Dziewice nocy albo anioły rodziny/Część czwarta/I

<<< Dane tekstu >>>
Autor Paul Féval
Tytuł Dziewice nocy albo anioły rodziny
Wydawca J. Breslauer
Data wyd. 1853
Druk Drukarnia J. Kaczanowskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Les Belles-de-nuit ou Les Anges de la famille
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


I.
Trzech szlachty.

Od sześciu tygodni albo raczéj od dwóch miesięcy, w wielkim hotelu Czterech narodów, położonym przy ulicy Valois-Batare przed Pałais-Royal, zajmowali obszerne apartamenta znakomici cudzoziemcy w liczbie pięciu osób, to jest: trzech mężczyzn i dwie kobiety, nie licząc służby; a lubo mieli odmienne nazwiska, zdawało się jednak że składają jedną familię.
W 1820 r liczne hotele w pobliskości Palais-Royal położone, zamieszkałe były prawie wyłącznie przez kosmopoliów, graczy i rozpustników, których przynęcała ruleta i sława bogiń osiadłych w galerjach pałacowych. Gmach ten był ogniskiem rozkosznych tajemnic, a podagryczni wujaszkowie rozpowiadali o nim dziwy swoim buhajom siostrzeńcom. Sława jego była równie ustalony nad brzegami Tamizy, jak w Wiedniu, Berlinie i Włoszech. Dzicy Amerykanie opowiadali o nim cuda w swoich wigwamach popijając wodę ognistą, a wierni muzułmanie utrzymywali, że tam się mieścił raj obiecany im przez proroka.
W tym różno-barwnym święcie który się bezprzestannie zmieniał w okolicach Palais-Royal, żyło prawie tylu prawdziwych wielkich panów, co i awanturników niższego rzędu, i trudno było zaiste rozróżnić jednych od drugich; dla tego też nie zadawano sobie pracy w sprawdzaniu tego. Była jednakże pewna miara porównawcza, służąca dla wszystkich bezwzględnie w tym zbiorze hrabiów i baronów, gdzie święta równość jak ją nazywają przy wetach uczt politycznych, była religijnie zachowywaną. Nie dzielono tam bowiem ludzi na chrzościan i pogan, na liberalistów i rojalistów, na szlachtę i mieszczan, a raczéj zwracano tylko uwagę na pełną kieszeń lub próżną; a o ile pierwsi to jest z pełnemi kieszeniami, uchodzili za porządnych ludzi, o tyle z próżnemi uważani byli za szubrawców. Ponieważ los rządził tam jedynie i samowładnie, każdy taki szubrawiec mógł w jednéj godzinie zostać porządnym człowiekiem i na odwrót.
W towarzystwie ustaloném na podobnéj tolerancyi liberalnéj, panowie i damy mieszkający w hotelu Czterech części świata, zajmowali jedno z wyższych stanowisk, a mając dość gotówki w wspólnéj kasie, pędzili rozkoszne życie: grali grubo, wydawali szumne obiady i zupełna swoboda zawsze tam panowała.
Cudzoziemcy ci, nie byli to tuzinkowi wychodźcy, którzy niewiedzieć dla czego swój kraj opuszczają. Mężczyźni podróżowali za interesami politycznemi, ukrywając pod lekkomyślnemi pozorami najważniejsze sprawy.
Kawaler las Matas, przysposabiał rewolucję która pozbawiła tronu Ferdynanda VII; hrabia de Maniera określał plan ustawy portugalskiéj; a szlachetny zaś baron Bibander z Berlina, przybył wykładać liberalistom Francuzkim drogocenne pomysły i illuminizmu niemieckiego.
Z temi panami podróżowała margrabina de Urgel wdowa po grandzie Hiszpańskim I klassy, a siostra kawalara de las Matas. Dama ta, była zachwycającą istotą, namiętna jak Andaluzka, a nie okrutniejsza od Paryżanki. Mieszkała W hotelu przez pięć tygodni, poczém oddaliła się z drugą młodą damą o któréj nadmienimy, w inną oddaloną dzielnicę miasta, co jednakże nie przeszkadzało jéj odwiedzać codziennie po kilka razy hotel czterech narodów.
