Dziennik Serafiny/Dnia 7. Maja

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Dziennik Serafiny
Rozdział Dnia 7. Maja
Wydawca Księgarnia Gubrynowicza i Schmidta
Data wyd. 1876
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

Dnia 7. Maja.

Świadczę się sumieniem, że to było z tej okropnej nudy... ale, stała się historja... awantura i Mama mnie połajała...
Dwa dni temu, gdy mi tak życie było obrzydło, po raz pierwszy zaczęłam się przypatrywać Rotmistrzowi Puhale; temu przyjacielowi Cioci, co to zawsze przypadkiem do nas przyjeżdża, gdy ona się znajduje w Sulimowie.
Wcale nie stary człowiek i co się zowie piękny mężczyzna. Słusznego wzrostu, piersi wypukłe, głowa ładna, trzyma się po rycersku, elegant, wesoły i zabawny, a w oczach ma coś takiego, co mówi, że jest do czułości skłonny... Przypatrzywszy mu się... zaciekawiona nim zostałam... Spojrzałam nań raz, drugi... tak sobie, nawet bardzo nie zaostrzając wejrzenia. Zdaje się, że coś mu do głowy przyszło... i — ledwie Ciocia wyszła, patrzę, kołuje, kołuje... zbliżył się do mnie... Zaczęliśmy rozmowę, którą ja od Mamy nauczyłam się prowadzić, oczy się spotykały ciągle, a taki ma wzrok mówiący, iż mnie zaniepokoił. Zdawało mi się chwilami, że mi coś nieprzyzwoitego niemi powiedzieć chce. — Te maleńkie utarczki trwały cały dzień. Ale pan Rotmistrz, bardzo ostrożny puszczał się do mnie, gdy Cioci nie było, jak tylko ona weszła, jak gdyby go zimną oblał wodą. Ja też udawałam zajętę robotą.
Nazajutrz jużeśmy byli w bardzo przyjacielskich stosunkach... Czatował na mnie... i przylgnął. Parę razy bardzo zręcznie poddał Ciotce myśl, to wypoczęcia, to wyjścia z salonu...
Oczy mu natychmiast słodyczą się jakąś wypełniały... niezmiernie stał się czułym... Zawojowałam go... żartując z niego, dowcipując i wyrachowując się tak, aby oczy były najczulsze właśnie wówczas, gdy usta uśmiechały się szydersko...
Tak upłynął cały dzień... Wieczorem patrzę, Ciotka siedzi w kątku i dąsa się na Rotmistrza... Zbliżyłam się do niej, odwróciła się, zmierzywszy mnie oczyma jak sztyletami...
Udałam że nic nie rozumiem i grałam rolę niewiniątka... Wieczór zszedł na kwasach, Ciotka zaczęła się skarzyć na ból głowy i wyszła wcześnie... Rotmistrz znikł...
Ja z Mamą i Baronem dosiedzieliśmy do zwykłej godziny... i pobiegłam wprost do mojego pokoju... Tylkom co włosy rozpuściła i zabierałam się suknię zrzucić, wpada Pilska.
— Panna Serafina do Pani!
— W tak niezwykłej godzinie? cóż to takiego?
Pogroziła mi na nosie. — Co to panna Serafinka wyrabia?
— Ja? co się śni Pilsi?
— Ale — ale — burza się zbiera na Pannę.
— O niczem nie wiem w świecie...
— Idź Panna, idź, dodała szybko — i szepnęła w ucho: Nie przyznawaj się do niczego, choć przysięgnę, że jesteś winna...
Śpiewając, weszłam do pokoju Mamy. Ciocia stała na środka i zobaczywszy mnie zawołała:
— Słuchaj Serafinko! nad wiek jesteś przebiegła... i przewrotna!! Co to z ciebie będzie... Jakże mogłaś myśleć o bałamuceniu Rotmistrza...
— Ja? — krzyknęłam zdumiona, grając rolę moją wesoło — przedziwna jesteś Ciociu.
— A tak! przedziwna! — przerwała Ciocia — namówiłam sama Puhałę, żeby udawał, iż się do ciebie bierze... Sama stałam za drzwiami i przypatrywałam się doskonałej grze siostrzeniczki... wchodzisz w rolę — en toute perfection.
