, tułało się jeszcze między skalistemi pagórkami pod Rougemont i Baume-les-Dames.
Otoczeni ze wszechstron, trapieni zblizka przez patrole pruskie, żołnierze ci zaimprowizowani, czuli się prawie zgubionymi, ale podtrzymywała ich jeszcze nadzieja, że sprzedadzą swe życie o ile można jaknajdrożej, że wielu wrogów zabiją, zanim sami polegną.
Zresztą musieli walczyć nietylko z nieprzyjacielem, ale z zimnem i głodem.
Śnieg, grubą warstwą pokrywający ziemię, stężał na mrozie i oślizgł, że chodzić było ciężko.
Żywności brakło...
Do wsi trudno się było dostać, gdyż wszystkie już wpadły w ręce najeźdźców.


∗             ∗

Noc zapadała mroźna i ciemna.
Gromadka sześciu ludzi biwakowała na polance, u szczytu wzgórza pokrytego lasem.
Ludzie w bluzach ciemnoniebieskich i w szerokich spodniach, założonych w buty, jakby ani trochę nie stracili energii.
Uzbrojeni byli w karabiny Remingtona, u pasów skórzanych wisiały im rewolwery i pałasze.
Przy pomocy noży i kolb karabinów, oczyścili ze śniegu kawałek ziemi i grzali ręce skostniałe przed ogniskiem, rozpalonem z suchych gałęzi.
Na końcu polanki z przeciwległych stron, stało dwóch na czatach ażeby nie dać się zaskoczyć znienacka.
Dowódzcą tej gromadki partyzantów, był starzec o twarzy szlachetnej. Broda długa, srebrnowłosa, spadała mu na piersi.
Bluzę zdobiła mu wstążeczka orderowa Legii honorowej.
Pomimo wieku, wydawał się jeszcze bardzo krzepkim. Oczy miał żywe, błyszczały mu one z pod gęstych brwi, które nie zbielały jeszcze tak, jak broda.
Przy całej powadze swej, zachował on zwinność i elegancję młodzieńczą.
Towarzysze okazywali mu głęboki szacunek i nazywali go to „mój kapitanie“, to „panie hrabio“.
Nagle w ciemnościach rozległ się głos placówki:
— Kto idzie?
Pięciu ludzi równoczesnym ruchem przyłożyło karabiny do ramienia.
Starzec z białą brodą pochwycił rewolwer.
— Francya! — odpowiedział jakiś głos,
— Przechodźcie! odezwał się szyldwach.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Xavier de Montépin i tłumacza: Józefa Szebeko.