Młoda osoba która się z nią wyprowadziło, zaledwie wyszła z lat dziecinnych. W hotelu spostrzegano ją bardzo rzadko, bo prawie nieopuszczała swego pokoju z powodu słabości, w któréj ją służąca margrabiny dozorowała. Staranne ukrywanie się jéj przed wzrokiem mieszkańców hotelu, nasuwało tymże tysiączne domysły i zaostrzało do wysokiego stopnia ich ciekawość; a lubo ją prawie tylko raz jeden widziano, wszyscy sobie przypominali jéj nadzwyczajną urodę. Przechodząc ona w téj chwili przez korytarze do oddzielnego pokoju, który równocześnie z margrabiną opuściła, wydawała się bardzo strapioną Z opowiadań pokojowéj, która podziwiała przywiązanie, jakie pani okazywała młodéj osobie, sądzono początkowo że była młodszą siostrą margrabiny, lecz ich fizjonomio były zbyt różniące się, a biała cera i blond włosy dziecka, nie znamionowały pochodzenia hiszpańskiego.
— Ah! — mawiała zwykle pokojowa — jak moja pani ją kocha... pilnuje jak oka w głowie... pieści jak jedyną córką.
— Dla czegóż ona nie bywa u tych panów, których margrabina tak często odwiedza? — zapytywali czasami służącéj.
— Nie mówcie nic o tém... — odpowiedziała pokojowa — to jest tak słabowite stworzenie... że kiedy okno otworzy, to zdaje się jéj że już umiera.
Działo się to we dwa miesiące blisko po wypadkach zaszłych w pałacu Penhoela, to jest w miesiącu październiku z natury chłodnym i wilgotnym.
W salonie pomieszkania zajmowanego przez cudzoziemców w hotelu czterech części świata, znajdowali się kawaler las Matas, hrabia Manteira i baron Bibander.
Ogień palił się na kominku, na stole w środku pokoju nakrytym, widać było resztki obfitego śniadania.
Sama powierzchowność tych trzech panów, jak również język ich cudzoziemczyzną trącący, aż nadto przekonywały, że są obcemi w stolicy Francyi.
W epoce w któréj się odbywa nasza historja, twarze paryżanów były starannie golone i zaledwie spostrzegać się dawały małe faworyty wązko idące od ucha do nosa, bez śladu wąsów. Krótkie włosy zawijano à la Titus, i ażeby uchodzić za cudzoziemca, dość było zapuście długie włosy i wąsy. Oznak tych wspomnień trzéj panowie bynajmniej niezaniedbali, bo włosy ich spadały im za ramiona, a brody przybrały takie rozmiary, że śmiało o pierwszeństwo rywalizować mogły z brodą żyda tułacza.
Jako synowie półwyspu Pirenejskiego, hrabia i kawaler byli czarni jak kruki, zaś baron Bibander miał perukę podobną do lnu na kądzieli.
Były to osoby dość odznaczające się i zasługujące na dokładniejszy opis; lecz my ograniczemy się na tém, że od razu powiemy czytelnikowi: że kawaler las Malas, hrabia Manteira i baron Bibandier, byli po prostu dawnemi znajomemi, to jest: Robert zwany Amerykaninem, Błażéj zwany Śpiochem i były dowódzca Ułanów Bibandier.
Dwaj pierwsi osądzili właściwém, aby dla uniknienia śledztwa policyi, któréj władze sądowe dostarczyły ich biegu życia i rysopisów, przekształcić się zupełnie i zamienić nazwiska; co zaś do byłego ułana, ten był w podobném położeniu, wyjąwszy tylko, że jego nazwisko Bibandier niebyło znano sądom karnym.
Robert i Błażéj widząc swe nadzeje zniweczonemi w jednéj chwili, odnowili między sobą dawne stosunki przyjaźni i zaraz po dość niepochlebnem wydaleniu ich z pałacu, puścili się do Paryża zostawiając w Penhoelu Lolę, a natomiast uprowadzili biedną Blankę, którą Robert ukrywał w dawném schronieniu Bibandiera pod opuszczonym wiatrakiem; a lubo porwanie to niezgdzało się z widokami Śpiocha, który jak zawsze nie lubił darmozjadów, to zdanie jego bynajmniéj nie wpływało na ukartowaną myśl Roberta, który uważał teraz mniéj jak kiedykolwiek stósowném wypuszczać z rąk swoich dziedziczkę Penholu.