W głosie Cioci gniew czuć było.
— Ale Cioteczko... — przerwałam... — co za imaginacja...
— Osiemnaście lat... a bałamutka ostatnia...
Mama na mnie spojrzała.
— Czy i Mama temu wierzy? — zapytałam.
— Ja sądzę, że to tylko było niedoświadczenie i nieostrożność z twej strony — odezwała się Mama, boć nie przypuszczam w tobie żadnych myśli podobnych, ale, moje dziecko... raz na zawsze wiedzieć powinnaś, że wejrzenie młodej dziewczyny, ma niebezpieczną siłę i że niem rzucać nie potrzeba...
— Ale to skończony szatanek! — zawołała Ciotka... Moja droga... ją trzeba wydać co najrychlej... bo... no — zobaczysz...
— Cioteczko! moja najlepsza, moja najdroższa — poczęłam klękając przed nią i obejmując rękami. Sama powiedz, czyż już trochę łysy Rotmistrz mógł by mi się był podobać, abym pomyślała o nim?
— Tak! tak... łysy... — przerwała Ciocia gniewnie — jednak szeptaliście, gdy mnie nie było, i — oczki były w robocie...
Ledwie ją przebłagać mogłam, dając słowo, że więcej na Puhałę ani spojrzę.
Trochę to było nieprzyjemnie — ale mnie to zabawiło i pocieszyło... Mama usta zakąsywała i niegniewała się wcale...
Dałam zaraz dobranoc i wyszłam...
Ciotka została...
Drzwi od sypialnego Mamy pokoju, cieniuchne wiodą do garderoby, w której Pilska regularnie pod słuchuje... gdy jej tego potrzeba. Na palcach pobiegłam do niej, wyściskałam, wycałowałam, wytłumaczyłam, że tu idzie o mnie, iż niewątpliwie rozmowa się toczy, która mnie mocno obchodzi... wsunęłam się do ciemnej garderobki i ucho do drzwi!
W istocie mówiły o mnie... Głos Ciotki naprzód się dał słyszeć...
— Ty wiesz — mówiła do matki — że my rodem wszystkie prędko dojrzewamy... O Serafince potrzeba myśleć, ta nieszczęśliwa pensja ją rozwinęła do zbytku... Widzę i z oczów i z rozmowy, że chciwą już jest wrażeń, świata... wszystkiego co życie stanowi. Trzeba ją wydać za mąż... im prędzej, tem lepiej... Samaś mi mówiła, że Ojciec ma już projekta, należy ci go uprzedzić...
Serce mi biło słuchając. Była chwila milczenia. Mama westchnęła.
— Nie chcę mieć dla ciebie tajemnic — rzekła... Ona nie wie nic... Ja jeździłam do Lwowa po to, aby ją odebrać, choć tego jej poznać nie dałam, aby nie roiła przedwcześnie. Ten mój poczciwy, nieoszacowany Baron, ten prawdziwy przyjaciel, który Serafinkę kocha jak własne dziecię.
Ciocia zakaszlała — była jakaś chwila milczenia... Mama ciągnęła potem dalej:
— Pewnieś słyszała o młodym dziedzicu Herburtowa, Zaborowa i... przyległości...
— Nie wiele... szepnęła Ciotka — ale o nim coś mówią, jakoby był... prawie idiota...
— Gdzież zaś! co znowu! co ci ludzie plotą! przerwała Mama. Nie mogę zaprzeczyć, że jest bardzo słabego zdrowia i wątły. Wiesz, że dzieckiem był trochę skrzywiony... odprostowano go za granicą w jakimś instytucie... jest zupełnie jak drudzy, słuszny... przystojny... trochę blady... Umysł leniwy, to prawda... on sam, mimo lat dwudziestu kilku, bardzo naiwny... dziecinny, nie przeczę, — ale, odebrał wychowanie salonowe, ma parę milionów majątku... imie niezgorsze, i dla takiej żwawej jak Serafinka, właśnie stosowny na męża.