Błażéj po scenie zaszłéj w pałacu, w któréj groźny przybrał postawę przeciwko dawnemu panu, widząc teraz że już nie było środka do przywłaszczenia sobie 20,000. fr. dochodu, zawstydzony postanowił nadal w niczém nie sprzeciwiać się Robertowi, i skutkiem tego wypełniając dotąd z zupełną uległością wszelkie tegoż rozkazy, zaledwie parę razy ośmielił się wspomiéć mu o Blance.
Robert nie myślał wyrzucać jego postępku. Powodzenie ich rozłączyło, wspólne nieszczęście zbliżyć powinno, aby połączonemi siłami, śmieléj wystąpić mogli do walki na inném polu. Zresztą Robert miał zbyt wiele do myślenia, ażeby miał czas trwonić na rozpoczynanie próżnéj kłótni. Jakieśmy nadmienili, był on z tego rodzaju ludzi wytrwałych w pokonywaniu zawad, lecz zarazem oddających się miękkości w powodzeniu, którzy tracą część śmiałości w miarę, jak pozyskane korzyści mogły być narażone na stratę; i ażeby był sposobnym do spełnienia śmiałego oszustwa, musiał mieć wolne ręce i puste kieszenie.
W téj chwili zamiast zniechęcić się pod ciosem który go dotknął, uczuł w sobie silniejszą potęgę jak zwykle i z radością powracał w tłum paryzki, w którym mógł zbrojno występie. Dziesięć tysięcy franków które mu wyrzucono jak kość do ogryzienia, stanowiły zakładowy kapitał, mający posłużyć do rozpoczęcia dzieła. Od pierwszéj chwili ułożył w swój głowie kilka machiawelskich spekulacyj, a Blanka była jedną z najlepszych. Lecz jakim sposobem uprowadzić Blankę pomimo jéj woli? Trudno a raczéj nie podobném jest jechać sto mil drogi z dziewczynę która płacze, opiera się i wzywa ratunku.
Robert był wyzwolonym mistrzem w sztuce kłamstwa, Blanka zaś była tak łatwą do oszukania! Gdy umieścił ją za sobą na koniu, błagała go ze łzami ażeby ją odprowadził do matki.
Robert odpowiedział jéj z zadziwieniem:
— Czyliż pani myślisz że nie postąpiłem zgodnie z wolę twéj matki?... czyli nie wiesz co się dzieje w pałacu?...
Blanka otworzyła swoje duże oczy.
— Niestety! biedne dziecię... — rzekł Robert — matka ciebie tak kocha... ukrywała przed tobą nieszczęście do ostatniéj chwili... czyliż nigdy nie dostrzegałaś łez w jéj oczach?
— Oh! tak... bardzo często.
— I nie uważałaś pani, że mnie upatrywała, ażeby pomówić na osobności...
— Tak... — odpowiedziała Blanka.
— Bo byłem jéj powiernikiem... widziałem ile cierpiała biedna kobieta... usiłowałem ją pocieszać, lecz nie zdołałem ocalić...
— Mój Boże... mój Boże... — szepnęła Blanka — cóż się z nią stało?
— Ojciec twój pani sprzedawał częściowo folwarki, młyny, lasy, a nareszcie i pałac — odpowiedział Robert, którego szczera fizjonomia nadawała moc przekonywającą. — Pontałes wszystko od niego zakupił... Pontales, który uchodził za jego przyjaciela... twoja zaś matka, która pokłada we mnie zupełne zaufanie, prosiła ażebym cię odwiózł do Rennes, gdzie się z nami połączy.
Błażéj który naprzód jechał, nie mógł się wydziwić, dla czego Robert wysila się na wykręty rozmyślnie, ażeby się obarczyć dziewczyną chorowitą i płaczącą, bez majątku, słowem darmozjadem.
— Ale dla czegóż mama razem z nami nie odjechała?
Amerykanin zniżył głos, jakby miał coś ważnego powierzyć.
— Biedna panienko! — odpowiedział twoja matka chciała cię obronić przeciw postanowieniu ojca...
— Przeciw postanowieniu ojca?
— Nie śmiem ci tego wyznać... twój ojciec jest na łasce Pontalesa... i młody Alan kocha ciebie...
— Oh! — wykrzyknęła strwożona Blanka, poczém dodała tuląc się do Roberta:
— Dziękuję ci panie... dziękuję żeś mnie ocalił...
Blanka zaufała zupełnie Robertowi, a wsiadając do pojazdu w Redon, pewną była że jedzie złączyć się z matką.
Ponieważ nie miała żadnego pojęcia o odległościach, droga z Redon do Rennes mogła się dla niéj przeciągnąć bardzo daleko i gdy nakoniec objawiła niejaką wątpliwość, Robert wymyślił inną historję dla jéj uspokojenia.
Jadąc ekstra-pocztą, przybyli do Paryża w kilka godzin po Montalcie.
Najprzód stanęli w dawném zamieszkaniu Roberta dla powzięcia wiadomości potrzebnych i rozpoznania stanowiska.
Blanka cierpiąca, pędziła dni w łóżku wzywając matki.
W przeciągu tygodnia przybyła do Paryża Lola, którą stary Pontales wydalił haniebnie z zamku, a w kilka dni potém, zacny Bibandier wszedł pewnego razu do skromnego pomieszkania, które temczasowie nasi przyjaciele zajęli i uścisnąwszy ich z rozrzewnieniem, rzekł:
— Bez wymówek... prawda, że sobie z was zażartowałem... lecz mam 15,000 franków i składam je do wspólnéj kassy...
Serca dobrze urodzone nie żywią uraz. Kazali przynieść wina i w skutku odbytéj narady, nasi trzéj towarzysze i Lola zmienili nazwiska, ażeby przyzwoicie wystąpić mogli w wielkim świecie.
Tegoż wieczora, kawaler, hrabia, baron i pani margrabina oraz Blanka, zajęli pomieszkanie w hotelu czterech części świata.
Wszystko zapowiadało im pomyślne powodzenie, i żyliby w najzupełniejszéj jedności, gdyby nie Blanka, z powodu któréj częstokroć wynikały rozprawy i nasuwały się mimowolne obawy. Blażéj i Bibandier uważali bowiem rzeczywiste niebezpieczeństwo w przechowywaniu Blanki i dla tego doradzili Robertowi ażeby ją odosobnić tak, żeby nie miała z nikim styczności, w skutku czego zaczęły obiegać wieści, o których wyżéj nadmieniliśmy.
Błażej mówił:
— Nasze położenie jest i tak dość drażliwe, pocóż powiększać dobrowolnie niebezpieczeństwa nam grożące... wypadałoby pozbyć się wszystkiego co może zwracać uwagę; ponieważ zaś amerykanin pragnie sam ciągnąć korzyści z porwania dziewczyny, niechże sam się i naraża.
Bibandier popierał to zdanie swoją wymową, a pan kawaler las Matas musiał ustąpić.
Udał się on do Loli, która mu nigdy niczego nie odmawiała. Piękna margrabina nie kochała go miłością i nie była też szczerą jego przyjaciółką, lecz jako przywykła od dawna do wykonywania ślepo jego rozkazów, natychmiast wyszukała skromnego pomieszkania, i przeniosła się do niego wraz z Blanką. Nasi zaś przyjaciele uwolnieni od tego kłopotu, zajęli się usilnie wydoskonaleniem swego przemysłu.
Było już blisko południa, a kawaler las Matas i hrabia Manteira byli jeszcze w szlafrokach, zaś baron Bibandier już się ubierał. Kawaler siedział przy kominku za stolikiem, na którym stał kałamarz z piórem trzymając w ręku arkusz papieru zapisany liczbami i głoskami; obok niego leżały dzieła algebraiczne i arytmetyczne do których niekiedy zaglądał. Z drugiéj strony kominka pan hrabia Manteira palił fajkę, tasując zręcznie talję kart, a baron Bibandier stał przed lustrem, przeglądając się w nim z zadowoleniem.
Ci panowie dobrze byli przekształceni. Broda i długie włosy były stosowne do bladéj twarzy Roberta który mógł uchodzić za hiszpana. Śpioch, musiał ogolić swoje rudo-blond włosy, przywdział czarną perukę i zmienił kolor swéj brody, dla nadania sobie fizjonomii portugalskiéj. Co do Bibandiera, kilka tygodni dobrego bytu tak dalece go zmieniły, że jego nowa tusza mogła mu służyć za maskę. Jego twarz niegdyś wyżułkła, kwitnęła dziś rumieńcem, a kościste lica wyrównały się i w ogólności cała postać przybrała obszerniejsze rozmiary.
— Ah! — odezwał się Błażéj — czy prędko włożysz na siebie twój gorset panie baronie?