Baron już z jego stryjem mówił o tem. Chcą go ożenić, bo się boją, aby na nim familia nie wygasła... głupie panny nasze nie pochwyciły go jeszcze... wzdragają się, bo niepokaźny — i — mówiłam ci — naiwny... Ułożyliśmy z Baronem, aby stryj go zawiózł do Karlsbadu... Tam się poznają niby przypadkiem... Chłopak, pomimo wątłego zdrowia, ma być d’une complexion tres amoureuse, zakocha się niewątpliwie... Serafince każę mieć rozum... Uważam tę rzecz za skończoną...
Ciocia milczała...
— Cóż ty na to? spytała Mama...
— Ja? cóż ty chcesz, żebym powiedziała? Z tego co ja słyszałam o nim, wątpię, żeby się Serafince podobał... ma wyglądać trochę... excentrycznie... na jedno oko nic nie widzi, a na drugie niewiele.
Ale co też ci popletli! przerwała Mama — ma krótki wzrok, jak tysiące innych... słabowity... blady, ale dobre, poczciwe chłopię. Po francuzku mówi doskonale... w salonie milczy... nie orzeł... ale po co, po co nam te orły... dodała Mama, ażeby nas dzióbały... ci pełni dowcipu jak mój, którzy kończą na separacji, albo sprytni jak twój, co szpiegują i dręczą...
— Serafinka młoda i ładna... ten niedołężny...
Zaczęły szeptać i śmiać się. Zdaje się, że Ciotka podzieliła zdanie Mamy, bo sporu więcej nie było.
Już miałam odejść z głową pełną tego com słyszała, gdy Ciotka się odezwała:
— Kiedy tak... tyś mi się wyspowiadała... zapłacę ci równą ufnością. Zrazu nie chciałam cię gryźć tem... ale Rotmistrz mi przywiózł tę nowinę. Niepoczciwy bałamut, grosza bym za to nie dała, że gotów rachować już na przyszłość i zawczasu do Serafinki oczy słodkie robi... O! ci mężczyzni! ci mężczyzni! Uwierzysz ty temu... dowiedziałam się że mnie zwodzi z aktorką jakąś we Lwowie... Wiem o tem... a nie mogę mu w oczy plunąć i porzucić go!......
— Proszęż cię, o czem miałaś mówić?
— Tak — prawda, to był tylko epizod egotyczny — westchnęła Ciotka... Rotmistrz przybywszy mi zaraz oznajmił, iż po Lwowie chodzi pogłoska, jakoby Ojciec Serafiny umówił się już niemal o nią ze sześćdziesięcioletnim starcem, Jenerałem von Stahlen... Słyszałaś pewnie o nim. Człowiek niezmiernie bogaty, ogromne mający stanowisko na dworze, którego życie i sprawy wszystkim są znane... Jenerał, jak się zdaje — dosyć ci to powiedzieć i napomknąć, nie żeni się dla siebie... chce mieć żonę piękną, młodą, dowcipną dla karjery... Na dworze... przez kobiety robi się wiele...
Rozumiesz..
— To niegodziwy człowiek! krzyknęła Matka... do niego to podobne... Gotów własne zaprzedać dziecko... Według jego pojęć, nie będzie w tem nic zdrożnego, otworzy jej drogę... do sfer i łask najwyższych!! Ale — ja na to nie pozwolę — il a compté sans son hote. — Serafinę zaręczę w Karlsbadzie.
— Rotmistrz powiada — przerwała Ciotka — że Ojciec Serafiny z Jenerałem jadą także do Karlsbadu... Jenerał — muszę ci to powiedzieć, bom go widywała, nie wiem jak wygląda a huis clos, ale w towarzystwie, gdy włoży perukę, gdy napcha usta zębami cudzemi, gdy się wywatuje, wybieli, wyróżuje, wysmaruje, usznuruje... można mu dać lat... mniej pięćdziesięciu... Jest dowcipny, grzeczny... zna kobiety i takiemu dziecku jak Serafinka prędzej się potrafi podobać, niż twój głupkowaty Oskar...
— A mnie nie liczysz za nic — odpowiedziała Mama...
Szeptano ciszej.. Nie mogłam nic słyszeć, z głową pełną tych tajemnic, wysunęłam się do mojego pokoiku i padłam na łóżku... z bijącem sercem... wzburzona... poruszona...




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.