— To dziwno jak ja tyję! — odpowiedział Bibandier uśmiechając się do siebie w lustrze — ten łotr fryzjer dotąd nie nadchodzi.
— Amerykaninie! — rzekł Błażéj.
Robert podniósł głowę z żywością.
— Spojrzyj proszę na pana barona... czy nie jest teraz brzydszy jak dawniej?
— Daleko brzydszym — odpowiedział Robert, pogrążając się znowu w swym rachunku algebraicznym, a Bibandier wzruszywszy ramionami, obrócił się na napiętku.
— Moi mili... — szepnął — jak uważam jesteście zazdrośni.
Ściągał sznurówkę z całéj siły i krzywił się obrzydliwie chcąc nadać kształt przyzwoity swéj figurze.
— Oto już talia ułożona... — rzekł Błażéj — gdybyś mi raczył teraz pokazać amerykaninie jak się króla filuje.
Robert okazał znak zniecierpliwienia.
— Wszak widzisz że jestem zajęty rachunkiem... — odpowiedział — ile razy mi przerywasz, tyle razy muszę na nowo rozpoczynać... gdyby nie ty... jużbym skończył moją martyngałę.
— Ah! ab! — rzekł Śpioch — śliczny to ptaszek twoja martyngała.
— Dość tego proszę cię! — odezwał się Robert.
Blażéj milcząc tassował karty.
— Bądź spokojny amerykaninie... nie będę ci przeszkadzał — mówił Błażéj — sam sobie dam radę — i rozłożywszy karty na stole zajmował się rozmaitemi sztuczkami.
Ktoś do drzwi zapukał:
— Ah! — odezwał się Bibandier uradowany — otóż moje papiloty!
Błażéj szybko zebrawszy rozłożone karty, ukrył je w rękawie szlafroka.
Drzwi się otworzyły i ukazało się długie i żółtawe oblicze w wysokim halsztuchu włosianym.
— Ah! — zawołał Bibandicr z niezadowoleniem — to mój nauczyciel języka niemieckiego... dzień dobry hern Graf!
Żołnierz przyłożył rękę do kaszkietu.
— Szczęśliwi jesteście moi braciszkowie — mówił daléj Bibandier — bo dość dla ciebie panie portugalczyku mówić przez nos... a ty kawalerze las Matas wydymasz tylko gardło kiedy potrzeba i obaj uchodzicie za mieszkańców półwyspu... gdy témczasem ja, muszę się męczyć nad niemieckim językiem jak przystoi grafowi... czy potrafisz zawijać włosy?... przez ten czas moglibyśmy powtórzyć lekcyę.
— Bardzo dobrze — odrzekł przybyły.
— Ale czy umiesz zawijać włosy?
— Mój ojciec był cyrulikiem, a dziad robił peruki.
— No, więc się weź do czynności.
Gdy żołnierz uczył Bibandiera wymawiać z niemiecka wyrazów francuzkich i zarazem zajmował się szacowną jego głową, Robert uderzał się w czoło i widocznie pasował z jakąś myślą.
Bibandier był zachwycający w papilotach różowego koloru.
Żołnierz po skończonéj operacyi włożywszy kaszkiet na głowę, stanął blisko drzwi.
— Dość na dziś, nie prawda? — odezwał się baron.
— Tak... ale panie Bibandier, pan mi obiecałeś dziś dać a conto — odezwał się żołnierz kładąc płaszcz na siebie.
— Być może... — rzekł Bibandier sięgając do kieszeni — ale mam tylko bilety bankowe... dostaniesz inną razą.
— Zegnam panów — wymówił z żalem biedny żołnierz kłaniając się wszystkim z pokorą. Zaledwie wyszedł, gdy kawaler las Matas powstał szybko uderzywszy w stół pięścią. Archimedes musiał mieć taką twarz jaśniejącą gdy przebiegał w swoim historycznym ubiorze ulice zdziwionéj Syrakuzy.
— Odkryłem ją! — zawołał — odkryłem!
— Twoją martyngałę? — zapytali jednocześnie Błażéj i Bibandier.
Robert otarł sobie czoło.
— Wiele mnie to trudów kosztowało! — odpowiedział — lecz niech mnie diabli porwą, jeżeli mnie Montalt nie obsypie za to złotem!...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Paul Féval i tłumacza: anonimowy.